Kolorowania czar!

kredki kolory

Jak wiecie, od kilku miesięcy jestem wielką miłośniczką kolorowania. Instagram i Facebook regularnie spamuję moimi „dziełami” oraz radością z kupna np. nowych kredek. Skąd ten szał?

Zaczęło się niewinnie. Miałam pokolorować kawałek wzoru, by zrobić zdjęcie na profil wydawnictwa na FB. Pożyczyłam z pracy kredki, wzięłam na weekend kolorowankę i… wsiąkłam. Już dzień po pierwszej próbie wybrałam się do sklepu po własne kredki, większy zestaw, bo ten pożyczony uznałam za niewystarczający. I od zimy koloruję kiedy tylko mogę. Cierpi na tym czytanie, cierpi blogowanie, cierpią znajomi, a ja siedzę i zadowolona dobieram kolory.

Sama nie wiem, czemu tak to zadziałało. Wydawało mi się, że dostanę szału kolorując te drobne elementy wzorów. A tu proszę – wcale tak nie jest! Sprawia mi to masę frajdy, wycisza, pomaga skupić myśli, zapomnieć o stu różnych rzeczach, a zamiast tego przemyśleć jedną, najważniejszą. A do tego jest fajne! Zdałam też sobie sprawę, że pomaga na mięśnie ręki, które jednak są u mnie dosyć mocno zastałe – stale komputer, komputer, komputer. A tu dodatkowy plusik kolorowania. I ostrzenia kredek 😉

Dorobiłam się na razie dwóch zeszytów z kolorowankami. Pierwszym są „Esy floresy” (Kolorowy trening antystresowy), a drugim „Art deco” (Sztukoterapia. 100 antystresowych kolorowanek). Są bardzo różne, obydwa mają plusy i minusy, zobaczcie sami!

„Esy floresy” mają bardzo fajne, różnorodne, czasami lekko szalone wzory. Bardzo mi odpowiada ta luzacka stylistyka, bez ambicji na arcydzieła. Papier jest gruby i dosyć szorstki. Plusem jest to, że kolory kredek nie przebijają, papier wytrzymuje też mocne przyciskanie kredek do kartki. Minusem tej szorstkości bywa słabsze krycie kolorami. Plusem i minusem jest perforacja – pozwala na wydarcie ukończonego rysunku i np. powieszenie go na ścianie lub podarowanie. Tylko z drugiej strony też jest fajny rysunek, więc można mieć dylemat. No i zeszyt jest dosyć ściśle klejony, więc performacja wchodzi we wzór i narażona jest na rozerwanie przy kolorowaniu. Miękka okładka jest także plusem i minusem. Plusem, bo pozwala na dowolne układanie zeszytu, według zachciewajek kolorującego. Minusem – daje mniejszą stabilność kolorowania (o ile nie siedzi się przy biurku, tylko np. na kanapie). Tak czy siak – bardzo lubię ten tom i sprawia mi nieustanną radochę.

„Art deco” dotarło do mnie względnie niedawno, chyba z półtora miesiąca temu. Od tego momentu starałam się dzielić czas sprawiedliwie pomiędzy obydwa zeszyty, by napisać to porównanie. Wzory są bardzo artystyczne, oparte po części o obrazy, po części o dzieła takie, jak posadzki czy dachy. Są moim zdaniem w dużej części trudniejsze, bo miewają bardzo dużo drobniutkich elementów. Mam wrażenie, że te z „Esów floresów” były tworzone właśnie do celu kolorowania, stąd wynikać może to, że wydają mi się prostsze do ogarnięcia. Te są piękne, ale mogą być chyba czasami frustrujące. Ja miałam na razie jeden taki moment, gdy kropki na kwiatkach były prawie że mniejsze od czubka najbardziej jak to możliwe naostrzonej kredki. Ale to był jedyny moment zwątpienia. Papier jest bardzo gładki, co – znowu! – jest plusem i minusem. Plusem, bo fajnie się go koloruje. Minusem – łatwiej rozmazuje się na nim kolory i przez nieuwagę można sobie zafundować odciski dłoni. Okładka jest twarda, może służyć za swoistą podkładkę, zeszyt wydaje się dobrze rozkładać, nie sprawiał mi na razie problemów. Wydane jest estetyczne i uporządkowane, na końcu znajdziecie nawet spis informacji, skąd pochodzą dane wzory.

Mojej niepokornej duszy bardziej odpowiada stylistyka pierwszego zeszytu, ale i tak lubię obydwa. A przede wszystkim – kolorowanie sprawia mi tyle radochy, że już myślę o kolejnych zeszytach (by mieć jeszcze większy wybór, a co!) i kolejnych zestawach dobrych kredek (ach to bogactwo odcieni!).

Ostatnio złapałam się na tym, że gdy wyjechałam na Wielkanoc (i krótki urlop po Świętach) i nie zabrałam ze sobą kolorowanek, to regularnie napadała mnie ochota na to, by wyciągnąć kredki i zabrać się do roboty! Wpadłam więc w takie samo uzależnienie, jak to książkowe. I na kolejny wyjazd zabrałam już i kolorowankę, i kredki. To się nazywa uzależnienie! 

PS. Kolejny wpis będzie o kredkach 😉

PPS. Przedwczoraj Zwierz Popkulturalny napisała bardzo fajną notkę okołotematyczną.