Zatrzymane chwile #21

Ciekawe, czy uznacie wrzesień za wart oglądania, w dużej części wyszedł mi dosyć monotonny. Może dlatego, że jest to czas, w którym mam mnóstwo roboty, więc głównie siedzę i pracuję, a nieliczne wolne chwile staram się wykorzystać na relaks. Chociaż różnie z tym bywało, bo biegałam też po lekarzach, po sklepach (szukanie ubrania na imprezę firmową – koszmar!). Ale przechodząc do rzeczy, to mój wrzesień był taki…

Było duuuuużo kolorowankowego szczęścia!

Uwielbiam kolorowanie coraz bardziej. Stale uczę się nowych rzeczy, technik, doboru kolorów, sprawia mi to masę frajdy. Tylko muszę trzymać rękę na finansowym pulsie, by nie przepuścić połowy pensji na zeszyty i przybory 😉

Był rodzinny przedłużony weekend w Trójmieście i okolicach 🙂

Pogoda trafiła nam się mocno w kratkę, ale i tak było cudnie. Uwielbiam polskie morze i uwielbiam Trójmiasto, jak mi się znudzi kiedyś Warszawa, to się przeprowadzę.

Było sporo zachodów słońca i jesiennych zdjęć uroczych 😉

Pięknych widoków dookoła jest naprawdę sporo, tylko dni coraz krótsze i coraz bardziej ograniczone są możliwości ich łapania, a szkoda!

Były książki, chociaż mało ich zdjęć ostatnio, bo najczęściej czytam w komunikacji miejskiej i w podróży, a wtedy raczej fot nie robię.

Na pierwszym zdjęciu widzicie fragment pierwszego tomu trylogii V.C. Andrews, który pojawi się w księgarniach w listopadzie. Trzy książki z kolejnego zdjęcia już dawno przeczytane, ale ciągle nie mogę się zmotywować do ich opisania. A ostatnia od dzisiaj w czytaniu, bardzo jestem ciekawa wrażeń.

Było też – kolejny raz z rzędu – Blog Forum Gdańsk, gdzie w końcu byliśmy książkowo lepiej reprezentowani!

Impreza zasługuje na opisanie w osobnej notce, niech tylko znajdę chwilę. Było ciekawie, wesoło, w niesamowitym miejscu (polecam ECS!), a na dodatek przyjechałam z Kindlem! Orange zorganizowało bingo, 4 z 5 czytników zgarnęli blogerzy książkowi 🙂 Ciekawe, kto był piątym szczęściarzem!

No i na koniec różności:

Rzut okiem na centrum przed zniknięciem w otchłaniach Dworca Centralnego. Storczyk wyznający miłość 🙂 Oraz gazetka o whiskey. Czyli garść pierdołek 😉

To byłoby na tyle, dosyć monotonnie, przyznaję. Październik ma szansę być bogatszy w wydarzenia, ale zobaczymy…

Zatrzymane chwile #20

Nadrobiłam lipiec, a teraz czas na sierpień!

Jak zwykle – były książki!

Było pyszne jedzenie, mniam, mniam… Poczynając od przepysznej tarte flambee, przez genialne ciasto marchewkowe z dodatkami, domowej roboty kompot, pierwsze w sezonie kurki oraz własnoręcznie mieszane musli (od którego się uzależniłam).

Były kolorowanki, nowe zeszyty do kolorowania, nowe kredki i inne pomoce naukowe 😉

Było trochę natury, widoków i przyjemności 🙂

I kilka do niczego nie pasujących fot 😉 Pierwsze foto, to moje wspaniałe, pierwszosierpniowe odkrycie! Okazało się, że w czasie, gdy wiele osób w Warszawie godzinę „W” świętuje przy wyciu syren i rac, moi sąsiedzi najpierw słuchali Chopina, potem – przez minutę – stali w ciszy, a potem zaczęli śpiewać wojskowe i warszawskie pieśni. Ależ to było niesamowite!

Kolejne foty, to już pierdołki: nowy budzik, który kupiłam. Za nim symbol przeraźliwej suszy, która przez tygodnie dręczyła Warszawę, a na końcu siedziba radiowej Trójki, gdzie (dwukrotnie w ciągu jednego miesiąca!) wypowiadałam się a propos kolorowania i kolorowanek. Jednak zrobiła się moda!

I to tyle, jestem z fotopodsumowaniami na bieżąco, oby tak dalej 😉 Chociaż nie wiem, czy są one Wam potrzebne, bo są chyba dosyć monotonne. Ja tam je lubię, ale nie wiem, na ile są one dla Was interesujące?

Zatrzymane chwile – bardzo opóźnione #19

Przegapiłam! Kurczę, no! Nie tylko przegapiłam 6 rocznicę blogowania, ale i podsumowanie lipca… Co się ze mną dzieje? Może pora zwinąć blogowy bizensik? Ale na razie do rzeczy! Najpierw nadrabiam ominięty lipiec, a niedługo wrzucę sierpień!

Było duuuuużo kolorowania, bardzo dużo 🙂

Było sporo Pałacu Kultury i Nauki, który kończył niedawno 60 lat i chyba z tej okazji zrobił się jeszcze bardziej fotogeniczny, niż zazwyczaj 😉

Byłam też na chwilę u Rodziców, trochę przewinęło się pięknych okoliczności przyrody 🙂

Były oczywiście i książki…

W lipcu na fanpage’u pojawił się fan numer 2000, to super, że jesteście ze mną! 🙂 Jakoś dziwnie mało jedzenia się w lipcu przewinęło przez mojego Instagrama 😉 A na ostatnim zdjęciu widzicie moich Rodziców, do których wpadłam na weekend.

Na pierwszym zdjęciu widzicie mój cudowny zestaw 72 kolorów kredek Koh-I-Noor Polycolor, uwielbiam je! Siedziba firmy symbolizuje „miesięcznicę” pracy (chociaż już stuknęły 3 miesiące!), a na końcu widzicie jedną z przesyłek, które przygotowywałam w pracy dla blogerów 🙂

To już cały mój lipiec! A niedługo postaram się pokazać Wam, jaki był mój sierpień!

Zatrzymane chwile #18

Czerwiec. Na początku miesiąc niepewności i obawy, potem… potem to już dobry miesiąc i tyle. Nie mogę go inaczej podsumować. Spokojniejszy, radośniejszy, bardziej zrelaksowany, dobry i tyle. I niech tak będzie dalej! Mniej czytałam, więcej kolorowałam, mania ciągle kwitnie 😉

Generalnie miesiąc był taki, jak wszystkie. Były książki…

Różnorodnie, raczej dobrze jakościowo, ale poza Bishop bez wielkich uniesień. No, jakościowo jeszcze „Jaśnie pan” równa w górę. Reszta ok, ale poza poziom dobry nie wyskoczyła. „Inofoszk” pewnie wyskoczy, ale skończę go już w lipcu 😉

Było jedzenie…

Był przepyszny obiad – tarte flamee w uroczej restauracji Flambeeria. Było musli na życzenie (bardzo smaczne, ciągle się zastanawiam, czy organizować sobie własne, jeżdżąc i szukając składników, czy zamówić za ciut więcej, ale bezproblemowo). Mój ukochany sezon w pełni – truskawki, czereśnie, maliny, arbuzy, mnóstwo pysznych, świeżych warzyw i owoców, uwielbiam tę porę roku! Typowo letnie pyszności, jak zupa kalafiorowa czy drinki z lodami 😉 A na koniec dwa moje uzależnienia – Pretzel chips oraz karmelowa czekolada ze słonymi orzeszkami. Ech, za dużo tego dobra dookoła 😉

Były kolorowanki…

O tym, że wsiąkam coraz bardziej, to wiecie od dawna. Zobaczcie, ileż tego naprodukowałam w czerwcu! Teraz chyba jasne już jest, dlaczego o ksiażkach jest mniej 😉 A w trakcie weekendu u znajomych odkryłam przyjemność wspólnego kolorowania i gadania, gadania, gadania. Super sprawa!

Starałam się też łapać piękne chwile lata, które takie w naszym kraju krótkie jest! Możecie też zobaczyć trzeciego storczyka, którego nabyłam, bo pozostałe dwa się lenią i długo już nie kwitną. Swoją drogą nawet podziałało, bo jeden z nich wypuszcza nową gałązkę! Miałam też okazję być na pokazie przedpremierowym filmu „Randka z królową”. Taka romantyczna bajeczka, chociaż ponoć oparta (oczywiście w części) o prawdziwe zniknięcie księżniczek. Macie też okazję zobaczyć komplet moich cudnych talerzy, które zafundowałam sobie dzięki karcie podarunkowej. Cudne są, orgia kolorów, jak na kolorowankach 😉

W czerwcu miałam też okazję obejrzeć kolejne przedstawienie przecudnego Cirqu du Soleil! Tym razem był to „Quidam” i było to niesamowite, przepiękne przeżycie, uwielbiam ich! Piękne widoki złowione w trakcie podróży po mieście. Oraz znowu mój piękny storczyk i nowa kolorowanka. W prawym górnym rogu –  symbol piątkowego wieczoru spędzonego na spotkaniu z dwiema znajomymi z poprzedniej pracy. Na końcu „Conan The Baby” próbujcie zmyć się tacie z chusty 😉

Ostatnie są trzy zdjęcia reprezentujące pracę – książki, które zobrazowały na Instagramie ogłoszenie o nowym pracodawcy. Buciki kopciuszka, które promować będą jedną z książek (oraz posłużyły do zareklamowania nowego konta na Instagramie, śledźcie nas na @proszynski_wydawnictwo!). A na środku cudny pies koleżanki, który spędził z nami wieczór w kawiarni, w trakcie którego grałyśmy w Tabu i miałyśmy masę frajdy, takie nieformalne wyjście integracyjne działu.

To byłoby na tyle. I tak jest tych zdjęć – jak zwykle! – masa. Jak Wam się podobał mój czerwiec?

Zatrzymane chwile #17

Maj. Miesiąc dużej ilości stresu – przez pierwsze dwa tygodnie oraz miesiąc odpoczynku – przez kolejne dwa. Dziwaczny miesiąc, który zagwarantował mi taki rollercoaster emocjonalny, że prawie padłam w pewnym momencie. Ale dzięki ostatnim dniom, które spędziłam u Rodzinki, pozwolił mi ochłonąć i dojść do siebie.

Dosyć monotonny miesiąc pod względem zdjęć. Duuuużo natury…

O dziwo, pierwsza część tych zdjęć to Warszawa. Można tu znaleźć takie cudne zakątki, uwielbiam to! Ciekawe, jak długo, bo tną na potęgę i zalewają betonem 😦 Bukiet tulipanów dostałam od znajomej z poprzedniej pracy, na pożegnanie. Wzruszyła mnie! Z konwalie i pozostałe foty to już ogród u Rodziców i okolica ich domu. Cudnie tam jest!

Dużo nieba, słońca i chmur…

Nie wiem, na czym to polega, ale u Rodziców często można zaobserwować superanckie zachody słońca! Tego mi bardzo tutaj brakuje, okna mam od północy i to wychodzące na podwórko, dookoła wysokie drzewa i domy, ech!

Dużo kolorowania…

Jak wiecie – wsiąkłam po uszy! A miałam w maju sporo wolnego, więc i kolorowałam, kolorowałam, kolorowałam. Teraz tempo mi spadnie, ale co tam, poziom frajdy jest niezmienny!

Dużo jedzenia, trochę picia…

Uwielbiam wiosnę i lato, tyle pyszności do zjedzenia! Te wszystkie owoce, warzywa, a do tego lody! Dlaczego te dwie pory roku nie mogą trwać wiecznie? Wśród wszystkich tych pyszności znajdziecie też niestety jeden niewypał – bardzo niesmaczną pizzę, którą zamówiłam, bo po targach padałam na nos, nie chciało mi się gotować, a moje niechciejstwo przypłaciłam wyrzuceniem sporej części tego podłej jakości placka. Nigdy więcej pizzy z tej firmy!

Dużo książek i czytania…

Bardzo różny zestaw lektur. Ukochany Wegner, na którego tak długo czekałam! (Dzięki, Marta, nigdy Wam tej przysługi nie zapomnę!) O części książek już pisałam, ale sporo jescze przede mną. Żeby tak mi się chciało pisać, jak chce mi się kolorować 😉

A poza tym były różności…

Co roku sąsiedzi z uliczki przylegającej do naszego podwórka organizują Dzień Sąsiada – grill, słodkości, zabawy dla dzieci. Całkiem fajna inicjatywa, pomaga czuć się, jak u siebie. Dzięki sporej ilości wolnego trochę też pisałam na bloga, aczkolwiek bez fajerwerków, mogło być lepiej. Zdjęcie z GPS pokazuje, w jakiej pustce – wg nieaktualnej mapy – jechaliśmy do Warszawy. Powyżej znajdziecie też foty dokumentujące mój szał zakupowy oraz jedną symbolizującą kolejne Targi Książki w Warszawie. Nie mam wrażenia, że je „poczułam”, ale za to spotkałam tylu znajomych, że hej! 🙂

Bardzo fajna tabliczka w jednej z kawiarni, wywołała zabawne dyskusje na moim profilu na Instagramie i Facebooku 🙂 Obok symbol stosiku, który po przerwie powrócił na łamy bloga. No i „profesjonalne” kredki, które kupilam, by pofolgować mojej manii kolorowania. A pokaz wieńczy moje oko w wersji po zakraplaniu paskudztwa do badania dna oka. Jakbym się naćpała 😉

Zdjęć bardzo dużo, to chyba efekt dużej ilości wolnego czasu. Albo fioła foto… Ciekawe, jaki będzie czerwiec!

PS. Ciekawe, czy ktoś w ogóle zauważył, że od trzech miesięcy nie ma podsumowań „statystycznych”. Wnioskuję, że nikomu nie jest ich brak, bo inaczej byście sie o nie upominali, więc dopóki nie poczuję potrzeby, to ich tutaj nie zobaczycie.

Zatrzymane chwile #16

Kwiecień. Długo byłam przekonana, że to całkiem niezły miesiąc, sprawy zaczynają się układać. A potem życie pokazało, że to, co sobie człowiek myśli, to śmiechu warte złudzenie i się ostro pokaszaniło. Ciekawe, co będzie dalej. Jednak podsumowanie miesiąca będzie całkiem wesolutkie i optymistyczne, bo taka była większość miesiąca.

Co się chyba nigdy nie zmieni – było książkowo…

Jak widać różnorodnie – obyczajowo, kryminalnie, fantastycznie, historycznie, a ten wydruk to nowa książka Martyny Raduchowskiej, więc i science fiction się pojawiło. Czytania było w kwietniu sporo, dawno tyle nie przeczytałam!

Jak widzicie – wpadłam w kolorowanie po uszy! Albo i głębiej. W Światowy Dzień Książki, jak na rasowego mola przystało kupiłam sobie nowe kredki 😉 I dostałam nową kolorowankę, piękne obrazy, ale chyba trudniejsze do relaksowania się, niż „Esy floresy”, zobaczymy.

Miesiąc hulanek – nie dość, że najpierw Święta, to potem spotkania z przyjaciółmi, a na nich pyszności do picia i jedzenia. A tyłek rośnie…

Wiosna rozkwitła, a kilka dni wolnego z okazji Świąt i urlop po ich zakończeniu pozwoliły mi bardziej wrzuć się w to święto wzrostu, zieleni, piękności. Uwielbiam wiosnę! Więc trochę przyspamowałam jej zdjęciami…

Ale liczę na to, że mi wybaczycie, przecież wiecie, że mam fioła na punkcie zdjęć zachodów słońca i przyrody. A zresztą – zawsze możecie zejść niżej, do kolejnych zdjęć 😉

Drogę do Rodziców pamiętać będę do końca życia – trasa Warszawa – Bydgoszcz zajęła nam 6,5 h… Mandat, uniknięcie wypadku, dwukrotne zgubienie drogi, grad, śnieżyce, ulewy. Straszne to było! A po Świętach nastąpił tydzień lenistwa – rozkoszowanie się wiosną, kotem domagającym się głaskania, szalone zakupy, rozpieszczanie przez Rodziców, fajnie tak!

Przed Świętami poczułam, że należy odwiedzić ulubionego fryzjera. A na początku kwietnia wielu zostało zaskoczonych (niewielu nie ;p) zawiadomieniem, że dwójka naszych znajomych w trakcie wyjazdu wakacyjnego do Seulu weźmie tam ślub. Życzę im stu szczęśliwych lat razem, zasługują na to! Za to po powrocie do Warszawy wybrałyśmy się z koleżankami na zakupy do Ikei. Dumna jestem, że wróciłam tylko z tymi rzeczami 😉

A ostatnie foto to fura prezentów – pocieszajek od znajomych, które dostałam po mocno dziwnym i niefajnym zakończeniu miesiąca.

Co mi przyniesie maj? Mam wrażenie, że zamiesza mi ostro w życiu. A czy na dobre, czy na złe – los pokaże!

Zatrzymane chwile #14

O mamuniu, jak te pierwsze miesiące roku mnie wykończyły. Mam wrażenie, że od Sylwestra upłynęło 5 lat! Bardzo intensywny czas, bardzo męczący, ale pojawiło się światełko w tunelu, bo rozpoznano dokuczająca mi bardzo mocno chorobę tarczycy, więc chociaż od tej strony powinny być powoli postępy. A ja muszę tylko wyciszyć część aktywności i złapać oddech, odpocząć. Trzymajcie kciuki, by się udało! A przechodząc do fotopodsumowania…

Jak zwykle było mocno książkowo 🙂 Chociaż z wyżej prezentowanych przeczytałam na razie tylko trzy książki. Niestety. No i nie wiem, jak traktować „To nie jest książka”, bo to faktycznie nie ma – oprócz kształtu – nic z nią wspólnego. Nie da się więc czynności nazwać czytaniem 😉 A przy czytniku widzicie koktajl truskawkowy zrobiony z ubiegłorocznych truskawek z ogrodu rodziców, mniam!

W końcu dorastam do tego, by spełniać zachciewajki duszy i ciała, rozpieszczać się. W tym miesiącu hitem było – jak widać na zdjęciach – kolorowanki dla dorosłych, czyli „Kolorowy Trening Antystresowy”, uwielbiam 🙂 Mam teraz problem z podziałem tych resztek czasu wolnego, bo chcę i czytać, i rysować! Poza tym drugi raz w życiu byłam na masażu, myślałam, że nie przeżyję, skąd ta kobietka miała tyle siły?! 😉 W końcu doczekałam się też pożarcia tatara, który chodził za mną ze 2 czy 3 tygodnie. Oraz byłam u mojego ulubionego fryzjera.

Reszta to już różności. Miałam okazję reprezentować firmę na gali „Bestsellery Empiku”, gdzie do wejścia uprawniało takie ciekawe zaproszenie. Dzień pracy rozpoczynam pyszną kawą z ekspresu i jeszcze lepszą drożdżówką z serem. Foto z płytą ukazuje prezent, który dostałam po tym, jak na Bestsellerach wygadałam się, że ta śpiewająca ze sceny pani brzmi całkiem ciekawie 😉 A teraz, gdy już znam płytę, to chciałabym pójść na majowy koncert, zobaczymy! Zachód słońca oraz rozciągnięta na parapecie Zołza to wizualizacja 2,5 dnia, które spędziłam u Rodziców, krótka wizyta, która miała na celu objedzenie ich z faworków (które pieką raz w roku, nie mogłam tego odpuścić! 😉 ).

Louis Vuitton ma aktualnie wystawę, która bardzo mi się podoba i postanowiłam ją uwiecznić, a przez przypadek przechodził tam rolnik z protestu i tak oto wyszło fajne społecznie foto 😉 Ten paskudny krwiak to rezultat pobierania krwi na kolejne badania hormonów. Niestety, moje żyły są poukrywane i najczęściej kończy się to w ten sposób, ech… A wizyta w aptece przypomniała mi smak dzieciństwa 🙂

Dzięki redakcji Magazynu „Książki” miałam okazję przeczytać najnowszy numer magazynu, szczególnie polecam wywiad z Elżbietą Cherezińską! Przy lekturze podgryzałam przepyszne kruche rurki z kremem i toffii ❤ A dzięki PZU miałam okazję być na koncercie Marka Piekarczyka i muszę powiedzieć, że było ekstra. Teksty z sensem, głos jak dzwon, świetne poczucie humoru, polecam!

To byłoby na tyle. Tak biegam i biegam, że nawet o robieniu zdjęć myślę coraz rzadziej, chlip! Ciekawa jestem, co będzie z tym moim blogowaniem, jak się to moje zabieganie i brak sił nie zmieni. Ciekawam…

Podsumowanie miesiąca – styczeń 2015

podsumowanie miesiaca

Fotopodsumowanie było, więc o styczniu ogólnie pisać już nie muszę. Przechodzę więc natychmiast do rzeczy!

Przez to, że pierwszych sześć dni miałam wolne, to styczeń liczbowo był bardzo udany dawno nie przeczytałam tylu książek – było ich aż 11! Pojawił się też jeden stosikStatystyki „zróżnicowania czytelniczego” były następujące: 7 książek do recenzji, 2 książki własne nierecenzyjne, 1 książka z pożyczona oraz 2 książki do pracy. Było nieźle! Jedyny minus – znowu przerwałam czytanie jednej książki, dałam radę 134 stronom, a potem stwierdziłam, że nie mam ochoty kontynuować.

Pod względem płci było zdecydowanie nierówno – 3 książki napisały panie, a aż 9 – panowie. Bilans geograficzny też był nieciekawy – 3 książki polskie, 9 książek zagranicznych. Aktywność blogowa nadal nie powala – opisałam 5 z tych książek, a dwie jeszcze czekają na opisanie.

Średnia ocena przeczytanych w styczniu książek wyniosła ponownie aż 4,8! W sumie przeczytałam 4220 stron, czyli pod tym względem było dobrze (aczkolwiek jest to prawie tyle samo, co w poprzednim miesiącu, więc czytałam więcej, ale chudszych książek). Średnia grubość czytanych książek to 352 stron (w porównaniu do ponad 400 stron w grudniu, told’ya!). Dziennie czytałam średnio 136 stron.

Zachwyt miesiąca?

Zdecydowanie „Odnaleźć swą drogę”! Aleksandra Ruda podbiła me serce, jak ja lubię takie leciuchne i zabawne fantasy! Ale pisałam o tym tutaj, więc nie muszę się powtarzać 😉

Rozczarowanie miesiąca?

Gniota nie było. Najsłabiej oceniłam „Śnieg przykryje śnieg” Leviego Henriksena, ale też nie na poziomie gniotowatości, raczej przeciętnie napisanej powieści. Aczkolwiek – gdybym zmieniała ocenę po pewnym czasie – po spotkaniu z autorem trochę by wzrosła.

Lista przeczytanych w styczniu książek:

1. „Testament Marii” Colm Tolbin;

2. „Marsjanin” Andy Weir;

3. „Kłamsta Locke’a Lamory” Scott Lynch;

4. „Czekając na śnieg w Hawanie” Carlos Eire – przerwałam lekturę;

5. „Północ i południe” Elizabeth Gaskell;

6. „Wurt” Jeff Noon;

7. „Śnieg przykryje śnieg” Levi Henriksen;

8. „Analfabetka, która potrafiła liczyć” Jonas Jonasson;

9. „Bez litości” James Scott;

10. „Odnaleźć swą drogę” Aleksandra Ruda;

11. „Król biurowej klasy średniej” Maciej Zuch Mazurek;

12. „2/3 sukcesu” Joanna Chmielewska – powtórka, sama już nie wiem, który raz.

Wychodzi mi na to, że „Co się działo?” powinnam tym razem pominąć, bo poza recenzjami i podsumowaniami, to na blogu pojawiła się tylko wieść o aukcjach książkowych na rzecz WOŚP. Znowu się spisaliście, sprzedały się wszystkie książki! 🙂

Podsumowanie miesiąca – grudzień 2014

podsumowanie miesiaca

Ufff… Jak dobrze, że już największa fala podsumowań przeszła, to mogę na spokojnie wrzucić moje 😉 Fotopodsumowanie wrzucę za kilka dni, a na razie podsumowanie książkowe.

W grudniu przeczytałam 9 książek. I 290 stron dziesiątej, zanim stwierdziłam, że się poddaję, nie mam ochoty czytać jej dalej. I tak byłam wytrwała! Liczba niby większa, niż zwykle, ale przecież od 24-ego grudnia miałam wolne, więc też nie ma szału. W grudniu nie opublikowałam stosu, chociaż właściwie zdjęcie zrobione, czeka. Może wrzucę w styczniu, na razie chyba nie przybyło do mnie więcej książek. Zobaczymy, gdy wrócę do siebie. Statystyki „zróżnicowania czytelniczego” były następujące: 5 książek do recenzji, 2 książki własne nierecenzyjne, 1 książka z biblioteki oraz 1 książka do nowej pracy. A ta, którą porzuciłam jest pożyczona. Udało się więc zachować całkiem przyzwoitą równowagę.

Pod względem płci było tak sobie – 7 książek napisały panie, a 3 – panowie. Bilans geograficzny też był nieciekawy – 3 książki polskie, 7 książek zagranicznych. Aktywność blogowa nadal nie powala – opisałam 4 z tych książek. Jeszcze jedną z nich na bank opiszę, co do reszty – nie wiem, zobaczymy, jak będzie z czasem i ochotą.

Średnia ocena przeczytanych w październiku książęk wniosła aż 4,8! W sumie przeczytałam 4452 strony, czyli pod tym względem było dobrze. Średnia grubość czytanych książek to 445 stron, co bardzo mnie cieszy, bo lubię grubaski 🙂 Dziennie czytałam średnio 144 strony.

Zachwyt miesiąca?

Zachwyty były dwa. Pierwszym z nich było „Miasto cieni” Ransoma Riggsa, a drugim „Na wojnie nie ma niewinnych” Anety Jadowskiej. Obydwie książki opisałam, więc możecie przeczytać, dlaczego mnie zachwyciły.

Rozczarowanie miesiąca?

Była nim książka autorki, którą przed laty bardzo ceniłam. A teraz niestety – albo ja się już mocno zmieniłam, albo jej proza. W każdym razie „Dolina spełnienia” Amy Tan zrobiła na mnie dosyć przeciętne wrażenie. Szczególnie pierwsza połowa była mocno schematyczna. Ale planuję ją opisać, więc nie rozpisuję się bardziej, tylko zapraszam do przeczytania recenzji!

Lista przeczytanych w listopadzie książek:

1. „Zdobycz” Andrew Fukuda;

2. „Magnolia” Grażyna Jeromin-Gałuszka;

3. „Dworek Longbourn” Jo Baker;

4. „Niewolnicy słońca” Ferdynand Ossendowski – lektura zarzucona po 290 stronach;

5. „Mechaniczne pająki” Corina Bomann;

6. „Dolina spełnienia” Amy Tan;

7. „Cienie ziemi” Beth Revis;

8. „Miasto cieni” Ransom Riggs;

9. „Na wojnie nie ma niewinnych” Aneta Jadowska;

10. „Musimy porozmawiać o Kevinie” Lionel Shriver.

Co się działo?

 Wydawało mi się, że nic. Ale jednak kilka postów się znalazło. Był to miesiąc wyznań – najpierw przyznałam się do jednego z moich zamiłowań, a później do częściowej głupoty 😉 Poza tym pisałam o tym, że było mi smutno. No i zastanawiałam się nad świątecznym paradoksem.

To tyle. Podsumowanie foto – niedługo!

Podsumowanie miesiąca – listopad 2014

podsumowanie miesiaca

O miesiącu pisać już nie zamierzam, dosyć obszernie został sportretowany TUTAJ. Natychmiast przechodzę więc do rzeczy!

W listopadzie znowu przeczytałam 7 książek. To już trzeci miesiąc z rzędu, śmieszna sprawa! Tym bardziej, że osiągi miesięczne (patrząc na liczbę przeczytanych stron) są różne, więc zabawnie się składa. Po długiej przerwie pojawił się końcu stosStatystyki „zróżnicowania czytelniczego” były następujące: 5 książek do recenzji, 1 książka własna nierecenzyjna oraz 1 książka do nowej pracy. Nie udało mi się więc zachować równowagi, trudno.

Pod względem płci było nieźle – 4 książki napisały panie, a 3 – panowie. Bilans geograficzny też był niezły – 3 książki polskie, 4 książki zagraniczne. Aktywność blogowa nadal nie powala – opisałam tylko 2 z tych książek! Ale biorąc pod uwagę to moje wyluzowanie blogowe, to nikogo pewnie nie dziwi 😉 Jeszcze dwie na bank opiszę, może jeszcze w tym tygodniu. Co do reszty – zobaczymy!

Średnia ocena przeczytanych w październiku książęk wniosła 4,1, czyli dla odmiany był to drugi – pod tym względem – najgorszy miesiąc w tym roku. W sumie przeczytałam 3386 stron, czyli dla odmiany pod tym względem było dobrze. Średnia grubość czytanych książek to 483 strony, co bardzo mnie cieszy, bo lubię grubaski 🙂 Dziennie czytałam średnio 113 stron, ciekawe kiedy, chyba nadrabiałam ostro weekendami!

Zachwyt miesiąca?

Hm… No i mam problem. Aż cztery książki dostały ode mnie piątki, ale nie było ani jednej, która by mnie zachwyciła tak, by dostać wyższą ocenę.

Rozczarowanie miesiąca?

Tu z kolei mam prosto – „Ripper” Isabel Allende. Tak, jak lubię powieści tej pani, tak dla mnie jej najnowsza książka to pomyłka. Kompletnie mnie nie porwała, nudziłam się i tyle. Przeciętnie wypadła także – tak zachwalana na blogach! – „Miniaturzystka” Jessie Burton.

Lista przeczytanych w listopadzie książek:

1. „Kurort Amnezja” Anna Fryczkowska;

2. „Ripper” Isabel Allende;

3. „Miniaturzystka” Jessie Burton;

4. „Matka Makryna” Jacek Dehnel;

5. „Przebudzenie” Stephen King;

6. „Zarządzanie kryzysem w social media” Monika Czaplicka;

7. „Blackout” Marc Elsberg.

Co się działo?

Oprócz przemyśleń związanych z ostatnim Blog Forum Gdańsk nie działo się absolutnie nic, same opinie o książkach i podsumowania miesiąca. Nudy mocium panie! Albo inaczej – przerwa była, sporo milczałam, mało pisałam. Ciekawe, jak będzie w przyszłości!