A było tak…

time-3038213_1920.jpg

W 2018 działo się naprawdę dużo! Uwaga, wpis wprawdzie w punktach, ale długi, nie dla pokolenia #TL;DR 😉

  • Nareszcie zaczęłam odpuszczać ludzi, na których mi zależało, a którzy mnie mają w odwłoku, a zaczęłam cenić tych, którym zależy na mnie, chociaż trochę. W 2019 planuję rozwijać taką postawę.
  • W końcu zaczęło do mnie tak naprawdę docierać, że nie wszyscy muszą mnie lubić i akceptować, a mnie to nie musi martwić. Dla osoby wychowanej w postawie „rób wszystko, by zyskać akceptację i sympatię innych” to prawdziwe wyzwanie i jednocześnie wyzwolenie. Też do rozwoju w 2019.
  • Rok, w którym wydarzyło się sporo trudnych zdarzeń. Najtrudniejszą zdecydowanie był udar mojego Taty. Zmienił postrzeganie rzeczywistości, zwrócił uwagę na różne rzeczy i zmienił nasze życie już na zawsze.
  • W kwietniu rozpoczęłam wolontariat w @Teatr WARSawy i była to jedna z najlepszych decyzji tej dziesięciolatki! Spotkałam tam cudownych ludzi, nawiązałam fajne relacje, regularnie spędzam tam interesująco czas, oglądam ciekawe sztuki i koncerty, spotykam mniej lub bardziej pasjonujących artystów, a przede wszystkim – zaglądam za teatralne kulisy, mam okazję trochę „pożyć” teatrem. Cudowna przygoda!
  • Ten rok to był rok mocnej pracy nad relacjami międzyludzkimi. Nie nad tymi powierzchownymi, „znajomościowymi”, ale nad tymi głębszymi. I oprócz udaru Taty było to chyba najtrudniejsze, co mnie w tym roku spotkało. Odkrywanie siebie i innych, zrozumienie zachowań, ich powodów, przejście od emocji (a jestem ostry choleryk!) do rozumu, zrozumienie, co oznacza „być z kimś mimo czegoś, a nie za coś”, oj wyzwanie roku! A to nie koniec, ciągle dużo przede mną!
  • Miałam okazję zrealizować zawodowo kilka naprawdę ciekawych projektów, oby tak było i w 2019 roku! Były to duże wyzwania, kosztowały mnie wiele pracy i nerwów, ale uświadomiły mi zarówno w czym jestem dobra, jak i to, nad czym jeszcze muszę popracować. Przede wszystkim jednak były to ciekawe lekcje i rozwojowe tygodnie, więc zdecydowanie na plus.
  • To pierwszy rok, gdy nie mam zielonego pojęcia, ile książek przeczytałam, ile spektakli zobaczyłam, generalnie: liczenie i spisywanie w zupełności zniknęło z mego życia. Nie będzie też w związku z tym żadnych podsumowań.
  • Jednak o dwóch spektaklach mogę napisać, bo zdecydowanie biją się o miano tych najczęściej oglądanych. To barwny, cudowny, pełen pozytywnej energii „Kinky boots” oraz diabelnie inteligentny tekst, złośliwy humor i świetna interpretacja w „Kompleksie Portnoya”. W 2019 zamierzam kontynuować ich oglądanie, a co!
  • To był diabelnie aktywny rok – praca na etat, stałe zlecenie, które konsumuje mi sporo czasu wolnego, dyżury wolontariackie, a w wolnym czasie ćwiczenia, spotkania ze znajomymi, teatr i sto innych rzeczy, które chciałam lub musiałam ogarniać. Były tygodnie, gdy leciałam na pysk, muszę więc przeanalizować, czy czegoś w 2019 roku nie odpuścić.
  • Był to rok zmian we mnie. Jeszcze długa droga przede mną, ale widzę fajne zmiany, małymi kroczkami idę do przodu, lubię siebie coraz bardziej, jest we mnie więcej wewnętrznego spokoju i wszystko to bardzo mi się podoba. Niech 2019 przyniesie jeszcze więcej takich pozytywnych zmian!
  • Miałam też okazję mniej lub bardziej poznać (i najczęściej jeszcze bardziej polubić, chociaż rzadko – odwrotnie) kolejnych ulubieńców teatralnych, zdobyłam nowych. To jest niesamowite, zaczynając przygodę z teatrem nie sądziłam,że tak wiele z osób, które podziwiam na scenie trafi do grona moich trochę „oswojonych” znajomych. Bardzo to przyjemne, nie będę wciskać kitu, że jest inaczej 😉
  • To rok, w którym – niestety – przestałam właściwie gotować, a zaczęłam na nowo podżerać pierdoły, więc kończę go ze zniszczonymi osiągnięciami wagowymi, jest znowu kilka kilogramów do przodu, trzeba będzie nad tym popracować, bo wcale mi się to nie podoba. Tak samo ma się kwestia z aktywnością fizyczną, która w ostatnim czasie mocno u mnie spadła. I też mi się to nie podoba, więc do zmiany.
  • Właściwie zaprzestałam blogowania. Trochę mi szkoda, ale nie mam już jak tego wcisnąć w grafik. Mogłabym, ale odbywałoby się to kosztem chyba snu lub czytania, na które mam też tak mało czasu, że czytam głównie przy obiedzie w pracy/w komunikacji miejskiej o ile usiądę/czasami w weekend. Więc brak mi chęci oddania czytania w zamian za blogowanie. Ciekawe, czy to się ma szansę zmienić w 2019…
  • Cieszę się z podtrzymywania relacji (oraz kilku nowych) z ludźmi, którzy mają pasję. To jednak niesamowite, jak bardzo pasja potrafi napędzać ludzi i wpływać na ich życie. Że potrafią jeździć po Polsce (i nie tylko!) za ulubionym artystą, poświęcać większość czasu wolnego na to, by śledzić swoich ulubieńców i ich dokonania, chodzić na koncerty/spektakle po xx razy, obdarowywać swoich ulubieńców prezentami czy wręcz przebierać się za bohaterów, których odgrywają. To takie pozytywne, aktywne szaleństwo, które pięknie mi równoważy wizję, że większość ludzi spędza wolny czas siedząc przed telewizorem 😉 I nie musi to być tylko tego typu pasja, każda pasja jest super – haftowanie, zbieranie gadżetów z ukochanego filmu, hodowla roślinek w słoikach, gry planszowe etc. Generalnie coś, co wnosi do naszego życia coś nowego i dodaje pozytywnej energii 🙂
  • To był też rok, gdy zaczęłam interesować się zagadnieniami związanymi z psychologią, czytać magazyny i książki. Niezmiernie to wszystko ciekawe!
  • A z negatywów – był to rok, gdy coraz częściej przerażali mnie inni ludzie: nieskończonymi zasobami niechęci, hejtu, nienawiści, braku empatii, skupieniem tylko i wyłącznie na sobie, agresywnością. Ja żyję w dużej części w takim „bąblu szczęśliwości”, ale gdy z niego wyglądam, to coraz częściej jestem zaniepokojona lub wręcz przestraszona. Boję się pod tym względem przyszłego roku. Boję się go także pod względem materialnym, bo wprowadzane zmiany bardzo mocno się na nas odbiją.

A jaki będzie 2019? Się zobaczy! Mam nadzieję, że będę dla siebie dobra, ale nie odpuszczająca. I że dalej będą następować zmiany w środku, na lepsze dla mnie. A poza tym? Płynę z prądem rzeki, lekko czasami sterując 😉

Reklamy

Zmiana. Nareszcie!

Przez długie lata kokosiłam się pod adresem https://ksiazkowo.wordpress.com/, chociaż czułam się nim coraz bardziej ograniczona. Nareszcie, pod wpływem impulsu poprosiłam Mistrza Jana (do niedawna znanego Tramwajarza z Tramwaju nr 4) o pomoc i tak dzięki niemu w jeden wieczór trafiłam pod nowy adres. Adres mój, najmojszy. Dlatego nie przewiduję już migracji. O ile będę pisała, będzie to tutaj. I w końcu nie czuję na duszy ograniczenia „książkowo”, mogę bezkarnie pisać o wszystkim, co mi w duszy gra.

Dlaczego nie własna domena? A po co mi ona? Ten blog to hobby w czystej postaci, żadna „profesjonalizacja blogosfery” , „monetyzacja” itp. itd. Ma być, działać, sprawiać frajdę i tyle.

Jeżeli w ogóle ktoś jeszcze ma gdzieś zapisany mój stary adres – proszę, podmieńcie go na ten właśnie. A może kogoś to nowe otwarcie zachęci do obserwowania? Może też w końcu dzięki niemu wrócę do bardziej regularnego pisania? Trzymajcie kciuki!

O blogowaniu słów kilka, czyli jak "Konstelacje" przyczyniły się do powstania tej notki

drogowskaz blogowanie

Byłam wczoraj po raz drugi na „Konstelacjach” w Teatrze Polonia (TUTAJ będzie kiedyś link do notki na temat tej arcydobrej sztuki, jak się w końcu ogarnę i napiszę!), a skutkiem tej sztuki jest to, że zaczęłam myśleć. Co by było, gdyby…? Jakie konsekwencje miał ten krok i co mogłoby się wydarzyć, gdybym go nie podjęła? Albo gdybym zadecydowała, że inna ścieżka jest ciekawsza?

A że wczoraj temu blogowi stuknęło 7 lat (mamma mia, siedem lat w jednym miejscu to mój rekord!), to moje myśli w dużej części dotyczyły tego, co z blogowaniem związane. A wnioski są powalające!

Niby to tylko blogowanie, pisanie o czymś, w moim przypadku o czymś tak de facto mocno ograniczonym zasięgowo, jak książki. Nic wielkiego, prawda? Może i tak bywa, ale może być zupełnie inaczej, zobaczcie sami…

Gdy w 2009 roku zaczynałam blogować o książkach, to była nas tylko garstka. Mam wrażenie, że wszyscy odwiedzali wszystkich, dyskusje na blogach potrafiły być długie i burzliwe. Jednak pojawiły się magiczne „egzemplarze recenzenckie” i „współpraca z wydawnictwami” i zrobił się boom, z garstki blogów zrobiło się ponad 100, potem kilkaset, a teraz to już nie ogarniam.

Nie zamierzam obłudnie twierdzić, że to samo zło, przecież sama długo korzystałam, a i teraz od czasu do czasu przygarnę jakąś książkę do recenzji. Ale to akurat uznaję – z perspektywy czasu – za mało istotny aspekt blogowania. Co było ważniejsze? Po pierwsze – będzie to straszny truizm – ludzie. Przez te lata poznałam całe dziesiątki czy nawet setki ciekawych osób – blogerów, czytelników, wydawców, autorów, dziennikarzy, pasjonatów z różnych dziedzin. Ta siatka znajomości trwa po części do dzisiaj, z niektórymi osobami nawiązałam przyjaźnie, z częścią spotykam się głównie zawodowo, ale całkiem spory kawałek tej pierwotnej sieci jest ze mną niezmiennie od lat. I to jest niesamowite!

Druga sprawa, nie mniej istotna, to fakt, jak blog wyprowadził mnie de facto z niszy książkowej. Mimo tego, że dalej ciągle głównie jest o książkach, to to, że go prowadzę zaowocowało zaproszeniami na różne imprezy mniej lub bardziej „branżowe” – od festiwali i targów stricte literackich, przez spotkania dla blogerów (np. Blog Forum Gdańsk), aż do prowadzenia warsztatów dla młodzieży w gimnazjach. Niewiarygodne jest to, jak wkładanie serca w pasję i mówienie o tym potrafi pootwierać różne furtki. I tylko trzeba znaleźć w sercu trochę odwagi, by uczynić pierwszy krok. Tak, wiem, rzuciłam tekstem jak z Coelho…

Ale przejdźmy do dużych i namacalnych zmian! Przede wszystkim blogowanie, pasja, serce i mówienie o swej pasji zaowocowały zaproszeniem na pierwszą rozmowę o pracę spoza branży w której trwałam do 2011 roku włącznie. Mało tego, dzięki temu wszystkiemu dostałam tę pracę (o czym ci starsi stażem czytelnicy wiedzą) i od lutego 2012 roku zaczynałam w Świecie Książki. Tak niedawno, a jakby to były wieki… Jak bardzo to wszystko wpłynęło na mnie i moje życie!

Pamiętam, że gdy dostałam propozycję przedstawienia mojej kandydatury do rozpatrzenia, to było to dzień przed Wigilią, spędziłam całe Święta rozważając, czy aby na pewno chcę się przeprowadzać z prowincjonalnej wsi do Warszawy, czy zdołam się samodzielnie utrzymać, czy dam się radę odnaleźć, jak to będzie żyć kilkaset kilometrów od rodziny i przyjaciół… Ale zdecydowałam się podjąć ryzyko (chociaż co to za ryzyko, rozmowa o pracę jeszcze o niczym nie decyduje!) i pojechałam. Po kilku dniach dostałam informację, że mnie chcą i że czekają na mnie od 1 lutego. Pamiętam, że miałam dwa tygodnie na znalezienie mieszkania i przeprowadzkę. Nigdy nie zapomnę tego, jak włóczyłam się po Ochocie (bo chciałam blisko miejsca pracy) w śniegu po kostki, klnąc, bo nic sensownego się nie udało znaleźć, aż w końcu trafiłam do ostatniego na liście mieszkania, które okazało się właśnie tym i w którym spędziłam  ponad 4 lata. Ale ograniczając dygresje: to właśnie dzięki blogowaniu udało mi się zmienić branżę i rozwinąć skrzydła na nowo. A na dodatek odnalazłam się w tym mieście, darzę je dużym sentymentem, a od kilku miesięcy jestem jego stałą, zameldowaną jak władze przykazały mieszkanką 😉

Nowa praca i nowe miejsce zamieszkania poskutkowały kolejnymi blogowymi możliwościami i znajomościami. To właśnie one pozwoliły mi na przeżycie wielu pięknych chwil, poznanie osób, które potem wielokrotnie mnie tak lub inaczej wspierały, nauczenie się pierdyliarda nowych rzeczy, zmiany stylu życia. To właśnie dzięki blogowaniu zrobiłam te pierwsze kroczki, które skutkują tym, że dzisiaj ciągle pracuję w wydawnictwie (tylko innym), lubię moją codzienną pracę (i osoby, z którymi pracuję 🙂 ), mam masę ciekawych znajomych, chyba w 90% zmieniłam styl życia, a w znacznej części samą siebie.

Co jeszcze? Mnóstwo drobniejszych spraw – to dzięki blogowaniu miałam okazję wypowiadać się w przeróżnych mediach, poznawać inspirujących ludzi, zarażać blogowaniem innych (mam przynajmniej kilkoro blogowych „chrześniaków”), być żywym dowodem na to, że o tak „nudnym” temacie, jak książki można latami blogować i jednak stale ktoś to czyta 😉

A co ostatnio szczególnie mi bliskie – dzięki blogowaniu poznałam kilka osób, które mocno wpłynęły na moje życie. Szczególnie jedna blogerka (która niestety praktycznie zarzuciła już blogowanie 😦 ) stała się bliską mi osobą, która codziennie inspiruje i motywuje, wspiera i pomaga zmienić mą rzeczywistość na jeszcze lepszą. To dzięki niej łatwiej przechodziłam różne kryzysy, to dzięki niej chociażby wprowadziłam zmiany praktyczne w życiu typu inny styl żywienia, to z nią rozkoszuję się duchową strawą w teatrze (gdzie dzięki niej chodzę regularnie!) i to ona ma cierpliwość wysłuchiwać mojego marudzenia, gdy jest mi źle. Dziękuję Ci! A właściwie, idąc torem: blogowanie przyczyniło się do zmiany pracy – pierwsza praca doprowadziła do kolejnych książkowych – kolejna książkowa praca zwróciła mą uwagę na kolorowanki – dzięki założeniu grupy kolorowankowej spotkałam drugą taką bliską duszę, to właściwie mogę napisać: dziękuję Wam!

Ośmielę się więc podsumować, że blogowanie wpłynęło na jakieś 95% mojego życia – od zmian w samym czytaniu, przez zmiany zawodowe, zmianę miejsca zamieszkania, przyczynienie się do poznania nowych znajomych i przyjaciół, po części transformację mej osobowości, aż po zmiany w sposobie myślenia. Mogę wręcz dumnie zawołać, że „od blogowania to wszystko się zaczęło!

Tylko… od jakiegoś czasu niezbyt chce mi się pisać. Może to jednak zmęczenie materiału, może czuję ograniczenie przez ten przedrostek „książkowo” w adresie bloga (ale znowu nie chcę się przenosić gdzie indziej i tracić wszystko, co tu wypracowałam latami), może jeszcze coś innego. Dlatego nie piszę o planach na przyszłość, nic nie obiecuję, popłynę z blogową rzeką.

Cztery kolorowe lata

warszawa

Właśnie zdałam sobie sprawę, że wczoraj stuknęły mi cztery lata od dnia przeprowadzki do Warszawy. Niesamowite, jak bardzo ta jedna decyzja zmieniła moje życie!

Pamiętam, że przeprowadzałam się z poczuciem niepewności i strachu. Jak będzie? Czy się odnajdę? Czy dam radę w zupełnie nowej pracy? Czy przypadkiem po 2-3 miesiącach nie wrócę z podkulonym ogonem do domu rodzinnego? Na dodatek był styczeń, pełno śniegu, mróz, ciemność, samotność, pusty dom i pełno nieznajomych dookoła. Początki były mało sympatyczne, nie będę udawać, że było przyjemnie i różowo.

Ale powoli, krok po kroku zaczęłam oswajać to wielkie miasto. Ja dziewczyna ze wsi, która przez całe dotychczasowe życie myślała, że jest „dzieckiem wsi” i w życiu nie polubi mieszkania w zatłoczonym, nerwowym i zanieczyszczonym mieście. A tu niespodzianka, mniej więcej po niecałym roku zdałam sobie sprawę, że z „dziecka wsi” stałam się „dziewczyną z dzielnicy w miarę blisko centrum”. Dopadła mnie taka refleksja, gdy pewnego dnia wracałam późnym wieczorem ze spotkania autorskiego w bibliotece na końcu miasta. Ochota mą miłością, kocham tę dzielnicę, szczególnie jej starą część. Szkoda tylko, że władze nie robią nic, by powstrzymać pozbywanie się starych, pięknych drzew i wzrost zanieczyszczenia powietrza. No, ale to nie temat tej notki…

Zaczęłam zgodnie z zasadą małych kroczków i mimo tak nielubianej przeze mnie zimy co weekend chodziłam na długie spacery po mojej nowej dzielnicy. Poznawałam małe uliczki, podwórka, skwery i parki. Włóczyłam się bez mapy i celu. I to do dzisiaj jest mój ulubiony sposób poznawania nowych miejsc. Powolutku rozszerzałam obszar włóczęg, oswajałam komunikację miejską (o matko! w życiu tego się nie nauczę, za dużo linii, za dużo kierunków, za dużo punktów przesiadkowych, uch!). A gdy nadeszła wiosna, zaczęłam czuć się bardziej swojsko, miasto wołało, by się po nim włóczyć.

Miałam szczęście, że przeprowadzałam się mając już tu kilku znajomych, którzy pomogli mi na początku. A z czasem poznawałam nowych – najpierw z pracy, potem znajomych znajomych, jeszcze później – gdy w końcu się przełamałam i wyszłam do ludzi – blogerów książkowych i nie tylko. Powolutku dorobiłam się dziesiątek, wręcz setek znajomych, kilkorga przyjaciół, ludzi, którzy, gdy jestem chora zrobią mi zakupy, przywiozą obiad i wyniosą śmieci 😉

Nie było jednak tylko przyjemnie. Były chwile samotności, poczucia, że tu nie pasuję. Były momenty zwątpienia, burzliwe chwile wielkich zmian życiowych, momenty rozpaczy. Normalne życie.

A dzisiaj? Mimo oddalenia i tęsknoty za bliskimi i domem z ogrodem uważam, że to była naprawdę świetna decyzja. Pokochałam to miasto, odnajduję się w nim doskonale. Oferuje mi różnorodność ludzi, bogactwo wydarzeń i możliwości, masę pięknych, ciekawych, urokliwych miejsc. Kocham ulubione knajpki, miejsca, widoki. Pewnie, są też dzikie korki, wkur… kierowcy, upierdliwcy w komunikacji miejskiej, burkliwe ekspedientki, momentami zanieczyszczone powietrze. Ale cóż, nie przeszkadza mi to w tym, by stwierdzić „moje miasto Warszawa”.

A dzięki przeprowadzce zmieniło się całe moje życie – sektor, w którym pracuję, rodzaj pracy, jej styl, styl mojego życia, spędzania czasu wolnego. Wzbogaciłam swe życie o nowe pasje, o dziesiątki fantastycznych osób. Przeżyłam fascynację blogowaniem „profesjonalnym”, po jakimś czasie stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie i – jak widzicie od jakiegoś czasu – traktuję je jako tylko jedno z moich hobby. Zmieniałam pracę i zespoły, w aktualnym jest mi niezmiernie dobrze i mam nadzieję, że jeszcze długo będziemy razem pracować.

Duża zmiana warta była przeżycia niepewności, strachu, zwątpienia. Wymagała wyjścia ze strefy komfortu otworzenia się na masę nowości, elastyczności. Ale dała mi tak wiele! Zmieniłam się ja, zmieniło się moje życie, moja rzeczywistość. A to wszystko przez blogowanie!

Polecam.
Podpis

Blogami zapycham dziurę ;)

Od dawna próbuję się zmotywować do opisania fajnej młodzieżówki, którą zdecydowanie chciałabym wielu z Was polecić, jednak zapalenie gardła i krtani wyciąga ze mnie praktycznie wszystkie siły. I tak mija dzień za dniem…

By jednak nie zapadła tutaj zupełna cisza, to postanowiłam zastosować typową zapchajdziurę. Ale zapchajdziurę godną, jak rzadko! Bo zapewne pierwszy i ostatni raz miałam okazję wystąpić w telewizji! Gdzieś tam się w prasie rozbijałam, w radiu wypowiadałam się już dobrych kilka razy, ale telewizja? Stres mnie prawie zeżarł, całe szczęście odpuścił, gdy musiałam skupić się na słuchaniu pytań i odpowiadaniu. A czy z sensem… Nie wiem, jeszcze siebie nie obejrzałam, mimo tego, że nagranie było w piątek. Ponoć wyszło dobrze, kiedyś sprawdzę 😉

W piątek, 20 listopada (czyli dzień przed moimi urodzinami, niezły prezent!) miałam przyjemność gościć – razem z Zacofanym w lekturze – u Mariusza Ziomeckiego w programie „Prawy do lewego, lewy do prawego” w Polsat News 2. I chociaż polityka zeżarła nam część minut, to udało się chwilę porozmawiać o blogach książkowych! Przeżyliśmy, teraz nawet miło będzie powspominać, ale stres był okrutny!

PS. Jeżeli nie lubicie polityki, to polecam oglądać od 36 minuty. A jeżeli komuś nie działa poniższy filmik, to zapraszam do źródła – TUTAJ.

Przegapiłam!

blogowanie rocznica

Pierwszy raz odkąd bloguję zdarzyło mi się przegapić rocznicę! A przecież wczoraj upłynęło zacne 6 lat odkąd prowadzę tego bloga! Wcześniej było sporo innych, ale ten przetrwał najdłużej. I chociaż cały czas zastanawiam się, czy warto to ciągnąć, to stwierdziłam, że jednak taką rocznicę warto zanotować 🙂

A więc… 6 lat minęło. Blogowanie zmieniło w mym życiu bardzo wiele, prawie wszystko. Chodzi za mną pomysł na wpis na ten temat, ale ciągle się zastanawiam, czy warto. W każdym razie – dziękuję Wam wszystkim! I tym, którzy są ze mną od początku (są tu jeszcze takie osoby?!), jak i tym, którzy dołączyli później 🙂 Tym, którzy bywają regularnie i tym, którzy bywają raz na jakiś czas. I tym, którzy od czasu do czasu się odzywają w komentarzach, jak i milczkom. Nie ukrywam, że świadomość, że ktoś tu zagląda i czyta jest dla mnie bardzo, bardzo ważna.

Niezła rocznica, nie ma co! A w ramach świętowania zapraszam nie na tort, a na pierwszy wpis o książce 🙂

Być czy nie być blogera? (Blog Forum Gdańsk 2014)

blog forum gdansk 2014

Jestem szczęściarą, która obserwuje rozwój Blog Forum Gdańsk od samego początku. Gdy nie mogłam być na pierwszej edycji, to oglądałam ją online, mimo kiepskiej jakości łącza, którym wtedy dysponowałam. Miałam jednak niewątpliwą przyjemność uczestniczenia w kilku edycjach i stwierdzam, że ta impreza niesamowicie się rozwija!

Gwiazda vs. człowiek

To, co rzuca mi się w oczy, to powolna transformacja od podejścia bloger-gwiazda do podejścia bloger-człowiek. Pewnie, nigdy nie zniknie z nas całkowicie ta chęć błyszczenia, bycia docenianym „pieszczoszkiem tłumu”. To nie pasuje do słynnego ego blogera (tak, wiem, uogólniam!). Jednak w przeszłości miałam silne wrażenie, że właśnie to jest najważniejsze dla publiki, to też w dużej części przez moment przewijało się w prezentacjach. A powoli coraz wyraźniej widać transformację. Coraz częściej mówi się o wartościach, o jakości działania, o człowieczeństwie. Pojawia się nawet słowo „misja”. I wiem, zaraz pewnie odezwie się ktoś, że przecież nie każdy z nas musi mieć misję! Faktycznie. Nie musi. Ale wielu z nas zwyczajnie do tego momentu dociera i czuje, że ją ma. I to fantastycznie zmienia ich sposób blogowania, przynajmniej takie mam wrażenie, obserwując te osoby.

Wartości

Słowo, które jest dla wielu osób niewygodne, wręcz niepożądane. A na Blog Forum Gdańsk pojawia się od mniej więcej trzech lat coraz częściej. W tym roku były też świetne prezentacje na temat wartości, szacunku do samego siebie i do naszych czytelników/widzów, o rozwoju, samorefleksji, byciu w zgodzie z samym sobą, podążaniu za wewnętrznym kompasem.

Marka

O marce osobistej, zaufaniu, rozwoju, kapitale reputacji mówiła Joanna Malinowska-Parzydło. Zostawiła po sobie interesujące przesłanie – że wyrobienie sobie marki premium oznacza wolność, bez potrzeby ciągłego lansu i jakiegokolwiek sprzedawania się. Ciekawy punkt do rozważenia.

Wewnętrzny kompas

Kolejne wystąpienie – i tu od początku nie miałam wątpliwości, że będzie świetne! – które zrobiło na mnie wielkie wrażenie, to występ Konrada z Halo Ziemia. Konrada usłyszałam pierwszy raz na Gali Blog Roku i od tamtej pory obserwuję go z podziwem. Niesamowity człowiek, świetny bloger! W Gdańsku mówił właśnie o potrzebie bycia docenianym, ale także o tym, by w życiu kierować się wartościami, znać swoje motywacje, szanować swoich czytelników i to właśnie dla nich tworzyć jakościowego i transparentnego bloga. O tym, jak ważne jest to, co i jakiej jakości oferujemy. W czasach zalewu byle jakości jest to dla mnie głos szczególnie ważny, za dużo dookoła nas śmiecia różnego rodzaju, a już w Internecie szczególnie. Dlatego, gdy tylko pojawi się na YouTube wystąpienie Konrada, to posłuchajcie i pomyślcie nad nim.

Szacunek i pomoc

Niesamowicie zaprezentował się (i tu też nie miałam wątpliwości!) Michał z Jak oszczędzać pieniądze? Blog Michała podczytuję od dłuższego czasu, jego samego uwielbiam, jest dla mnie symbolem człowieka pełnego pasji, radości życia i szacunku do innych ludzi. Dał czadu i na BFG! Niby o pieniądzach, a o życiu i człowieku. O tym, jaka była jego droga do momentu, w którym teraz jest. O przeszkodach i o tym co „zagrało”. O jakości blogowania, tzw. slowbloggingu, o misji pomocy czytelnikom, o tym, jak cieszy go to, że pomaga im zmieniać życie. O pieniądzach też było, chociaż inaczej niż wszyscy się spodziewali. Naprawdę wspaniała prezentacja, serdecznie polecam jej obejrzenie!

Warto wspomnieć o prezentacji Moniki Kamińskiej o stałym sprawdzaniu, czy ramy, które sobie nałożyliśmy ciągle nam pasują (dla mnie bardzo adekwatne, bo wiem, że mam dosyć „pisania 5 lat o kremach”) oraz świetne show Jarka Kuźniara o prezentacji przed kamerą (i nie tylko), wyśmienita robota!

Do tego jeszcze wystąpienia blogerów zagranicznych, które uświadomiły nam, w jak komfortowych warunkach blogujemy i jak mało ważne są wojenki o jakieś foto, wpis czy hejterzenie w porównaniu z krajami, gdzie blogowanie to jeden z aspektów walki o wolność. Dobrze mamy, braci, blogowa, oj dobrze!

Summa summarum

Te wystąpienia to takie moje „gwiazdki” tegorocznego BFG. Jednakże całość uważam za bardzo udaną i cieszę się, że miałam okazję uczestniczyć w tym wydarzeniu! To był pierwszy rok, gdy większość czasu i uwagi skupiłam na merytoryce – słuchałam wystąpień z wytężoną uwagą, dyskutowałam o nich, a później zastanawiałam się, jak to, co usłyszałam ma się do mnie. Pewnie, że były słabsze wystąpienia i panele, ale wolę podkreślić te, które były dobre, taka nagroda za jakość.

Oczywiście, czas w kuluarach jest dla mnie niezmiennie ważny. Super, że miałam okazję spotkać znane mi już osoby, ale także świetnie, że poznałam sporo nowych. To jest dla mnie niezmiennie jeden z największych plusów tej imprezy – możliwość spotkania osób, których normalnie nie miałabym szansy spotkać oko w oko. Dzięki niej odkrywam niesamowite osobowości i wielkich pasjonatów, wychodzę na świat z tego mojego książkowego kąta i widzę szerzej!

Bardzo się cieszę, że coraz częściej skupiamy się na sprawach ważnych. Bardziej na głębi, mniej na błyszczącej powłoce. Nie wiem, jaka będzie przyszłość tej imprezy, ale taki kierunek mi się podoba. Zastanawiam się jednak, czy rzeczywistość nie wymusi powrotu do pomysłu dwóch (lub więcej) ścieżek i idei warsztatów. Przyszło mi to do głowy po sesjach z Jarkiem Kuźniarem, ale nie tylko. Jednak sposób przedstawiania treści przez nas samych, wpływa na to, co jest dla nas najbardziej interesujące. Jeżeli jednak wróci pomysł takowego podziału, to będzie potrzeba bardzo ścisłej współpracy dotyczącej programu i panowania nad czasem. Bo pamiętam, że to był problem np. na BFG odbywającym się na stadionie. Może rozwiązaniem byłoby mniej sesji, ale dłuższe? Nie wiem, organizatorzy znajdą dla siebie najlepszą ścieżkę, jestem tego pewna.

A propos organizatorów – zrobiliście fantastyczną robotę! Zarówno miejscówka (Teatr Szekspirowski!), jak i rozpieszczanie nas na wszystkie sposoby (świetna kawa, ciasteczka, czekoladki, wszelaki wodopój, strefy odpoczynku i gier etc.) – chapeau bas! Pewnie w niedzielę wieczorem padliście na twarz, ale wiedzcie, że wypuściliście po tym weekendzie grono szczęśliwych blogerów, zainspirowanych i zmotywowanych do dalszej pracy!

Znowu się rozpisałam, nie umiem pisać krótkich relacji, trudno! BFG jest dla mnie bardzo ważną imprezą, zawsze czekam na wyniki naboru z drżeniem rąk i lękiem w sercu, a potem wracam z Gdańska szczęśliwa i pełna zapału na następne miesiące. Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną przez ten weekend, to dzięki Wam!

PS. Zdjęcia należą do Blog Forum Gdańsk, do mnie i do autorki bloga Haart.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

©