Kolorowy świat Zabójczyni ("Szklany tron" – kolorowanka)

20161218_112641

Jak niektórzy z Was wiedzą (ci, którzy obserwują mnie na Facebooku i Instagramie) mam delikatnego fioła na punkcie cyklu o Zabójczyni autorstwa Sarah J. Maas. Tak, wiem, to zwykła młodzieżówka. Tak, wiem, nic wielkiego, bohaterka jest niezniszczalna i w ogóle wkurzająca. Tylko co z tego, gdy wciąga jak bagno, a na dodatek polubiłam bohaterów i ten świat? Biorąc to pod uwagę, gdy tylko pojawiła się zapowiedź kolorowanki bazującej na bazie tego cyklu, to musiałam ją mieć. A że jestem – jak widać – przewidywalna, to znalazła się miła osoba, która obdarowała mnie kolorowanką i opowiadaniami z tego świata. A ja postanowiłam opisać wrażenia z kolorowania pierwszych wzorów.

20170115_160315Najpierw garść technikaliów. Zeszyt ma 96 stron, okładkę tekturową, dosyć miękką. Wzory są drukowane na jednej stronie kartki, na drugiej cytat z ozdobnikami. To jest akurat o tyle dobre, że możemy się oddawać szaleństwom różnych środków do kolorowania bez obawy, że zniszczymy wzór na drugiej stronie (chociaż ja i tak zawsze podkładam kartkę, niezależnie od kolorowanki). Papier jest dosyć gruby i różnie pracuje z różnymi kredkami. Jedyny minus zeszytu jako całości to zbyt mocne sklejenie, co powoduje, że trudno dokolorować wzór przy grzbiecie.

A przechodząc do konkretów. Zrobiłam 2 całe wzory, trzeci jest w trakcie tworzenia. Do każdego z nich używałam innych kredek, by jak najszerzej przetestować możliwości tego zeszytu. Pamiętajcie, że każde zdjęcie możecie powiększyć, wystarczy w nie kliknąć!

Paradoksalnie do pierwszego wzoru złapałam 20161223_125907za najtrudniejsze środki, czyli tusz w kredce – Derwent Inktense 72 kolory + chyba jedna czy dwie kredki Derwent Watercolour, a do tego waterbrush Derwent. Zamiast zacząć od jakiegoś elementu tła, by przetestować współgranie tych środków, to zabrałam się zaraz za skórę tej trójki i mam teraz efekt – prosiaczki 😀 Trudno, człowiek uczy się na własnych błędach. Generalnie papier jest dobry do kredek akwarelowych, przeżył pokrycie całej kartki wodą, trochę się rolował (no, ale nie roluje się chyba tylko papier do akwareli, a ten ma rzadko która kolorowanka), ale nic nie przebiło na drugą stronę. Kolory rozprowadzały się różnie, trzeba było trochę wyczuć sposób wchłaniania wody. Za to intensywność Inktensów pozostała bez zmian, szczególnie w zieleniach, żółciach i niebieskościach. Oceńcie zresztą sami!

20170107_152826Drugi wzór był zarazem pierwszym testem otrzymanych w prezencie kredek Prismacolor Premier, zestaw 24 kolorów. Owszem, ładnie wychodzą pod względem kolorów, są intensywne i ładne odcienie. Jednak nie są idealne do pokrywania tego papieru. Stosunkowo trudno pokrywa się nimi tego rodzaju papier, widać te białe przerwy, więc albo trzeba wiele razy pokrywać każde miejsce (co powoduje, że kredki się szybciej zużywają), albo używać blendera. Ja używałam blendera Derwent, zużyłam go na ten obrazek ponad połowę! Dla mnie wyzwaniem było ograniczenie się do 24 kolorów (byłam na urlopie tylko z tymi kredkami i Inktensami), czego już od wieków nie musiałam robić. Bez szarego! 😉 Wiecie, jak trudno jest uzyskać fajny, równy szary kolor miksując biel i czerń?

Ostatni wzór zaczęłam robić kredkami 20170115_154410Koh-I-Noor Polycolor 72 kolory + dodatkowo mam kilkanaście kredek Derwent Coloursoft, Derwent Drawing, Derwent Artists. Na razie mam wrażenie, że tym zestawem pracuje mi się z tym papierem najlepiej, najłatwiej osiągam planowane barwy i odcienie. Oby tak dalej!

Wzory są bardzo zróżnicowane – mamy, jak widzicie, wnętrza komnat, widoczki pejzażowe, przedmioty, ogrody, sceny walki, sceny miejskie, a nawet i wizje bohaterów. Szkice są przeważnie bardzo ładne, więc z kolorowania ich można czerpać dodatkową przyjemność. Jest też dużo postaci, więc można popracować nad umiejętnościami kolorowania skóry. Jest też sporo broni, więc można więc poćwiczyć udane odtwarzanie stali.

Był to udany prezent, chociaż musiałam się nauczyć pracować z tym papierem. Jak dla mnie to mógłby być bardziej chropowaty, by lepiej „chłonąć” różnego typu kredki. No, ale takich świrów „wyposażeniowych”, jak ja jest raczej niewiele, dlatego zakładam, że dla typowego kolorowankomaniaka wszystko tu będzie ok. No, poza klejeniem, bo to mało która osoba lubi.

Jeżeli brakowało Wam kolorowanek, w których jest dużo wnętrz budynków, wzorów z różnych scenerii i tych, na których jest sporo osób – jest to kolorowanka dla Ciebie! Miłego relaksu!

 

Reklamy

Kolorowanie – pytania i odpowiedzi

kolorowanie

Tytuł brzmi przedziwnie, prawda? Ale zdziwilibyście się, jak często w grupie osób zainteresowanych kolorowaniem przewijają się te same pytania! Pomyślałam więc, że można je zebrać w tym miejscu i zrobić swoisty (i mam nadzieję przydatny) mini-przewodnik. Dodajcie więc nowe, piszcie też swoje wersje odpowiedzi, może za jakiś czas zrobimy wersję 2.0 – ulepszoną, rozwiniętą.

Dlaczego miałabym spróbować? Przecież to zabawa dla dzieci, ośmieszę się i tyle.

Trochę trudno byłoby dyskutować z takim argumentem. Albo się czuje potrzebę, albo nie. Bo mogę przecież mówić o odstresowywaniu, kreatywności, stymulowaniu drugiej półkuli mózgowej, oczyszczaniu ze zbędnych myśli, uspokojeniu etc. Tylko jeżeli ktoś nie będzie miał w sobie ani odrobiny otwartości na tę ideę, to te argumenty i tak do niego nie dotrą. A szkoda, bo czasami warto dopuścić do głosu odrobinę tej dziecięcej radości życia…

A o tym, dlaczego warto pisało już sporo mediów, nie będę powielać, podrzucę tylko jeden link do ciekawego wpisu na blogu Manufaktura Radości.

Jak zacząć? 

Można różnie. Pójść do księgarni, przejrzeć dziesiątki kolorowanek, wybrać tę, która nas najbardziej pociąga i kupić. Do tego dorzucić wybrane przez siebie kredki, mazaki, cienkopisy czy flamastry – do czego nas serce ciągnie. I kolorować, łapać bakcyla!

Na początek nie ma też co przesadzać, dopóki nie ma się pewności, że pokocha się kolorowanie, to nie trzeba inwestować wielkich pieniędzy. Ja zaczynałam od 24 kredek Bambino i kolorowanki. Ale równie dobrze możecie sobie wydrukować jeden z setek tysięcy darmowych wzorów do kolorowania (chociażby Pinterest jest ich pełen) i zainwestować tylko w jakieś akcesoria do kolorowania. Czy kredki, czy mazaki – wybór należy do Was, każdy lubi coś innego. Tylko musicie mieć świadomość, że większość polskich wersji kolorowanek niekoniecznie dobrze znosi pisaki i cienkopisy, często papier jest stosunkowo cienki + są wzory po drugiej stronie kartki. Jeżeli Wam to nie przeszkadza, a chcecie wkładać w kolorowanie mniejszy wysiłek, to pewnie będą dobrym wyborem. Ja zdecydowanie jestem zwolenniczką kredek, można nimi dużo więcej. Ok, są też flamastry, którymi można bardzo dużo, ale wtedy kosztują już powyżej 10 zł za sztukę!

Jakie kredki kupić?

Na początek obojętnie jakie. Czas na zakupy konkretnych (posiłkując się np. tym wpisem) będzie gdy już będziecie pewni, że to jest coś dla Was. Możecie kupić kredki i za 5 zł, tylko musicie się liczyć z tym, że mogą być one twarde i mieć blade kolory. Ja polecam kredki bardziej miękkie, których kolory można mieszać, rozcierać je blenderem. Chociażby te wyżej wymienione Bambino to już jakiś początek. A potem… Hulaj dusza, piekła nie ma! Ogranicza Was tylko budżet i nic więcej! Dopiero w ciągu ostatniego roku odkryłam, jakie bogactwo kredek (i innych przyborów do rysunku) jest na świecie. Cudowności, mówię Wam! O kredkach będzie więcej w kolejnym wpisie związanym z kolorowaniem.

Jaką kolorowankę wybrać?

Tutaj odpowiedź będzie tylko jedna: przejrzeć je w księgarni i wybrać taką, na którą serce wskazuje. Nikt poza Tobą nie będzie wiedział, czy bardziej pociąga się kolorowanie kwiatów, zwierząt, ludzi, ubrań, miast, doodle, tatuaży czy „Gry o tron”. Wybieraj samodzielnie i tyle. Ewentualnie najpierw możesz popróbować z różnymi wydrukami z Internetu i na ich podstawie wyrobić sobie zdanie.

Papier i wykonanie kolorowanek potrafi się mocno różnić, więc pewnie z czasem wyrobicie sobie zdanie na temat tego, co lubicie najbardziej.

Gdzie szukać materiałów?

Allegro, Aliexpress, Amazon,  sklepy plastyczne. Ale też markety, są w nich regularnie promocje zarówno na kolorowanki, jak i na materiały plastyczne. Wybór jest spory, zarówno offline, jak i online, co kto lubi.

Czego jeszcze mogę spróbować?

Jeżeli lubisz eksperymentować i uczyć się nowych rzeczy, to polecam wczytanie się w blogi i oglądanie vlogów. Można się naprawdę sporo nauczyć o technikach i materiałach. A jak się pokocha kolorowanie, to najczęściej się płynnie przechodzi od ich kredek ołówkowych, przez różne ich rodzaje, do kredek akwarelowych, pędzelków, pasteli…

Ale ja nie potrafię, wyjeżdżam za linię, nie potrafię dobierać kolorów, nie umiem ich łączyć, nie nadaję się… Czy warto?

Pewnie, że warto! Tylko pamiętaj, to ma być frajda i odstresowanie, a nie pełne ambicji tworzenie perfekcyjnego dzieła! Przyjemność i rozrywka, perfekcjonizm odkładamy na półkę!

Jeżeli macie jakieś inne pytania czy wątpliwości – piszcie, może razem znajdziemy odpowiedź? Miłego kolorowania!

Zatrzymane chwile #21

Ciekawe, czy uznacie wrzesień za wart oglądania, w dużej części wyszedł mi dosyć monotonny. Może dlatego, że jest to czas, w którym mam mnóstwo roboty, więc głównie siedzę i pracuję, a nieliczne wolne chwile staram się wykorzystać na relaks. Chociaż różnie z tym bywało, bo biegałam też po lekarzach, po sklepach (szukanie ubrania na imprezę firmową – koszmar!). Ale przechodząc do rzeczy, to mój wrzesień był taki…

Było duuuuużo kolorowankowego szczęścia!

Uwielbiam kolorowanie coraz bardziej. Stale uczę się nowych rzeczy, technik, doboru kolorów, sprawia mi to masę frajdy. Tylko muszę trzymać rękę na finansowym pulsie, by nie przepuścić połowy pensji na zeszyty i przybory 😉

Był rodzinny przedłużony weekend w Trójmieście i okolicach 🙂

Pogoda trafiła nam się mocno w kratkę, ale i tak było cudnie. Uwielbiam polskie morze i uwielbiam Trójmiasto, jak mi się znudzi kiedyś Warszawa, to się przeprowadzę.

Było sporo zachodów słońca i jesiennych zdjęć uroczych 😉

Pięknych widoków dookoła jest naprawdę sporo, tylko dni coraz krótsze i coraz bardziej ograniczone są możliwości ich łapania, a szkoda!

Były książki, chociaż mało ich zdjęć ostatnio, bo najczęściej czytam w komunikacji miejskiej i w podróży, a wtedy raczej fot nie robię.

Na pierwszym zdjęciu widzicie fragment pierwszego tomu trylogii V.C. Andrews, który pojawi się w księgarniach w listopadzie. Trzy książki z kolejnego zdjęcia już dawno przeczytane, ale ciągle nie mogę się zmotywować do ich opisania. A ostatnia od dzisiaj w czytaniu, bardzo jestem ciekawa wrażeń.

Było też – kolejny raz z rzędu – Blog Forum Gdańsk, gdzie w końcu byliśmy książkowo lepiej reprezentowani!

Impreza zasługuje na opisanie w osobnej notce, niech tylko znajdę chwilę. Było ciekawie, wesoło, w niesamowitym miejscu (polecam ECS!), a na dodatek przyjechałam z Kindlem! Orange zorganizowało bingo, 4 z 5 czytników zgarnęli blogerzy książkowi 🙂 Ciekawe, kto był piątym szczęściarzem!

No i na koniec różności:

Rzut okiem na centrum przed zniknięciem w otchłaniach Dworca Centralnego. Storczyk wyznający miłość 🙂 Oraz gazetka o whiskey. Czyli garść pierdołek 😉

To byłoby na tyle, dosyć monotonnie, przyznaję. Październik ma szansę być bogatszy w wydarzenia, ale zobaczymy…

Zatrzymane chwile #20

Nadrobiłam lipiec, a teraz czas na sierpień!

Jak zwykle – były książki!

Było pyszne jedzenie, mniam, mniam… Poczynając od przepysznej tarte flambee, przez genialne ciasto marchewkowe z dodatkami, domowej roboty kompot, pierwsze w sezonie kurki oraz własnoręcznie mieszane musli (od którego się uzależniłam).

Były kolorowanki, nowe zeszyty do kolorowania, nowe kredki i inne pomoce naukowe 😉

Było trochę natury, widoków i przyjemności 🙂

I kilka do niczego nie pasujących fot 😉 Pierwsze foto, to moje wspaniałe, pierwszosierpniowe odkrycie! Okazało się, że w czasie, gdy wiele osób w Warszawie godzinę „W” świętuje przy wyciu syren i rac, moi sąsiedzi najpierw słuchali Chopina, potem – przez minutę – stali w ciszy, a potem zaczęli śpiewać wojskowe i warszawskie pieśni. Ależ to było niesamowite!

Kolejne foty, to już pierdołki: nowy budzik, który kupiłam. Za nim symbol przeraźliwej suszy, która przez tygodnie dręczyła Warszawę, a na końcu siedziba radiowej Trójki, gdzie (dwukrotnie w ciągu jednego miesiąca!) wypowiadałam się a propos kolorowania i kolorowanek. Jednak zrobiła się moda!

I to tyle, jestem z fotopodsumowaniami na bieżąco, oby tak dalej 😉 Chociaż nie wiem, czy są one Wam potrzebne, bo są chyba dosyć monotonne. Ja tam je lubię, ale nie wiem, na ile są one dla Was interesujące?

Zatrzymane chwile – bardzo opóźnione #19

Przegapiłam! Kurczę, no! Nie tylko przegapiłam 6 rocznicę blogowania, ale i podsumowanie lipca… Co się ze mną dzieje? Może pora zwinąć blogowy bizensik? Ale na razie do rzeczy! Najpierw nadrabiam ominięty lipiec, a niedługo wrzucę sierpień!

Było duuuuużo kolorowania, bardzo dużo 🙂

Było sporo Pałacu Kultury i Nauki, który kończył niedawno 60 lat i chyba z tej okazji zrobił się jeszcze bardziej fotogeniczny, niż zazwyczaj 😉

Byłam też na chwilę u Rodziców, trochę przewinęło się pięknych okoliczności przyrody 🙂

Były oczywiście i książki…

W lipcu na fanpage’u pojawił się fan numer 2000, to super, że jesteście ze mną! 🙂 Jakoś dziwnie mało jedzenia się w lipcu przewinęło przez mojego Instagrama 😉 A na ostatnim zdjęciu widzicie moich Rodziców, do których wpadłam na weekend.

Na pierwszym zdjęciu widzicie mój cudowny zestaw 72 kolorów kredek Koh-I-Noor Polycolor, uwielbiam je! Siedziba firmy symbolizuje „miesięcznicę” pracy (chociaż już stuknęły 3 miesiące!), a na końcu widzicie jedną z przesyłek, które przygotowywałam w pracy dla blogerów 🙂

To już cały mój lipiec! A niedługo postaram się pokazać Wam, jaki był mój sierpień!

Jakimi kredkami kolorować?

Ja zaczynałam przez totalny przypadek – miałam pożyczyć z pracy zwykłe kredki i pokolorować kawałek jednego wzoru, by pokazać to na Facebooku. I tyle. A to, co nimi kolorowałam wyglądało mniej więcej tak (mniej więcej, bo nie jestem w stanie po tylu miesiącach zagwarantować, że wszystkie te kolory pochodziły z tej ubogiej dwunastki 😉 ).

Jakieś najzwyklejsze kredki, 12 kolorów, kompletnie nie pamiętam jakie, ale pewnie najtańsze z marketu.
Jakieś najzwyklejsze kredki, 12 kolorów, kompletnie nie pamiętam jakie, ale pewnie najtańsze z marketu.

Ale łyknęłam bakcyla, więc na drugi dzień kupiłam zestaw własnych kredek – Bambino ołówkowe, grube 24 kolory. O takie! Tu było już lepiej – i z wyborem, i z kryciem. Na długo mi zresztą starczyły, używałam ich kilka miesięcy. Wkurzały mnie dwie sprawy, nie wiem, na ile ze sobą połączone. Bardzo często się łamały, a temperówka z tego zestawu straszliwie łamała mi kredki! Kryły całkiem nieźle, ale dużo zależało od koloru.

*Po kliknięciu na zdjęcia w galeriach foto pojawi się ich powiększona wersja!

W międzyczasie moja kolekcja powiększyła się o kolejny zestaw 12 kredek, prezent od koleżanki – taki. Według mnie kompletnie nie zgadza się z opisem. „Miękko rysujące” – eeeee, noł łej, twarde jak cholera. „Bardzo intensywne kolory” – heh, niektóre, wiele z nich zupełnie bladych. Dlatego zresztą używałam ich głównie do wypełniania tła, dużych obszarów kolorowanek. Nie kryją dobrze, zostawiają ślady.

W porównaniu między kryciem Bambino a Tree Creation, te pierwsze wygrywają, chociaż są dalekie od ideału. Ale chociaż kolor mają ciut lepiej kryjący – po lewej Tree Creation, po prawej Bambino.

Potem dokupiłam kolejne kredki. Zaciekawiła mnie – kupowana na sztuki – kredka łącząca różne kolory, taka. Później dowiedziałam się, że bywają i zestawy, są różne połączenia kolorów, a generalnie nazywają się one „magicznymi kredkami”.

O ile kompletnie nie sprawdziła się jako wypełnienie ciała syren, o tyle w próbce z witrażami było już ciut lepiej. Ale generalnie niezbyt mi podeszła. Owszem, kryje nieźle, ale to połączenie kolorów jakoś mnie nie zachwyciło, może kiedyś do niej wrócę, na razie leży i odpoczywa 😉

Razem z nią kupiłam zestaw 12 kolorów Koh-I-Noor Progresso, taki. Kredki bezdrzewne, co było dla mnie nowym konceptem. Kryją przeważnie bardzo dobrze, mają intensywne kolory, bardzo przyjemne dla oka. Problem bywa z ich ostrzeniem, bo są cienkie, a żeby dobrze kryć, to muszą być naostrzone w cienki szpic. Ale wszystko jest kwestią wprawy i odpowiedniej temperówki.

Brak drewnianej otoczki skutkuje czasami tym, że gdy kredki upadają na ziemię, to niektóre się łamią na dwie osobne części. Ale idzie ich używać dalej. Dopiero niedawno doczytałam, że pył uzyskiwany przy ich ostrzeniu można wykorzystywać do cieniowania rysunków, co nie powinno dziwić, przecież to czysty kolor.

Trzeba je stosunkowo często temperować. A skala krycia zależy od papieru. Są cienkie i gładkie, mnie całkiem nieźle pasują w trzymaniu 🙂

Do nich dokupiłam kilka kredek Derwent z różnych rodzajów – Coloursoft, Inktense, Watercolour. Baaaardzo różne dozniania. Owszem, generalnie jakość jest dobra. Ale Watercolour (co może jest prawidłowe i wiedziałabym o tym, gdybym wcześniej poczytała info w necie, kto wie) są bardzo blade i bardzo lekko kryją. Coloursoft mają całkiem niezłe kolory, które jednakże wychodzą fajniej przy kilkukrotnym kryciu. Inktense są baaaardzo intensywne. Jednakże mają tendencje do lekkiego rozmazywania się. Zresztą tak samo, jak niektóre Progresso.

Cieniowane kwiaty – ciemne brzegi to najczęściej Progresso + Inktense. Środki Coloursoft + Bambino, a najjaśniejsze części to któreś z tanich, mało kryjących kredek. Różowy kwiat na brzegach to Inktense, a środek to Progresso + Bambino, niebieska kredka w tle to Derwent Coloursoft, a zielenie to Progresso, Coloursoft i Bambino (jasne zielenie). Ostatnie zdjęcie – tło i ciemnopomarańczowy to Progresso, zielenie i środki kwiatów to zdecydowanie mieszane kredki.

Ostatnie dwa nabytki to 12 kolorów kredek akwarelowych Koh-I-Noor Mondeluz oraz przecudowny zestaw 72 kolorów Koh-I-Noor Polycolor.

Mondeluzy zachwycają kolorami, są bardzo intensywne, soczyste. Kryją świetnie na kartce w zeszycie, na niektórych kolorowankach już gorzej – może ze względu na fakturę papieru, może ze względu na to, że mogą być rozmazywane przy użyciu wody/pędzelka. Ja jeszcze nie próbowałam. Są mięciutkie, dzięki temu fajnie się nimi koloruje.

A mój najnowszy nabytek mnie zachwycił. Najpierw wybór kolorów, który na jakiś czas zatrzyma moje ciągłe poszukiwanie czegoś nowego 😉 A potem sama jakość – kryją bardzo dobrze (chociaż jak ze wszystkimi – zależy od faktury papieru), mają bardzo fajne gamy kolorów i dzięki temu świetnie nadają się do cieniowania. Jako że mam je niedawno, to nie mam jeszcze doświadczeń z łamliwością i częstotliwością temperowania.

Na razie głównie przy pomocy Polycolor zrobiłam jeden obrazek. Drobiazgi kończyłam Mondeluz i Progresso.

Generalnie jednak Polycolor są z nich wszystkich najlepsze. A w komplecie z Mondeluz i/lub Progresso tworzą kombo do superkolorowania. Serdecznie polecam!

PS. Linki są totalnie przypadkowe, nie korzystałam z tych sprzedawców (oprócz jednego), nie sprawdzałam cen, chciałam tylko pokazać przykłady.

Kolorowania czar!

kredki kolory

Jak wiecie, od kilku miesięcy jestem wielką miłośniczką kolorowania. Instagram i Facebook regularnie spamuję moimi „dziełami” oraz radością z kupna np. nowych kredek. Skąd ten szał?

Zaczęło się niewinnie. Miałam pokolorować kawałek wzoru, by zrobić zdjęcie na profil wydawnictwa na FB. Pożyczyłam z pracy kredki, wzięłam na weekend kolorowankę i… wsiąkłam. Już dzień po pierwszej próbie wybrałam się do sklepu po własne kredki, większy zestaw, bo ten pożyczony uznałam za niewystarczający. I od zimy koloruję kiedy tylko mogę. Cierpi na tym czytanie, cierpi blogowanie, cierpią znajomi, a ja siedzę i zadowolona dobieram kolory.

Sama nie wiem, czemu tak to zadziałało. Wydawało mi się, że dostanę szału kolorując te drobne elementy wzorów. A tu proszę – wcale tak nie jest! Sprawia mi to masę frajdy, wycisza, pomaga skupić myśli, zapomnieć o stu różnych rzeczach, a zamiast tego przemyśleć jedną, najważniejszą. A do tego jest fajne! Zdałam też sobie sprawę, że pomaga na mięśnie ręki, które jednak są u mnie dosyć mocno zastałe – stale komputer, komputer, komputer. A tu dodatkowy plusik kolorowania. I ostrzenia kredek 😉

Dorobiłam się na razie dwóch zeszytów z kolorowankami. Pierwszym są „Esy floresy” (Kolorowy trening antystresowy), a drugim „Art deco” (Sztukoterapia. 100 antystresowych kolorowanek). Są bardzo różne, obydwa mają plusy i minusy, zobaczcie sami!

„Esy floresy” mają bardzo fajne, różnorodne, czasami lekko szalone wzory. Bardzo mi odpowiada ta luzacka stylistyka, bez ambicji na arcydzieła. Papier jest gruby i dosyć szorstki. Plusem jest to, że kolory kredek nie przebijają, papier wytrzymuje też mocne przyciskanie kredek do kartki. Minusem tej szorstkości bywa słabsze krycie kolorami. Plusem i minusem jest perforacja – pozwala na wydarcie ukończonego rysunku i np. powieszenie go na ścianie lub podarowanie. Tylko z drugiej strony też jest fajny rysunek, więc można mieć dylemat. No i zeszyt jest dosyć ściśle klejony, więc performacja wchodzi we wzór i narażona jest na rozerwanie przy kolorowaniu. Miękka okładka jest także plusem i minusem. Plusem, bo pozwala na dowolne układanie zeszytu, według zachciewajek kolorującego. Minusem – daje mniejszą stabilność kolorowania (o ile nie siedzi się przy biurku, tylko np. na kanapie). Tak czy siak – bardzo lubię ten tom i sprawia mi nieustanną radochę.

„Art deco” dotarło do mnie względnie niedawno, chyba z półtora miesiąca temu. Od tego momentu starałam się dzielić czas sprawiedliwie pomiędzy obydwa zeszyty, by napisać to porównanie. Wzory są bardzo artystyczne, oparte po części o obrazy, po części o dzieła takie, jak posadzki czy dachy. Są moim zdaniem w dużej części trudniejsze, bo miewają bardzo dużo drobniutkich elementów. Mam wrażenie, że te z „Esów floresów” były tworzone właśnie do celu kolorowania, stąd wynikać może to, że wydają mi się prostsze do ogarnięcia. Te są piękne, ale mogą być chyba czasami frustrujące. Ja miałam na razie jeden taki moment, gdy kropki na kwiatkach były prawie że mniejsze od czubka najbardziej jak to możliwe naostrzonej kredki. Ale to był jedyny moment zwątpienia. Papier jest bardzo gładki, co – znowu! – jest plusem i minusem. Plusem, bo fajnie się go koloruje. Minusem – łatwiej rozmazuje się na nim kolory i przez nieuwagę można sobie zafundować odciski dłoni. Okładka jest twarda, może służyć za swoistą podkładkę, zeszyt wydaje się dobrze rozkładać, nie sprawiał mi na razie problemów. Wydane jest estetyczne i uporządkowane, na końcu znajdziecie nawet spis informacji, skąd pochodzą dane wzory.

Mojej niepokornej duszy bardziej odpowiada stylistyka pierwszego zeszytu, ale i tak lubię obydwa. A przede wszystkim – kolorowanie sprawia mi tyle radochy, że już myślę o kolejnych zeszytach (by mieć jeszcze większy wybór, a co!) i kolejnych zestawach dobrych kredek (ach to bogactwo odcieni!).

Ostatnio złapałam się na tym, że gdy wyjechałam na Wielkanoc (i krótki urlop po Świętach) i nie zabrałam ze sobą kolorowanek, to regularnie napadała mnie ochota na to, by wyciągnąć kredki i zabrać się do roboty! Wpadłam więc w takie samo uzależnienie, jak to książkowe. I na kolejny wyjazd zabrałam już i kolorowankę, i kredki. To się nazywa uzależnienie! 

PS. Kolejny wpis będzie o kredkach 😉

PPS. Przedwczoraj Zwierz Popkulturalny napisała bardzo fajną notkę okołotematyczną.