Zatrzymane chwile #21

Ciekawe, czy uznacie wrzesień za wart oglądania, w dużej części wyszedł mi dosyć monotonny. Może dlatego, że jest to czas, w którym mam mnóstwo roboty, więc głównie siedzę i pracuję, a nieliczne wolne chwile staram się wykorzystać na relaks. Chociaż różnie z tym bywało, bo biegałam też po lekarzach, po sklepach (szukanie ubrania na imprezę firmową – koszmar!). Ale przechodząc do rzeczy, to mój wrzesień był taki…

Było duuuuużo kolorowankowego szczęścia!

Uwielbiam kolorowanie coraz bardziej. Stale uczę się nowych rzeczy, technik, doboru kolorów, sprawia mi to masę frajdy. Tylko muszę trzymać rękę na finansowym pulsie, by nie przepuścić połowy pensji na zeszyty i przybory 😉

Był rodzinny przedłużony weekend w Trójmieście i okolicach 🙂

Pogoda trafiła nam się mocno w kratkę, ale i tak było cudnie. Uwielbiam polskie morze i uwielbiam Trójmiasto, jak mi się znudzi kiedyś Warszawa, to się przeprowadzę.

Było sporo zachodów słońca i jesiennych zdjęć uroczych 😉

Pięknych widoków dookoła jest naprawdę sporo, tylko dni coraz krótsze i coraz bardziej ograniczone są możliwości ich łapania, a szkoda!

Były książki, chociaż mało ich zdjęć ostatnio, bo najczęściej czytam w komunikacji miejskiej i w podróży, a wtedy raczej fot nie robię.

Na pierwszym zdjęciu widzicie fragment pierwszego tomu trylogii V.C. Andrews, który pojawi się w księgarniach w listopadzie. Trzy książki z kolejnego zdjęcia już dawno przeczytane, ale ciągle nie mogę się zmotywować do ich opisania. A ostatnia od dzisiaj w czytaniu, bardzo jestem ciekawa wrażeń.

Było też – kolejny raz z rzędu – Blog Forum Gdańsk, gdzie w końcu byliśmy książkowo lepiej reprezentowani!

Impreza zasługuje na opisanie w osobnej notce, niech tylko znajdę chwilę. Było ciekawie, wesoło, w niesamowitym miejscu (polecam ECS!), a na dodatek przyjechałam z Kindlem! Orange zorganizowało bingo, 4 z 5 czytników zgarnęli blogerzy książkowi 🙂 Ciekawe, kto był piątym szczęściarzem!

No i na koniec różności:

Rzut okiem na centrum przed zniknięciem w otchłaniach Dworca Centralnego. Storczyk wyznający miłość 🙂 Oraz gazetka o whiskey. Czyli garść pierdołek 😉

To byłoby na tyle, dosyć monotonnie, przyznaję. Październik ma szansę być bogatszy w wydarzenia, ale zobaczymy…

Zatrzymane chwile #20

Nadrobiłam lipiec, a teraz czas na sierpień!

Jak zwykle – były książki!

Było pyszne jedzenie, mniam, mniam… Poczynając od przepysznej tarte flambee, przez genialne ciasto marchewkowe z dodatkami, domowej roboty kompot, pierwsze w sezonie kurki oraz własnoręcznie mieszane musli (od którego się uzależniłam).

Były kolorowanki, nowe zeszyty do kolorowania, nowe kredki i inne pomoce naukowe 😉

Było trochę natury, widoków i przyjemności 🙂

I kilka do niczego nie pasujących fot 😉 Pierwsze foto, to moje wspaniałe, pierwszosierpniowe odkrycie! Okazało się, że w czasie, gdy wiele osób w Warszawie godzinę „W” świętuje przy wyciu syren i rac, moi sąsiedzi najpierw słuchali Chopina, potem – przez minutę – stali w ciszy, a potem zaczęli śpiewać wojskowe i warszawskie pieśni. Ależ to było niesamowite!

Kolejne foty, to już pierdołki: nowy budzik, który kupiłam. Za nim symbol przeraźliwej suszy, która przez tygodnie dręczyła Warszawę, a na końcu siedziba radiowej Trójki, gdzie (dwukrotnie w ciągu jednego miesiąca!) wypowiadałam się a propos kolorowania i kolorowanek. Jednak zrobiła się moda!

I to tyle, jestem z fotopodsumowaniami na bieżąco, oby tak dalej 😉 Chociaż nie wiem, czy są one Wam potrzebne, bo są chyba dosyć monotonne. Ja tam je lubię, ale nie wiem, na ile są one dla Was interesujące?

Zatrzymane chwile – bardzo opóźnione #19

Przegapiłam! Kurczę, no! Nie tylko przegapiłam 6 rocznicę blogowania, ale i podsumowanie lipca… Co się ze mną dzieje? Może pora zwinąć blogowy bizensik? Ale na razie do rzeczy! Najpierw nadrabiam ominięty lipiec, a niedługo wrzucę sierpień!

Było duuuuużo kolorowania, bardzo dużo 🙂

Było sporo Pałacu Kultury i Nauki, który kończył niedawno 60 lat i chyba z tej okazji zrobił się jeszcze bardziej fotogeniczny, niż zazwyczaj 😉

Byłam też na chwilę u Rodziców, trochę przewinęło się pięknych okoliczności przyrody 🙂

Były oczywiście i książki…

W lipcu na fanpage’u pojawił się fan numer 2000, to super, że jesteście ze mną! 🙂 Jakoś dziwnie mało jedzenia się w lipcu przewinęło przez mojego Instagrama 😉 A na ostatnim zdjęciu widzicie moich Rodziców, do których wpadłam na weekend.

Na pierwszym zdjęciu widzicie mój cudowny zestaw 72 kolorów kredek Koh-I-Noor Polycolor, uwielbiam je! Siedziba firmy symbolizuje „miesięcznicę” pracy (chociaż już stuknęły 3 miesiące!), a na końcu widzicie jedną z przesyłek, które przygotowywałam w pracy dla blogerów 🙂

To już cały mój lipiec! A niedługo postaram się pokazać Wam, jaki był mój sierpień!

Jakimi kredkami kolorować?

Ja zaczynałam przez totalny przypadek – miałam pożyczyć z pracy zwykłe kredki i pokolorować kawałek jednego wzoru, by pokazać to na Facebooku. I tyle. A to, co nimi kolorowałam wyglądało mniej więcej tak (mniej więcej, bo nie jestem w stanie po tylu miesiącach zagwarantować, że wszystkie te kolory pochodziły z tej ubogiej dwunastki 😉 ).

Jakieś najzwyklejsze kredki, 12 kolorów, kompletnie nie pamiętam jakie, ale pewnie najtańsze z marketu.
Jakieś najzwyklejsze kredki, 12 kolorów, kompletnie nie pamiętam jakie, ale pewnie najtańsze z marketu.

Ale łyknęłam bakcyla, więc na drugi dzień kupiłam zestaw własnych kredek – Bambino ołówkowe, grube 24 kolory. O takie! Tu było już lepiej – i z wyborem, i z kryciem. Na długo mi zresztą starczyły, używałam ich kilka miesięcy. Wkurzały mnie dwie sprawy, nie wiem, na ile ze sobą połączone. Bardzo często się łamały, a temperówka z tego zestawu straszliwie łamała mi kredki! Kryły całkiem nieźle, ale dużo zależało od koloru.

*Po kliknięciu na zdjęcia w galeriach foto pojawi się ich powiększona wersja!

W międzyczasie moja kolekcja powiększyła się o kolejny zestaw 12 kredek, prezent od koleżanki – taki. Według mnie kompletnie nie zgadza się z opisem. „Miękko rysujące” – eeeee, noł łej, twarde jak cholera. „Bardzo intensywne kolory” – heh, niektóre, wiele z nich zupełnie bladych. Dlatego zresztą używałam ich głównie do wypełniania tła, dużych obszarów kolorowanek. Nie kryją dobrze, zostawiają ślady.

W porównaniu między kryciem Bambino a Tree Creation, te pierwsze wygrywają, chociaż są dalekie od ideału. Ale chociaż kolor mają ciut lepiej kryjący – po lewej Tree Creation, po prawej Bambino.

Potem dokupiłam kolejne kredki. Zaciekawiła mnie – kupowana na sztuki – kredka łącząca różne kolory, taka. Później dowiedziałam się, że bywają i zestawy, są różne połączenia kolorów, a generalnie nazywają się one „magicznymi kredkami”.

O ile kompletnie nie sprawdziła się jako wypełnienie ciała syren, o tyle w próbce z witrażami było już ciut lepiej. Ale generalnie niezbyt mi podeszła. Owszem, kryje nieźle, ale to połączenie kolorów jakoś mnie nie zachwyciło, może kiedyś do niej wrócę, na razie leży i odpoczywa 😉

Razem z nią kupiłam zestaw 12 kolorów Koh-I-Noor Progresso, taki. Kredki bezdrzewne, co było dla mnie nowym konceptem. Kryją przeważnie bardzo dobrze, mają intensywne kolory, bardzo przyjemne dla oka. Problem bywa z ich ostrzeniem, bo są cienkie, a żeby dobrze kryć, to muszą być naostrzone w cienki szpic. Ale wszystko jest kwestią wprawy i odpowiedniej temperówki.

Brak drewnianej otoczki skutkuje czasami tym, że gdy kredki upadają na ziemię, to niektóre się łamią na dwie osobne części. Ale idzie ich używać dalej. Dopiero niedawno doczytałam, że pył uzyskiwany przy ich ostrzeniu można wykorzystywać do cieniowania rysunków, co nie powinno dziwić, przecież to czysty kolor.

Trzeba je stosunkowo często temperować. A skala krycia zależy od papieru. Są cienkie i gładkie, mnie całkiem nieźle pasują w trzymaniu 🙂

Do nich dokupiłam kilka kredek Derwent z różnych rodzajów – Coloursoft, Inktense, Watercolour. Baaaardzo różne dozniania. Owszem, generalnie jakość jest dobra. Ale Watercolour (co może jest prawidłowe i wiedziałabym o tym, gdybym wcześniej poczytała info w necie, kto wie) są bardzo blade i bardzo lekko kryją. Coloursoft mają całkiem niezłe kolory, które jednakże wychodzą fajniej przy kilkukrotnym kryciu. Inktense są baaaardzo intensywne. Jednakże mają tendencje do lekkiego rozmazywania się. Zresztą tak samo, jak niektóre Progresso.

Cieniowane kwiaty – ciemne brzegi to najczęściej Progresso + Inktense. Środki Coloursoft + Bambino, a najjaśniejsze części to któreś z tanich, mało kryjących kredek. Różowy kwiat na brzegach to Inktense, a środek to Progresso + Bambino, niebieska kredka w tle to Derwent Coloursoft, a zielenie to Progresso, Coloursoft i Bambino (jasne zielenie). Ostatnie zdjęcie – tło i ciemnopomarańczowy to Progresso, zielenie i środki kwiatów to zdecydowanie mieszane kredki.

Ostatnie dwa nabytki to 12 kolorów kredek akwarelowych Koh-I-Noor Mondeluz oraz przecudowny zestaw 72 kolorów Koh-I-Noor Polycolor.

Mondeluzy zachwycają kolorami, są bardzo intensywne, soczyste. Kryją świetnie na kartce w zeszycie, na niektórych kolorowankach już gorzej – może ze względu na fakturę papieru, może ze względu na to, że mogą być rozmazywane przy użyciu wody/pędzelka. Ja jeszcze nie próbowałam. Są mięciutkie, dzięki temu fajnie się nimi koloruje.

A mój najnowszy nabytek mnie zachwycił. Najpierw wybór kolorów, który na jakiś czas zatrzyma moje ciągłe poszukiwanie czegoś nowego 😉 A potem sama jakość – kryją bardzo dobrze (chociaż jak ze wszystkimi – zależy od faktury papieru), mają bardzo fajne gamy kolorów i dzięki temu świetnie nadają się do cieniowania. Jako że mam je niedawno, to nie mam jeszcze doświadczeń z łamliwością i częstotliwością temperowania.

Na razie głównie przy pomocy Polycolor zrobiłam jeden obrazek. Drobiazgi kończyłam Mondeluz i Progresso.

Generalnie jednak Polycolor są z nich wszystkich najlepsze. A w komplecie z Mondeluz i/lub Progresso tworzą kombo do superkolorowania. Serdecznie polecam!

PS. Linki są totalnie przypadkowe, nie korzystałam z tych sprzedawców (oprócz jednego), nie sprawdzałam cen, chciałam tylko pokazać przykłady.

Zatrzymane chwile #18

Czerwiec. Na początku miesiąc niepewności i obawy, potem… potem to już dobry miesiąc i tyle. Nie mogę go inaczej podsumować. Spokojniejszy, radośniejszy, bardziej zrelaksowany, dobry i tyle. I niech tak będzie dalej! Mniej czytałam, więcej kolorowałam, mania ciągle kwitnie 😉

Generalnie miesiąc był taki, jak wszystkie. Były książki…

Różnorodnie, raczej dobrze jakościowo, ale poza Bishop bez wielkich uniesień. No, jakościowo jeszcze „Jaśnie pan” równa w górę. Reszta ok, ale poza poziom dobry nie wyskoczyła. „Inofoszk” pewnie wyskoczy, ale skończę go już w lipcu 😉

Było jedzenie…

Był przepyszny obiad – tarte flamee w uroczej restauracji Flambeeria. Było musli na życzenie (bardzo smaczne, ciągle się zastanawiam, czy organizować sobie własne, jeżdżąc i szukając składników, czy zamówić za ciut więcej, ale bezproblemowo). Mój ukochany sezon w pełni – truskawki, czereśnie, maliny, arbuzy, mnóstwo pysznych, świeżych warzyw i owoców, uwielbiam tę porę roku! Typowo letnie pyszności, jak zupa kalafiorowa czy drinki z lodami 😉 A na koniec dwa moje uzależnienia – Pretzel chips oraz karmelowa czekolada ze słonymi orzeszkami. Ech, za dużo tego dobra dookoła 😉

Były kolorowanki…

O tym, że wsiąkam coraz bardziej, to wiecie od dawna. Zobaczcie, ileż tego naprodukowałam w czerwcu! Teraz chyba jasne już jest, dlaczego o ksiażkach jest mniej 😉 A w trakcie weekendu u znajomych odkryłam przyjemność wspólnego kolorowania i gadania, gadania, gadania. Super sprawa!

Starałam się też łapać piękne chwile lata, które takie w naszym kraju krótkie jest! Możecie też zobaczyć trzeciego storczyka, którego nabyłam, bo pozostałe dwa się lenią i długo już nie kwitną. Swoją drogą nawet podziałało, bo jeden z nich wypuszcza nową gałązkę! Miałam też okazję być na pokazie przedpremierowym filmu „Randka z królową”. Taka romantyczna bajeczka, chociaż ponoć oparta (oczywiście w części) o prawdziwe zniknięcie księżniczek. Macie też okazję zobaczyć komplet moich cudnych talerzy, które zafundowałam sobie dzięki karcie podarunkowej. Cudne są, orgia kolorów, jak na kolorowankach 😉

W czerwcu miałam też okazję obejrzeć kolejne przedstawienie przecudnego Cirqu du Soleil! Tym razem był to „Quidam” i było to niesamowite, przepiękne przeżycie, uwielbiam ich! Piękne widoki złowione w trakcie podróży po mieście. Oraz znowu mój piękny storczyk i nowa kolorowanka. W prawym górnym rogu –  symbol piątkowego wieczoru spędzonego na spotkaniu z dwiema znajomymi z poprzedniej pracy. Na końcu „Conan The Baby” próbujcie zmyć się tacie z chusty 😉

Ostatnie są trzy zdjęcia reprezentujące pracę – książki, które zobrazowały na Instagramie ogłoszenie o nowym pracodawcy. Buciki kopciuszka, które promować będą jedną z książek (oraz posłużyły do zareklamowania nowego konta na Instagramie, śledźcie nas na @proszynski_wydawnictwo!). A na środku cudny pies koleżanki, który spędził z nami wieczór w kawiarni, w trakcie którego grałyśmy w Tabu i miałyśmy masę frajdy, takie nieformalne wyjście integracyjne działu.

To byłoby na tyle. I tak jest tych zdjęć – jak zwykle! – masa. Jak Wam się podobał mój czerwiec?

Zatrzymane chwile #17

Maj. Miesiąc dużej ilości stresu – przez pierwsze dwa tygodnie oraz miesiąc odpoczynku – przez kolejne dwa. Dziwaczny miesiąc, który zagwarantował mi taki rollercoaster emocjonalny, że prawie padłam w pewnym momencie. Ale dzięki ostatnim dniom, które spędziłam u Rodzinki, pozwolił mi ochłonąć i dojść do siebie.

Dosyć monotonny miesiąc pod względem zdjęć. Duuuużo natury…

O dziwo, pierwsza część tych zdjęć to Warszawa. Można tu znaleźć takie cudne zakątki, uwielbiam to! Ciekawe, jak długo, bo tną na potęgę i zalewają betonem 😦 Bukiet tulipanów dostałam od znajomej z poprzedniej pracy, na pożegnanie. Wzruszyła mnie! Z konwalie i pozostałe foty to już ogród u Rodziców i okolica ich domu. Cudnie tam jest!

Dużo nieba, słońca i chmur…

Nie wiem, na czym to polega, ale u Rodziców często można zaobserwować superanckie zachody słońca! Tego mi bardzo tutaj brakuje, okna mam od północy i to wychodzące na podwórko, dookoła wysokie drzewa i domy, ech!

Dużo kolorowania…

Jak wiecie – wsiąkłam po uszy! A miałam w maju sporo wolnego, więc i kolorowałam, kolorowałam, kolorowałam. Teraz tempo mi spadnie, ale co tam, poziom frajdy jest niezmienny!

Dużo jedzenia, trochę picia…

Uwielbiam wiosnę i lato, tyle pyszności do zjedzenia! Te wszystkie owoce, warzywa, a do tego lody! Dlaczego te dwie pory roku nie mogą trwać wiecznie? Wśród wszystkich tych pyszności znajdziecie też niestety jeden niewypał – bardzo niesmaczną pizzę, którą zamówiłam, bo po targach padałam na nos, nie chciało mi się gotować, a moje niechciejstwo przypłaciłam wyrzuceniem sporej części tego podłej jakości placka. Nigdy więcej pizzy z tej firmy!

Dużo książek i czytania…

Bardzo różny zestaw lektur. Ukochany Wegner, na którego tak długo czekałam! (Dzięki, Marta, nigdy Wam tej przysługi nie zapomnę!) O części książek już pisałam, ale sporo jescze przede mną. Żeby tak mi się chciało pisać, jak chce mi się kolorować 😉

A poza tym były różności…

Co roku sąsiedzi z uliczki przylegającej do naszego podwórka organizują Dzień Sąsiada – grill, słodkości, zabawy dla dzieci. Całkiem fajna inicjatywa, pomaga czuć się, jak u siebie. Dzięki sporej ilości wolnego trochę też pisałam na bloga, aczkolwiek bez fajerwerków, mogło być lepiej. Zdjęcie z GPS pokazuje, w jakiej pustce – wg nieaktualnej mapy – jechaliśmy do Warszawy. Powyżej znajdziecie też foty dokumentujące mój szał zakupowy oraz jedną symbolizującą kolejne Targi Książki w Warszawie. Nie mam wrażenia, że je „poczułam”, ale za to spotkałam tylu znajomych, że hej! 🙂

Bardzo fajna tabliczka w jednej z kawiarni, wywołała zabawne dyskusje na moim profilu na Instagramie i Facebooku 🙂 Obok symbol stosiku, który po przerwie powrócił na łamy bloga. No i „profesjonalne” kredki, które kupilam, by pofolgować mojej manii kolorowania. A pokaz wieńczy moje oko w wersji po zakraplaniu paskudztwa do badania dna oka. Jakbym się naćpała 😉

Zdjęć bardzo dużo, to chyba efekt dużej ilości wolnego czasu. Albo fioła foto… Ciekawe, jaki będzie czerwiec!

PS. Ciekawe, czy ktoś w ogóle zauważył, że od trzech miesięcy nie ma podsumowań „statystycznych”. Wnioskuję, że nikomu nie jest ich brak, bo inaczej byście sie o nie upominali, więc dopóki nie poczuję potrzeby, to ich tutaj nie zobaczycie.

Kolorowania czar!

kredki kolory

Jak wiecie, od kilku miesięcy jestem wielką miłośniczką kolorowania. Instagram i Facebook regularnie spamuję moimi „dziełami” oraz radością z kupna np. nowych kredek. Skąd ten szał?

Zaczęło się niewinnie. Miałam pokolorować kawałek wzoru, by zrobić zdjęcie na profil wydawnictwa na FB. Pożyczyłam z pracy kredki, wzięłam na weekend kolorowankę i… wsiąkłam. Już dzień po pierwszej próbie wybrałam się do sklepu po własne kredki, większy zestaw, bo ten pożyczony uznałam za niewystarczający. I od zimy koloruję kiedy tylko mogę. Cierpi na tym czytanie, cierpi blogowanie, cierpią znajomi, a ja siedzę i zadowolona dobieram kolory.

Sama nie wiem, czemu tak to zadziałało. Wydawało mi się, że dostanę szału kolorując te drobne elementy wzorów. A tu proszę – wcale tak nie jest! Sprawia mi to masę frajdy, wycisza, pomaga skupić myśli, zapomnieć o stu różnych rzeczach, a zamiast tego przemyśleć jedną, najważniejszą. A do tego jest fajne! Zdałam też sobie sprawę, że pomaga na mięśnie ręki, które jednak są u mnie dosyć mocno zastałe – stale komputer, komputer, komputer. A tu dodatkowy plusik kolorowania. I ostrzenia kredek 😉

Dorobiłam się na razie dwóch zeszytów z kolorowankami. Pierwszym są „Esy floresy” (Kolorowy trening antystresowy), a drugim „Art deco” (Sztukoterapia. 100 antystresowych kolorowanek). Są bardzo różne, obydwa mają plusy i minusy, zobaczcie sami!

„Esy floresy” mają bardzo fajne, różnorodne, czasami lekko szalone wzory. Bardzo mi odpowiada ta luzacka stylistyka, bez ambicji na arcydzieła. Papier jest gruby i dosyć szorstki. Plusem jest to, że kolory kredek nie przebijają, papier wytrzymuje też mocne przyciskanie kredek do kartki. Minusem tej szorstkości bywa słabsze krycie kolorami. Plusem i minusem jest perforacja – pozwala na wydarcie ukończonego rysunku i np. powieszenie go na ścianie lub podarowanie. Tylko z drugiej strony też jest fajny rysunek, więc można mieć dylemat. No i zeszyt jest dosyć ściśle klejony, więc performacja wchodzi we wzór i narażona jest na rozerwanie przy kolorowaniu. Miękka okładka jest także plusem i minusem. Plusem, bo pozwala na dowolne układanie zeszytu, według zachciewajek kolorującego. Minusem – daje mniejszą stabilność kolorowania (o ile nie siedzi się przy biurku, tylko np. na kanapie). Tak czy siak – bardzo lubię ten tom i sprawia mi nieustanną radochę.

„Art deco” dotarło do mnie względnie niedawno, chyba z półtora miesiąca temu. Od tego momentu starałam się dzielić czas sprawiedliwie pomiędzy obydwa zeszyty, by napisać to porównanie. Wzory są bardzo artystyczne, oparte po części o obrazy, po części o dzieła takie, jak posadzki czy dachy. Są moim zdaniem w dużej części trudniejsze, bo miewają bardzo dużo drobniutkich elementów. Mam wrażenie, że te z „Esów floresów” były tworzone właśnie do celu kolorowania, stąd wynikać może to, że wydają mi się prostsze do ogarnięcia. Te są piękne, ale mogą być chyba czasami frustrujące. Ja miałam na razie jeden taki moment, gdy kropki na kwiatkach były prawie że mniejsze od czubka najbardziej jak to możliwe naostrzonej kredki. Ale to był jedyny moment zwątpienia. Papier jest bardzo gładki, co – znowu! – jest plusem i minusem. Plusem, bo fajnie się go koloruje. Minusem – łatwiej rozmazuje się na nim kolory i przez nieuwagę można sobie zafundować odciski dłoni. Okładka jest twarda, może służyć za swoistą podkładkę, zeszyt wydaje się dobrze rozkładać, nie sprawiał mi na razie problemów. Wydane jest estetyczne i uporządkowane, na końcu znajdziecie nawet spis informacji, skąd pochodzą dane wzory.

Mojej niepokornej duszy bardziej odpowiada stylistyka pierwszego zeszytu, ale i tak lubię obydwa. A przede wszystkim – kolorowanie sprawia mi tyle radochy, że już myślę o kolejnych zeszytach (by mieć jeszcze większy wybór, a co!) i kolejnych zestawach dobrych kredek (ach to bogactwo odcieni!).

Ostatnio złapałam się na tym, że gdy wyjechałam na Wielkanoc (i krótki urlop po Świętach) i nie zabrałam ze sobą kolorowanek, to regularnie napadała mnie ochota na to, by wyciągnąć kredki i zabrać się do roboty! Wpadłam więc w takie samo uzależnienie, jak to książkowe. I na kolejny wyjazd zabrałam już i kolorowankę, i kredki. To się nazywa uzależnienie! 

PS. Kolejny wpis będzie o kredkach 😉

PPS. Przedwczoraj Zwierz Popkulturalny napisała bardzo fajną notkę okołotematyczną.

Zatrzymane chwile #16

Kwiecień. Długo byłam przekonana, że to całkiem niezły miesiąc, sprawy zaczynają się układać. A potem życie pokazało, że to, co sobie człowiek myśli, to śmiechu warte złudzenie i się ostro pokaszaniło. Ciekawe, co będzie dalej. Jednak podsumowanie miesiąca będzie całkiem wesolutkie i optymistyczne, bo taka była większość miesiąca.

Co się chyba nigdy nie zmieni – było książkowo…

Jak widać różnorodnie – obyczajowo, kryminalnie, fantastycznie, historycznie, a ten wydruk to nowa książka Martyny Raduchowskiej, więc i science fiction się pojawiło. Czytania było w kwietniu sporo, dawno tyle nie przeczytałam!

Jak widzicie – wpadłam w kolorowanie po uszy! Albo i głębiej. W Światowy Dzień Książki, jak na rasowego mola przystało kupiłam sobie nowe kredki 😉 I dostałam nową kolorowankę, piękne obrazy, ale chyba trudniejsze do relaksowania się, niż „Esy floresy”, zobaczymy.

Miesiąc hulanek – nie dość, że najpierw Święta, to potem spotkania z przyjaciółmi, a na nich pyszności do picia i jedzenia. A tyłek rośnie…

Wiosna rozkwitła, a kilka dni wolnego z okazji Świąt i urlop po ich zakończeniu pozwoliły mi bardziej wrzuć się w to święto wzrostu, zieleni, piękności. Uwielbiam wiosnę! Więc trochę przyspamowałam jej zdjęciami…

Ale liczę na to, że mi wybaczycie, przecież wiecie, że mam fioła na punkcie zdjęć zachodów słońca i przyrody. A zresztą – zawsze możecie zejść niżej, do kolejnych zdjęć 😉

Drogę do Rodziców pamiętać będę do końca życia – trasa Warszawa – Bydgoszcz zajęła nam 6,5 h… Mandat, uniknięcie wypadku, dwukrotne zgubienie drogi, grad, śnieżyce, ulewy. Straszne to było! A po Świętach nastąpił tydzień lenistwa – rozkoszowanie się wiosną, kotem domagającym się głaskania, szalone zakupy, rozpieszczanie przez Rodziców, fajnie tak!

Przed Świętami poczułam, że należy odwiedzić ulubionego fryzjera. A na początku kwietnia wielu zostało zaskoczonych (niewielu nie ;p) zawiadomieniem, że dwójka naszych znajomych w trakcie wyjazdu wakacyjnego do Seulu weźmie tam ślub. Życzę im stu szczęśliwych lat razem, zasługują na to! Za to po powrocie do Warszawy wybrałyśmy się z koleżankami na zakupy do Ikei. Dumna jestem, że wróciłam tylko z tymi rzeczami 😉

A ostatnie foto to fura prezentów – pocieszajek od znajomych, które dostałam po mocno dziwnym i niefajnym zakończeniu miesiąca.

Co mi przyniesie maj? Mam wrażenie, że zamiesza mi ostro w życiu. A czy na dobre, czy na złe – los pokaże!

Zatrzymane chwile #15

Ufff… Święta minęły i znalazłam chwilę, by poczytać i zrobić fotograficzne podsumowanie miesiąca. Ostatnie dni były szalone, minęły mi bardzo aktywnie i padam na twarz ze zmęczenia. Dobrze, że mam krótki urlop, bo byłabym w pracy niezbyt wydajna. A przechodząc do marca – słabo go pamiętam 😉 Oprócz lekarzy i zajmowania się swoim wnętrzem oraz chodzenia do pracy nawet już nie pamiętam, co robiłam! Sprawdźmy więc, co przypomną zdjęcia…

Już widzę, że w ubiegłym miesiącu miałam sporo okazji do jedzenia dobrych rzeczy 🙂 Poczynając od leniwej soboty, którą rozpoczęłam śniadaniem z przyjaciółkami, a zakończyłam w szerszym gronie wizytą w hiszpańskiej restauracji serwującej głównie tapas. Przez upiększanie swych dni owocami i pysznymi słodkościami, aż po przestowanie słynnej „Dziurki od klucza”, która słynie z kuchni i robionego na miejscu makaronu. A przy okazji odkryłam w okolicy malutki sklepik, którego właściciel stawia na lokalne produkty (np. hummus robi sąsiadka 🙂 ), a na dodatek wstawił do sklepu 1 stolik, serwuje pyszną kawę i wyciskane na miejscu soki. A do tego jest uroczym gadułą. Coraz bardziej podoba mi się rozwój mojej dzielnicy – pełno małych sklepików, kafejek, malutkich restauracji na 3 stoliki, prowadzonych przez rodziny, gdzie klienci witani są z uśmiechem i familiarnie. Oby tak dalej!

Oczywiście były ze mną książki. I to więcej, niż się spodziewałam! Trochę czytadeł, trochę pasjonującej lektury, odrobinę wymagających pozycji. I coraz więcej tych związanych z psychologią, jakoś ostatnio zaczęło mnie ciągnąć w tym kierunku.

Kolorowanki z „Kolorowego treningu antystresowego” towarzyszą mi dalej, wsiąkłam po uszy i tyle. Od czterech dni nie kolorowałam i już mnie nosi 😉 Żałuję, że nie zabrałam moich „Esów floresów” i kredek ze sobą na urlop. Świetnie mnie to relaksuje i sprawia masę frajdy.

Jak widać – poszukiwałam też wiosny. Uwielbiam tę porę roku, a ona – po dobrym początku – jakoś się wycofała. Wstręciucha! A jak były ładne dni, to najczęściej był to środek tygodnia i mogłam je podziwiać tylko przez okno. Za to w weekend najczęściej wiało/lało/było zimno. Urlop na razie też mnie nie rozpieszcza. Ech…

Niezmiennie uwielbiam Warszawę, bardzo mi w tym mieście dobrze. Lubię je, spacery po nim, odkrywanie drobnych szczegółów, poznawanie kolejnych miejsc. Niekończące się odkrywanie. A na dodatek można tu dostać nagle – wracając do domu o godzinie 23-ciej – pęk balonów. To było urocze zamknięcie dnia!

A na koniec trzy zdjęcia, które nigdzie mi nie pasowały. Pierwsze to symbol spełnienia kolejnego mego marzenia! Miałam w końcu okazję obejrzeć na żywo dwóch spośród moich ukochanych mistrzów w łyżwiarstwie figurowym – Jewgienija Pluszczenko oraz Stephane’a Lambiela. Od lat ich uwielbiam, a teraz w końcu mogłam ten czar, wdzięk i piękno na żywo. A razem z nimi występu wielu innych świetnych łyżwiarzy, „Kings on Ice” było super! Chociaż nie wiem, dlaczego nie trafiło to foto na podsumowanie lutowe, bo rzecz działa się ostatniego dnia tego miesiąca. Chyba muszę się przyjrzeć ustawieniom w aparacie, bo mówi mi, że zdjęcie zrobiłam 1 marca…

Obok już bardziej typowo – jedno z moich wyjść do teatru oraz symbol kolejnego wpisu blogowego. I to byłoby tyle!

PS. Obejrzyjcie to wystąpienie, przeczekajcie spokojniejszy początek, sprawdźcie całość! ❤