Świata tworzenie („Tchnienie” – Grzegorz Małecki)

Czarne ściany, czarna podłoga, brak rekwizytów, scenografii, muzyki, proste oświetlenie. Tylko oni – Justyna Kowalska i Mateusz Rusin. To właśnie oni sprawiają, że najmniejsza scena Teatru Narodowego w trakcie tego spektaklu staje się miejscem magicznym! To tu tworzy się świat cały, zmienia, rozpada i powstaje na nowo. (Re)konstrukcja wszechświata zaserwowana w najbardziej minimalistyczny, a przez to tak bardzo przemawiający do widza sposób!

Para młodych ludzi jest tak uniwersalnie przedstawiona, że mogliby mieszkać w Berlinie, Nowym Jorku, Londynie, Rzymie czy Warszawie. Dzięki temu łatwo jest się z nimi identyfikować, bo przecież większość z nas staje przed podobnymi wyzwaniami, pytaniami, problemami. Zaczyna się dosyć typowo, od kwestii posiadania dziecka. I ta właśnie kwestia staje się pretekstem do wielopoziomowych rozważań. Od kwestii dojrzałości, przez relacje międzyludzkie, sens życia, rozmnażania się, wartości najwyższego rzędu, wyzwań codziennego życia, lęków, których doświadczamy aż do stanu naszej planety i odpowiedzialności społecznej każdego z nas. Prawdziwy ogrom treści w tym krótkim (1:40 h) spektaklu!

Czy nie możemy przez chwilę żyć w tej małej bańce szczęścia?

A to wszystko przedstawione w prosty, skromny, wręcz minimalistyczny, a jednocześnie piękny, czuły, zabawny i wzruszający sposób. Na dodatek z dużą dozą humoru. Tu nie ma show, tu jest tylko treść. I tym właśnie powala widza, to jego siła! Minimum środków, maksymalny efekt, to cudownie odświeżające przeżycie po tych wszystkich spektaklach, które bywają przeładowane do bólu efektami, gadżetami, łapaniem się przeróżnych metod, by tylko zrobić wrażenie, że jest „na bogato”, a najlepiej przy okazji jeszcze widza jakoś zaszokować. Ale nie o tym chciałam…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. Tomasz Urbanek / East News / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego.

Forma to jedno. Inna sprawa to tekst autorstwa Duncana Macmillana – świetny, jakże aktualny, będący swoistym lustrem naszej rzeczywistości. Owszem, część osób się obruszy, że to nie ich rzeczywistość, bo oni nie zajmują się rozważaniem o śladzie węglowym, celowości rozmnażania czy odpowiedzialności za nasze czyny. Tylko te pytania to tylko furtka, przyczynek do szerszego spojrzenia. Nie zastanawiacie się czasami nad celem Waszego życia? Po co żyjecie, gdzie zmierzacie, czy ta osoba jest tą odpowiednią? I czy to, co chcecie zrobić jest najlepszą decyzją? To różnice w formule, ale głęboki sens pozostaje tak de facto ten sam. Jak żyć, gdy świat tak pędzi, po co? Bohaterowie są trochę zagubieni, niedojrzali, poszukujący swego miejsca na świecie, celu w działaniach, trochę pod wpływem tego, co aktualnie modne, ale w głębi serca wrażliwi i dobrzy. Są tacy, jak wielu z nas. Czuć też, że zarówno aktorzy, jak i przede wszystkim reżyser (Grzegorz Małecki) poświęcili treści dużą uwagę, mocno pracowali z tekstem. Mam wręcz poczucie, że go polubili, tak samo, zresztą, jak bohaterów. Z całości bije czułość w stosunku do bohaterów. I wielka wrażliwość.

Justyna Kowalska i Mateusz Rusin mają diabelnie trudne zadanie! To wyzwanie, któremu wielu aktorów by nie podołało. Bo jak często zdarza się spektakl, gdzie nie mogą się niczym posiłkować, za nic „schować”, cała odpowiedzialność spoczywa na ich barkach?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. Tomasz Urbanek / East News / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego.

A oni sobie z tym radzą śpiewająco! Wspólnie tworzą świat cały, w fantastyczny sposób radzą sobie z każdą zmianą akcji, miejsca, czasu. W trakcie spektaklu prowadzą widzów jak na sznurku, od lekkiego chichotu, przez zaparty dech, aż do łez w oczach. Reakcje publiczności zresztą były jednoznaczne, nieważne, czy chodziło o młodą parę w wieku bohaterów, czy też o starsze małżeństwo – wszyscy reagowali podobnie, a na koniec z zapałem bili brawo. Takiego ogromu emocji i wciągnięcia w akcję, odczucia realności tego, co dzieje się na scenie, nie miałam już dawno. Żeby tak znokautować widownię samą grą, bez żadnych „wspomagaczy”, to trzeba mieć duży talent i świetny warsztat. Pozostaje więc pogratulować! Szczególnie Justynie Kowalskiej, która dopiero zaczyna swą aktorską karierę. Już w „Idiocie” pokazuje na co ją stać, jednak w „Tchnieniu” rozwija skrzydła i porywa.

Przy tak minimalistycznym założeniu jeszcze silniej oddziałuje na widza piękno pojedynczych scen. Te wszelkie przejścia, skrótowce między jedną akcją a drugą, wspaniale pokazujące jej rozwój. Na przykład scena, gdy po powrocie ze szpitala bohaterka teoretycznie jest tylko wtulona w ramiona bohatera, a tak naprawdę mijają dni całe, w trakcie których walczą oni z nieszczęściem, życiową tragedią – toż to majstersztyk wyciskający łzy z oczu! Tak proste, tak czułe, pełne miłości, wspaniałe! Tak samo, jak i inne – moment czekania na wynik testu ciążowego, spotkanie po miesiącach niewidzenia się, rozmowa po zerwaniu z narzeczoną, czy też ta o oczekiwaniach i dojrzewaniu, dorastaniu. A ta końcowa… Cudowne, przemyślane, mądre sceny. Tak samo zresztą, jak i cały spektakl.

TCHNIENIE_galeria_13_fot. Tomasz Urbanek_East_News
Fot. Tomasz Urbanek / East News / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego.

„Tchnienie” skradło moje serce powolutku, niepostrzeżenie. Byłam tam razem z bohaterami, czułam z nimi, każdy ich krok był moim. Mądry, przejmujący, aktualny i pełen podstawowych życiowych pytań tekst. Delikatne, pełne wrażliwości podejście reżysera. Wspaniała, porywająca gra aktorska. Jak dla mnie jest to najlepsza premiera od dawna w tym teatrze. Brakowało takiego spektaklu! A Grzegorz Małecki tak udanym debiutem intryguje i skłania do tego, by przyglądać się rozwojowi tej części jego kariery. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że aktorem jest doskonałym, może i reżysersko poradzi sobie równie świetnie? O tym przekonamy się w przyszłości, a na razie zapraszam wszystkich do oglądania „Tchnienia” – to jest naprawdę poruszający, interesujący spektakl, który warto poznać!

Reklamy

Masz być tym, kim chcesz! („Kinky boots” – Ewelina Pietrowiak)

O musicalu, który powinien obejrzeć każdy z Was…

Angielska prowincja, mała mieścina, w której siedzibę ma fabryka butów „Price i Syn”. To już piąte pokolenie dumnych producentów najlepszych butów. Jednak Charlie (Mateusz Weber), najmłodszy reprezentant fabrykantów nie chce kontynuować dzieła przodków, wyprowadza się z narzeczoną (Kinga Suchan) do Londynu. Jednak szybko wraca – umiera jego ojciec, a krótko potem okazuje się, że fabryka stoi na progu bankructwa. Charlie nie potrafi się w tej sytuacji odnaleźć, jest rozdarty wewnętrznie – nie chce dopuścić do tego, by ludzie stracili pracę, ale nie widzi rozwiązania problemu oraz miejsca dla siebie w tym wszystkim. A wtedy na jego drodze staje Lola (Krzysztof Szczepaniak), cudowna i charyzmatyczna drag queen. To dzięki Loli zapada decyzja, by spróbować z produkcją butów właśnie dla drag queen. A czasu na próby jest mało, bo niedługo targi w Mediolanie…

BIEL4885

Nie może być inaczej – na pierwszy plan wysuwa się Krzysztof Szczepaniak jako Lola. O matko, jaki to talent, jaka wspaniała, urocza, pełna seksapilu i wdzięku jest Lola w jego wykonaniu! Jak zwykle gra całym sobą – głosem, mimiką, gestem, nawet koniuszkiem palców, wszystko jest dopracowane i cudownie spójne. Nie wiem, czy można się w tej postaci nie zakochać, zresztą regularnie słychać z widowni okrzyki typu „Brawo Lola!” lub wręcz „Lola, kocham Cię!”. Majstersztyk i tyle. Ale! Świetne są także wszystkie Aniołki Loli (ja widziałam obsadę w tej wersji: Kamil Mróz, Maciej Dybowski, Kuba Szyperski, Mirek Woźniak). Są czaderskie – ten wygląd, ruchy, taniec i akrobacje, wdzięk! Razem z Lolą tworzą grupę, która podbija serce. Mateusz Weber jako Charlie sprawdza się zarówno dramatycznie, jak i komediowo. Jest przekonujący, wkurza, wzrusza, bawi, a przede wszystkim bardzo dobrze ukazuje drogę, jaką przechodzi jego bohater. Zarówno Krzysztof, jak i Mateusz dobrze śpiewają, dobrze wykorzystali czas od premiery, słychać rozwój. A głos, który bardzo lubię ma Anna Szymańczyk, świetny tembr, bardzo przyjemnie się jej słucha. A na dodatek przeuroczo gra swoją bohaterkę – Lauren.

Mariusz Drężek jako George jest super: z jednej strony staroświecki dżentelmen, wierny i prawy, z drugiej strony – w trakcie części tanecznych daje czadu, co za ruchy, co za styl! W niedzielę dostał dodatkowe owacje za to, co wyczyniał w trakcie jednego z numerów i były to brawa w 100% zasłużone. Świetnie ukazał przemianę bohatera również Łukasz Wójcik. Jego Don, gburowaty prostak w starciu z Lolą przeżywa… swoiste katharsis, nie mogę napisać więcej, by nie spojlerować. W każdym razie bardzo dobrze zagrane. Generalnie cała ekipa radzi sobie świetnie, czuć naprawdę fajny klimat w tej ekipie, przysłużył się im ten rok, który upłynął od premiery. Wtedy oceniłabym ten spektakl średnio, a dzisiaj jestem dziko zachwycona, zabieram kolejnych znajomych, oni swoich znajomych, a potem idziemy jeszcze raz i jeszcze… Tak działa magia „Kinky boots”!

Do tego: naprawdę udana, bardzo ciekawa scenografia i dobre wykorzystanie sceny oraz świetna muzyka Cyndi Lauper. Wpada w ucho momentalnie, a potem człowiek skazany jest na to, by słuchać jej na Spotify, podśpiewywać pod nosem i gibać się na krześle w pracy. Nie ma innej opcji!

BIEL6625

Ale to, co przede wszystkim tkwi we mnie i tkwić będzie (oraz to, dlaczego uważam, że ten spektakl powinien zobaczyć każdy), to przesłania, a jest ich sporo. W tym lekkim, rozrywkowym, migoczącym od kolorów i świateł musicalu udało się ulokować tyle treści! Przykłady? Krótko:

  • bądźmy tymi, kim chcemy być! Nie dajmy się włożyć w czyjeś ramy i oczekiwania, to nasze życie, nikt go za nas nie przeżyje, nikt nie będzie za nas szczęśliwy czy nieszczęśliwy. Walczmy o siebie!
  • w powiązaniu z powyższym: z kolei akceptujmy innych takimi, jacy są! Dajmy każdemu szansę być sobą, nie próbujmy ich przycinać pod swoją miarę, nie oczekujmy, że staną się tacy, jak sobie wymyśliliśmy. Żyjmy i dajmy żyć innym.
  • zaciskajmy zęby i walczmy, pamiętajmy, że oczekiwania rodziców czy innych osób, są ich oczekiwaniami, nie musimy ich spełniać jeżeli jest to naprawdę wbrew nas. Oczywiście, relacje to sztuka konsensusu i nie jest tak, że zawsze możemy robić tylko to, co jest dla nas fajne, milutkie i przyjemne, ale nie próbujmy dla kogoś żyć życiem wymyślonym przez tę osobę, to prosta droga do nieszczęścia!
  • nie spieszmy się z ocenianiem innych – wiem, wiem, wszyscy znamy „nie oceniaj książki po okładce” i to, jak złudne jest pierwsze wrażenie. Ale czasami może się zdarzyć również tak, że to, co bierzemy za fasadę, pozę jest prawdą, którą ktoś ma odwagę manifestować.

Reasumując: „Kinky boots” to świetny musical, z ważnymi treściami podanymi w lekki, rozrywkowy, atrakcyjny sposób, z dużą dozą humoru, no i wyśmienicie zagrany! Przybywajcie tłumnie!

Fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

BIEL7148

Szekspirowski thriller polityczny („Miarka za miarkę” – Oskaras Koršunovas)

Jest sztuka, która – mimo że powstała przed wiekami – nie traci absolutnie nic na swej aktualności. Czy przed ponad czterystu laty, czy też dzisiaj, niezmiennie jej treść i przesłania są tak samo wartościowe.

„Miarka za miarkę” Wiliama Szekspira od ponad dwóch lat gości na największej scenie Teatru Dramatycznego w Warszawie. Dzieło to w reżyserii Oskarasa Koršunovasa zyskało polskie akcenty, ale od początku… Słów kilka o spektaklu reklamowanym jako szekspirowski thriller polityczny.

 

Chociaż teoretycznie spektakl dziać się ma we Wiedniu, jednak scenografia na scenie im. G. Holoubka do złudzenia przypomina izbę polskiego parlamentu, widz od początku czuje się dzięki temu osadzony w znajomych realiach, może skupić się na treści.

 

 

 

 

 

Kraj jest skorumpowany, moralność praktycznie nie istnieje, każdy żyje, jak mu się podoba. Książę (Sławomir Grzymkowski) nie jest w stanie sobie z tym poradzić, postanawia przekazać władzę w ręce namiestnika – Angela (Przemysław Stippa) i zniknąć. Angelo, surowy idealista, wprowadza w państwie ostry rygor, jednakże sam daje się wodzić na pokuszenie. Miota się między fascynacją seksualną a tym, co odczuwa jako misję. Jest zafascynowany władzą i bardzo boi się jej utraty, jednak do pięknej Izabeli (Martyna Kowalik) odczuwa tak wielki pociąg seksualny, że zwalczenie go wydaje się być ponad siły. Czy uda mu się wygrać z popędem?

 

 

 

 

 

Widziałam ten spektakl już chyba cztery razy, jasnym więc jest, że będę chwalić. Właściwie wszystko mi się podoba! Najbardziej aktorzy, chociaż mam kilka osób, które chciałabym pochwalić najbardziej. Martyna Kowalik jest świetna! Ta młoda aktorka wyśmienicie oddaje szczerość, odwagę i siłę swej bohaterki, jest przekonująca i porywająca. Znakomita jest też w innych sztukach, np. w „Niebezpiecznej metodzie”, gdzie gra wspólną pacjentkę Junga i Freuda, ale tutaj jakoś najbardziej łapie mnie za serce. Krzysztof Szczepaniak gra zmiennego, złośliwego Lucja, który tylko knuje, co zrobić, by zyskać to czy tamto i podąża tam, gdzie wieje polityczny wiatr. Istna chorągiewka! Ale jak genialnie przedstawiony! To mnie zresztą nie dziwi, bo uważam tego aktora za jeden z filarów Teatru Dramatycznego, jakiż to jest arcyzdolny człowiek! Talent jak rzadko!

 

 

 

 

 

Kolejny arcyzdolny aktor (tym razem Teatru Narodowego, występujący gościnnie) to odtwórca roli Angela – Przemysław Stippa. Jak on gra rozdartego między pasją a misją namiestnika, cudeńko! Rola dopracowana w każdym calu i w każdej sekundzie, gra całym sobą, jest się z nim całym sercem. Wyśmienicie, jak zawsze! Również Sławomir Grzymkowski jako Książę jest świetny (chociaż jego jak na razie moja ulubiona rola to artysta z „Plastików”), ostatnio zdarzyło mu się sporo pomyłek tekstowych, ale każdemu może zdarzyć się gorszy dzień, generalnie jest to bardzo dobry aktor. Co do spektaklu, to poziom jest bardzo wyrównany, chociaż wszystko jak zwykle zależy od dnia. Agnieszka Warchulska, Łukasz Wójcik, Marcin Sztabiński, Maciej Wyczański… Dużo jest tutaj ciekawych ról drugoplanowych.

Po peanach na część aktorów, muszę też chwalić scenografię. Świetnie zrobiona sala obrad, a jak do tego wyśmienicie rozegrana pod względem ruchu scenicznego! Każde wejście, przejście, każdy krok aktorów świetnie zgrany z całością scenografii, wszystko spójne i przemyślane. Sceny mogą się rozgrywać jednocześnie wielopoziomowo, co dodaje całości dynamiki. Naprawdę wielkie brawa za bardzo udaną, dopracowaną i ciekawą scenografię!

foto by kasia chmura print-5944

Na koniec, jednakże nie pod względem znaczenia, trafia sam tekst. Majstersztyk, no ale czegóż innego można byłoby się spodziewać po Szekspirze! Ale też temat jest jakże uniwersalny – władza, jej mechanizmy i absurdy chyba nigdy się tak de facto nie zmienią. Zmieni się forma, jakieś szczegóły, ale nie meritum. Świetnie ukazuje to, jak rządzący wykorzystują moralność po to, by zdobyć i/lub utrzymać władzę, nieważne, czy sami wyznają głoszone wartości. Populizm, obietnice głoszone pod publiczkę, wykorzystywanie erotyki, by zdobyć to, czego się pragnie, postrzeganie dobra jako zło i zła jako dobra. Prawem jest prawo silniejszego, a moralność… jest czyś względnym. Relatywizm to zresztą klucz tej sztuki, wszystko jest tam płynne, zależy od tego, kto co głosi i kiedy. Świetny, bardzo życiowy i trafny tekst!

To, co dodatkowo zachwyca to ta metaforyka, spektakl jest pełen aluzji, które są dodatkowo wyśmienicie rozgrywane przez aktorów i ruch sceniczny. Bo bardzo ważne jest też, kto, co trzyma w ręku, gdzie stoi, w jakiej pozycji głosi swoje teksty. Pięknie się to wszystko składa w całość! Do tego publiczność zostaje uraczona wstawkami związanymi z polską polityką, dodawanymi w miarę na bieżąco, w większości całkiem trafnymi (jakby nie było mam porównanie z kilku spektakli), za co aktorzy wygłaszający dane teksty nagradzani są najczęściej gromkimi brawami.

foto by kasia chmura print-2722

„Miarka za miarkę” w Teatrze Dramatycznym to naprawdę dobry spektakl, świetnie zagrany, przygotowany scenograficznie, ruchowo, muzycznie, oświetleniowo, generalnie – dopracowany w każdym detalu i spójny. Szczerze polecam, ja będę wracać i wracać!

PS. Swoją drogą to ciekawe, że dwa spośród kilku ulubionych spektakli w Warszawie zrobili Litwini. „Dziady” w wersji Nekrošiusa to perełka, praktycznie odarta z mesjanizmu i ślepego „jesteśmy najważniejsi, najwspanialsi, tylko inni się na nas jeszcze nie poznali”, to przepięknie zrobiony dramat jednostki, jej buntu… Ale nie o tym teraz!

Co z tym fantem zrobić? („Twarz” – Małgorzata Szumowska)

Ci, którzy podążali ze mną przez czasy „Książkowa” wiedzą, ze jestem mało filmowa. Teatr, o tak! Namiętnie i często. Filmy… Czasami i to raczej te mocno wybrane. Kilka dni temu miałam okazję być na premierze „Twarzy”, nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej. Gdy po zakończeniu wychodziłam z kina byłam na tak z małym „ale”. Po upływie kilku dni mam więcej mętliku w głowie. Dlaczego?

twarz

Reżyserka zrobiła film zainspirowany historią prawdziwą (jednak ponoć na tyle zmienioną, że nie warto brać prezentowanych reakcji społecznych jako pewnik). W małej wsi żyje sobie heavymetalowiec Jacek (Mateusz Kościukiewicz), wzbudza swym wyglądem i gustami sensację, rodzina chętnie „sprowadziłaby go do pionu”, jedni żegnają się na jego widok, inni wołają za nim „Jezus”. Młody mężczyzna pracuje przy budowie gigantycznego pomnika Chrystusa, w głębi ducha marzy o wyjeździe do Wielkiej Brytanii. Trzyma go tu właściwie tylko miłość do pięknej i przebojowej Dagmary (Małgorzata Gorol).

Pewnego dnia Jacek spada z figury, ulega wypadkowi w wyniku którego lekarze dokonują pionierskiej operacji przeszczepienia twarzy. Wydawałoby się, że wszystko dobrze się kończy, jednak po powrocie do domu okazuje się, że nie tylko dla lokalnej społeczności stał się niesamowitym tworem, karykaturalnym pośmiewiskiem, ale też większość rodziny nie potrafi zobaczyć w nim dawnego Jacka i odsuwa się od niego. Rzuca go też narzeczona. Zostaje mu tylko dziadek i siostra. Biorąc pod uwagę skutki wypadku i przeszczepu oznacza to tak de facto utratę całego dotychczasowego życia.

Jacek (przy pomocy siostry, świetnie zagranej przez Agnieszkę Podsiadlik) próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Leczenie pochłania olbrzymie sumy, system nie wspiera ofiary takiego wypadku, mężczyzna budzi tylko niezdrową ciekawość, znikąd nie dostaje wsparcia. Mamy tutaj zarówno walkę o odzyskanie chociaż części siebie, jak i budowanie nowej tożsamości, radzenie sobie z samotnością i odrzuceniem. Ważkich tematów jest wiele i to jest największy plus tego filmu.

Kolejnymi plusami są wymieniona wyżej trójka aktorów oraz przepiękne zdjęcia Michała Englerta.

twarz2

To, z czym mam jednak duży problem, to poziom krzywego zwierciadła zastosowany w tym filmie. Owszem, rozumiem i akceptuję używanie takiego zabiegu, sarkazm i satyrę zawsze chętnie witam w różnych formach artystycznych. Jednak mam wrażenie, że tutaj zostało to doprowadzone do ekstremum, do poziomu momentami absurdalnego. Przykłady? Prezentowana wieś to chyba najbardziej zapyziała i nie rozwinięta wieś w Polsce, nie ma tam nic nowego, ładnego, sam chaos, brud, nieporządek, ogólny syf. Brak ludzi dobrych, brak ludzi ładnych. Sama mizeria umysłowa, edukacyjna, finansowa, praktycznie nikogo, kto by się wyłamywał. Mieszkałam w maleńkiej wsi, mieszkałam w większej wsi, uczyłam się w średniej, w małym miasteczku, w dużym mieście, od jakiegoś czasu żyję w wielkim mieście i jakoś mi się to z tych perspektyw gryzie. Ten film jest dla mnie zbyt zero-jedynkowy. Może oczekiwałam czegoś bliższego prawdziwemu życiu, a tu mamy tylko zbiór prostaków, pijaków, chamów, rasistów, którzy nad grobem ojca biją się o pole, a dla rozrywki wożą dziecko do Komunii karetą. Czuję wewnętrzną niezgodę na takie prezentowanie Polski. Ale, jak teraz sobie dumam w trakcie pisania, może to mój problem z tą kwestią, a nie problem z filmem…

Druga sprawa – takie reakcje i typy społeczne (oczywiście w bardziej rzeczywistej wersji) można spotkać wszędzie, na wsi, w miasteczkach, miastach i metropoliach. Tylko ewentualnie rozrzedzają się w tłumie. Więc to trochę pójście na łatwiznę. Prościej jest pokazać „zacofaną wieś” i się z niej pośmiać, niż umiejscowić bohatera w dużym mieście, gdzie mógłby go spotkać podobny ostracyzm, ale przecież gryzłoby się to z wizją „wykształconych, rozwiniętych miast”.

Pomijając te moje dwie duchowe rozterki, to warto pójść i przekonać się samodzielnie. Widzę masę zachwytów, widzę też krytykę (chociaż określenia „antypolski” spowodowały u mnie rechot), ja jestem gdzieś pomiędzy. „Twarz” zwraca uwagę na część problemów, jakimi się cechujemy jako społeczeństwo, jednak przede wszystkim porusza bardzo istotne tematy dotyczące tożsamości człowieka, tego, co go identyfikuje, przez co się tworzy i jak się to ma do bycia członkiem różnych społeczności. I dlatego warto go zobaczyć. A czy krzywe zwierciadło wyda wam się zbyt krzywe, czy wręcz idealne, to już sami zobaczycie!

Opowieść o strachu przed miłością („Bent” – Natalie Ringler)

Jest spektakl, który boli. Po którym siedzi się w milczeniu, patrząc na scenę i trawiąc to, co się właśnie obejrzało. Serce płacze pod wpływem emocji, rozum nie chce się zgodzić na to, że tak bywało, a dusza podziwia aktorski majstersztyk, który oglądało się jeszcze chwilę wcześniej.

by_kasia_chmura_print--28

Teoretycznie to nic dla mnie nowego, tematykę, którą porusza spektakl „Bent” w Teatrze Dramatycznym, znam od lat. Swego czasu zaczytywałam się historiami związanymi z obozami koncentracyjnymi, drugą wojną światową etc. Wydawało mi się więc, że idę przygotowana, że nic mnie nie zaskoczy. Jakże się myliłam!

„Bent” zaczyna się w Berlinie, w latach 30. Kluby dla gejów, kabarety, dancingi, przygodny seks, lejący się szampan, wspaniali młodzi mężczyźni. Główny bohater – Max – lubi takie właśnie życie, nie dba o to, że żyje z dnia na dzień, od imprezy do imprezy, z przygodnymi kochankami, nie dbając o przyszłość. Nagle jednak do jego mieszkania wpadają faszyści i tak zmienia się wszystko…

 

 

 

 

 

Martin Sherman ukazał w swym dramacie losy homoseksualistów w czasie wojny. To, jak traktowani byli gorzej od zwierząt, że byli najgorszą kategorią więźniów w obozach koncentracyjnych, jak na nic nie zasługiwali i nic im nie było wolno. Nawet kochać. Pomijając już panujące myślenie, że przecież „ci gorsi od zwierząt nie mają uczuć”, przyjaźń czy miłość była niebezpieczna, łatwo mogła sprowadzić śmierć na obydwie osoby. A przecież to właśnie posiadanie bliskiej osoby mogło chociaż odrobinę uczłowieczyć pobyt w tak przerażającym miejscu. Jaki to straszny dylemat!

Scenografia „Benta” jest bardzo skromna, często mocno symboliczna, a jednocześnie bardzo trafna i działająca na wyobraźnię. Trochę rekwizytów, gra świateł i voila! Z łatwością przenosimy się w kolejne miejsca akcji – z berlińskiego salonu przez klub nocny, pociąg towarowy, aż do obozu. Brawa za tak przemyślaną i dopracowaną prostotę.

by_kasia_chmura_print--15Jednakże tym, co sprawia, że ten spektakl jest tak przejmujący, jest gra aktorów. Wszyscy, oprócz grającego główną rolę Mariusza Drężka, mają po dwie lub trzy postacie do zagrania, z czym radzą sobie bez problemu, są przekonujący. Szczególnie ciekawe role drugoplanowe ma Maciej Wyczański, robi wrażenie. Piotr Bulcewicz, jako obozowa miłość Maxa porusza, mamy nadzieję – przynajmniej przez chwilę – że może im się uda, że los nie będzie aż tak podły!

Jednak to Mariusz Drężek jako Max porywa, to jest jego spektakl! Jego Max jest prawdziwy, od uroczego lekkoducha, birbanta, przez negującego wszystkie uczucia i związki międzyludzkie buntownika, aż do człowieka zrozpaczonego, złamanego, bez nadziei na cokolwiek. Niesamowicie przejmująco ukazał proces odczłowieczania, łamania ducha. Wspaniała gra aktorska, świetnie ukazująca umiejętności tego aktora. To właśnie on sprawił, że po zakończeniu spektaklu siedziałyśmy z koleżanką w ciszy, nie mogąc jeszcze wyjść z sali, potrzebując chwili na ochłonięcie. Taki poziom aktorstwa chciałoby się widywać jak najczęściej!by_kasia_chmura_print--20

To właśnie dzięki aktorom i ich umiejętnościom ten dramat nabiera takiego wymiaru, że zostaje z widzami na długo, w ich sercach i głowach. Co innego wiedzieć o czymś, co innego to widzieć, mało tego, wręcz swoiście współodczuwać. Świetnie zrobione, gratulacje dla obsady i ekipy! Swoją drogą, właśnie w tym spektaklu dane mi było widzieć jedną z ciekawszych scen erotycznych obejrzanych na deskach teatrów. Aktorzy w ubraniach, nie mogąc nawet na siebie spojrzeć, słowami tworzą niesamowitą atmosferę, pełną erotycznego napięcia. To dla mnie kolejny dowód na to, że golizna tak de facto rzadko czemuś naprawdę służy na scenie, często jest w naszych teatrach używana zupełnie bezmyślnie, taki kwiatek u kożucha. Gdy w przemyślanej scenie wystarczy aktor i jego umiejętności. I słowa…

I znowu będę polecać z całego serca! Muszę wybrać w końcu do opisania jakiś słabszy spektakl, bo to się niedługo zrobi nudne. Tak czy siak, „Benta” oglądajcie, bo warto! Życzę Wam, byście też w milczeniu musieli przetrawić to, co się wydarzyło na scenie. I rozmyślać o tym, jak to jest pokochać i zaraz tę miłość utracić.

Fot. Katarzyna Chmura – Cegiełkowska, materiały prasowe.

 

 

 

Czego mam się najpierw pozbyć? Miłości czy nienawiści? („Kompleks Portnoya” – Aleksandra Popławska, Adam Sajnuk)

Aleksander Portnoy, lat 33, biały mężczyzna, wychowany w żydowskiej rodzinie. Ciągle poszukujący swojej drogi, swej tożsamości. Od lat nie może pogodzić się ze swym żydowskim pochodzeniem, gardzi ojcem, walczy z nadopiekuńczością matki, jednocześnie nie może się odnaleźć, odciąć się od dziedzictwa. Przyciąga go ono i odrzuca. Jest jednocześnie Żydem i antysemitą. Postrzega swą rodzinę i znajomych jako ograniczonych bałwochwalców, a jednocześnie nie potrafi się od tego odseparować.

Do tego dochodzi brak psychicznej dojrzałości bohatera, jego zafascynowanie własnym ciałem, upojenie seksem, jak również swobodą obyczajów gojek (tak różną od moralności, jaką wpajała mu rodzina). Aleksander przeżywa wewnętrzny konflikt między cielesnością a duchowością, czuje się ograniczony. Nie potrafi odnaleźć własnej życiowej ścieżki, nie wie, jak poczuć się wolnym. Tylko czy tak naprawdę można poczuć się w pełni wolnym?

Portnoy1
fot. Katarzyna Chmura – Cegiełkowska

Spektakl powstał w oparciu o książkę Philipa Rotha – „Kompleks Portnoya” i od początku przyciągał tłumy do Teatru WARSawy. Mnie było dane obejrzeć go dopiero niedawno, ale w pełni rozumiem już, dlaczego przez te lata niezmiennie przyciąga widownię. Jest fantastyczny!

Scenografia jest skromna, tworzy zarys domu rodzinnego Aleksandra. Tu krzesło, tam toaleta, gdzie indziej namiastka sypialni, wszystko używane przez aktorów w trakcie spektaklu w bardzo przemyślany i interesujący sposób. Dodatkowo podwójny trójkąt używany adekwatnie do życiowego momentu bohatera – czasami jako obrotówka, czasami jako gwiazda Dawida. Skromne, a jakże efektowne. To wszystko łączy się zgrabnie z przemyślanym ruchem scenicznym i oświetleniem, tworząc spójną całość.

Portnoy2
fot. Katarzyna Chmura – Cegiełkowska

Jednak to, co najważniejsze – oprócz genialnego tekstu Rotha – to gra aktorów. O mamuniu!

Po pierwsze – Adam Sajnuk jako Aleksander Portnoy. Muszę być kolokwialna, nie mogę inaczej: o w mordę, co za genialny popis aktorski! Czapki z głów i szampan dla Adama! Nie ośmielę się twierdzić, że to jego rola życia (bo widziałam go na razie chyba w czterech spektaklach), ale jest w tej postaci taka autentyczność, taka naturalność i luz, jakby nie grał, a był swoim bohaterem. Obrazuje Portnoya brawurowo, przez dwie godziny nie można oderwać oczu od sceny śledząc losy tego zagubionego w życiu mężczyzny, zabłąkanego człowieka. Jest w nim jednak masa wdzięku i uwodzicielskiego uroku. Oraz duża doza sarkastycznego humoru jakby rodem z filmów Allena. Charyzmatyczny Piotruś Pan na kozetce u psychoanalityka…

Portnoy3
fot. Katarzyna Chmura – Cegiełkowska

Jednak pozostała część ekipy jest również wyśmienita! Monika Mariotti jako nadopiekuńcza matka-kwoka jest niesamowita, niezmiernie wiarygodna, jednocześnie nieziemsko wkurzająca i urocza. Chyba wszyscy znamy takie matki, babki, ciotki… Bartosz Adamczyk jako ojciec Aleksa jest również wiarygodny, marzy by być podporą rodziny, a przez syna jest postrzegany jako przegrany fajtłapa. Wyśmienita jest Anna Smołownik, która najpierw gra siostrę Aleksa, a potem kolejne jego kochanki. Młoda aktorka brawurowo wchodzi w kolejne role, błyskawicznie i z temperamentem przeistacza się z jednej osoby w drugą, ten spektakl to prawdziwy test jest umiejętności. Z którego wychodzi zwycięsko, bawi, wzrusza, irytuje, uwodzi.

„Kompleks Portnoya” w Teatrze WARSawy to cacuszko, dwie godziny uczty, która nie tylko ani przez chwilę nie nuży, ale wręcz widz nie chce, by się skończyła! Porywająca adaptacja, wyśmienite aktorstwo, interakcja z widzem i sporo materiału do przemyśleń. Kim jesteśmy? Co tworzy naszą tożsamość? Jak odnaleźć własną życiową ścieżkę?

Z całego serca polecam! Ja już nie mogę doczekać się kwietniowego terminu, by zafundować sobie powtórkę!

Zmiana. Nareszcie!

Przez długie lata kokosiłam się pod adresem https://ksiazkowo.wordpress.com/, chociaż czułam się nim coraz bardziej ograniczona. Nareszcie, pod wpływem impulsu poprosiłam Mistrza Jana (do niedawna znanego Tramwajarza z Tramwaju nr 4) o pomoc i tak dzięki niemu w jeden wieczór trafiłam pod nowy adres. Adres mój, najmojszy. Dlatego nie przewiduję już migracji. O ile będę pisała, będzie to tutaj. I w końcu nie czuję na duszy ograniczenia „książkowo”, mogę bezkarnie pisać o wszystkim, co mi w duszy gra.

Dlaczego nie własna domena? A po co mi ona? Ten blog to hobby w czystej postaci, żadna „profesjonalizacja blogosfery” , „monetyzacja” itp. itd. Ma być, działać, sprawiać frajdę i tyle.

Jeżeli w ogóle ktoś jeszcze ma gdzieś zapisany mój stary adres – proszę, podmieńcie go na ten właśnie. A może kogoś to nowe otwarcie zachęci do obserwowania? Może też w końcu dzięki niemu wrócę do bardziej regularnego pisania? Trzymajcie kciuki!