Co z tym fantem zrobić? („Twarz” – Małgorzata Szumowska)

Ci, którzy podążali ze mną przez czasy „Książkowa” wiedzą, ze jestem mało filmowa. Teatr, o tak! Namiętnie i często. Filmy… Czasami i to raczej te mocno wybrane. Kilka dni temu miałam okazję być na premierze „Twarzy”, nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej. Gdy po zakończeniu wychodziłam z kina byłam na tak z małym „ale”. Po upływie kilku dni mam więcej mętliku w głowie. Dlaczego?

twarz

Reżyserka zrobiła film zainspirowany historią prawdziwą (jednak ponoć na tyle zmienioną, że nie warto brać prezentowanych reakcji społecznych jako pewnik). W małej wsi żyje sobie heavymetalowiec Jacek (Mateusz Kościukiewicz), wzbudza swym wyglądem i gustami sensację, rodzina chętnie „sprowadziłaby go do pionu”, jedni żegnają się na jego widok, inni wołają za nim „Jezus”. Młody mężczyzna pracuje przy budowie gigantycznego pomnika Chrystusa, w głębi ducha marzy o wyjeździe do Wielkiej Brytanii. Trzyma go tu właściwie tylko miłość do pięknej i przebojowej Dagmary (Małgorzata Gorol).

Pewnego dnia Jacek spada z figury, ulega wypadkowi w wyniku którego lekarze dokonują pionierskiej operacji przeszczepienia twarzy. Wydawałoby się, że wszystko dobrze się kończy, jednak po powrocie do domu okazuje się, że nie tylko dla lokalnej społeczności stał się niesamowitym tworem, karykaturalnym pośmiewiskiem, ale też większość rodziny nie potrafi zobaczyć w nim dawnego Jacka i odsuwa się od niego. Rzuca go też narzeczona. Zostaje mu tylko dziadek i siostra. Biorąc pod uwagę skutki wypadku i przeszczepu oznacza to tak de facto utratę całego dotychczasowego życia.

Jacek (przy pomocy siostry, świetnie zagranej przez Agnieszkę Podsiadlik) próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Leczenie pochłania olbrzymie sumy, system nie wspiera ofiary takiego wypadku, mężczyzna budzi tylko niezdrową ciekawość, znikąd nie dostaje wsparcia. Mamy tutaj zarówno walkę o odzyskanie chociaż części siebie, jak i budowanie nowej tożsamości, radzenie sobie z samotnością i odrzuceniem. Ważkich tematów jest wiele i to jest największy plus tego filmu.

Kolejnymi plusami są wymieniona wyżej trójka aktorów oraz przepiękne zdjęcia Michała Englerta.

twarz2

To, z czym mam jednak duży problem, to poziom krzywego zwierciadła zastosowany w tym filmie. Owszem, rozumiem i akceptuję używanie takiego zabiegu, sarkazm i satyrę zawsze chętnie witam w różnych formach artystycznych. Jednak mam wrażenie, że tutaj zostało to doprowadzone do ekstremum, do poziomu momentami absurdalnego. Przykłady? Prezentowana wieś to chyba najbardziej zapyziała i nie rozwinięta wieś w Polsce, nie ma tam nic nowego, ładnego, sam chaos, brud, nieporządek, ogólny syf. Brak ludzi dobrych, brak ludzi ładnych. Sama mizeria umysłowa, edukacyjna, finansowa, praktycznie nikogo, kto by się wyłamywał. Mieszkałam w maleńkiej wsi, mieszkałam w większej wsi, uczyłam się w średniej, w małym miasteczku, w dużym mieście, od jakiegoś czasu żyję w wielkim mieście i jakoś mi się to z tych perspektyw gryzie. Ten film jest dla mnie zbyt zero-jedynkowy. Może oczekiwałam czegoś bliższego prawdziwemu życiu, a tu mamy tylko zbiór prostaków, pijaków, chamów, rasistów, którzy nad grobem ojca biją się o pole, a dla rozrywki wożą dziecko do Komunii karetą. Czuję wewnętrzną niezgodę na takie prezentowanie Polski. Ale, jak teraz sobie dumam w trakcie pisania, może to mój problem z tą kwestią, a nie problem z filmem…

Druga sprawa – takie reakcje i typy społeczne (oczywiście w bardziej rzeczywistej wersji) można spotkać wszędzie, na wsi, w miasteczkach, miastach i metropoliach. Tylko ewentualnie rozrzedzają się w tłumie. Więc to trochę pójście na łatwiznę. Prościej jest pokazać „zacofaną wieś” i się z niej pośmiać, niż umiejscowić bohatera w dużym mieście, gdzie mógłby go spotkać podobny ostracyzm, ale przecież gryzłoby się to z wizją „wykształconych, rozwiniętych miast”.

Pomijając te moje dwie duchowe rozterki, to warto pójść i przekonać się samodzielnie. Widzę masę zachwytów, widzę też krytykę (chociaż określenia „antypolski” spowodowały u mnie rechot), ja jestem gdzieś pomiędzy. „Twarz” zwraca uwagę na część problemów, jakimi się cechujemy jako społeczeństwo, jednak przede wszystkim porusza bardzo istotne tematy dotyczące tożsamości człowieka, tego, co go identyfikuje, przez co się tworzy i jak się to ma do bycia członkiem różnych społeczności. I dlatego warto go zobaczyć. A czy krzywe zwierciadło wyda wam się zbyt krzywe, czy wręcz idealne, to już sami zobaczycie!

Fascynujący zakątek ("Cztery rzęsy nietoperza" – Hanna Kowalewska)

ogrod zawrocie hanna kowalewska

Czy znacie książki Hanny Kowalewskiej? Mnie cykl o Zawrociu zafascynował już przed laty i kompletnie nie wiem, dlaczego, gdy tylko pojawia się kolejna książka, to zaraz po nią sięgam. Bo tak patrząc obiektywniej jej książki to teoretycznie nie moja bajka, a lgnę do nich i z pasją zaczytują się kolejnymi. Ciekawe, skąd ta fascynacja?

Może ze względu na ich prawdziwość… W jej książkach nie ma „słodkiego pierdzenia”, nie są to nierealne bajeczki o tym, jak to laska rzuciła wszystko, za to zaraz znalazła zajefajną robotę, stu przyjaciół i zakochanego w niej po uszy księcia na białym koniu. Tu główna bohaterka boryka się z niechcianą miłością (no bo kto to widział, zakochać się w ciotecznym bracie?!), nieżyczliwymi jej okolicznymi mieszkańcami oraz z prześladowcami, którzy chcą ją wygonić zarówno z odziedziczonego Zawrocia, jak i z życia ukochanego Pawła. A do tego jeszcze ciąża-wpadka i samotność, gdy Paweł wyjeżdża do Stanów. Sporo jak na jedną osobę, ale właśnie takie jest życie. I właśnie to osadzenie w rzeczywistości, realizm mnie przyciąga do jej książek.

Może ze względu na bohaterów… Są tak bardzo realni, ludzcy, mogłabym ich spotkać za rogiem czy w teatralnej kawiarni. Pełni rozterek, emocji, wad i zalet, zastanawiający się nad przeszłością i przyszłością, wątpiący i marzący. Tu nie ma laseczek spod znaku „och, ach, jaka ja nieszczęśliwa, samiusia, biedniusia, buuuu, gdzie to ramię męskie do wypłakania się na nim?”. Bohaterowie mają przeróżne charakterki (oj, niektórymi chciałoby się potrząsnąć, innych wręcz walnąć przez łeb!), ale wszyscy są jacyś, nie są rozmemłanymi lilijkami, często głupimi jak but. Są wiarygodni i zostają czytelnikowi w pamięci. Wielu się nie lubi, za innymi przepada, wszystkich, jakby to określić – literacko szanuje? To nie są papierowe postaci.

Może ze względu na język… Hanna Kowalewska pisze piękną polszczyzną. Zdania są przemyślane, nie produkuje linijek, by dobić do uzgodnionej objętości z umowy wydawniczej. Język jest taki, jak trzeba, dostosowany do sytuacji i do bohatera, czasami kolokwialny, czasami tzw. wysoki. A zawsze jest barwny, wręcz soczysty, pełen dźwięków, muzyki, ciekawych porównań. Bardzo lubię czytać jej książki właśnie ze względu na to, jak często pojedyncze zdania zatrzymują mnie na chwilę, bym popodziwiała ich urodę. Gdybym miała zwyczaj zaznaczania cytatów, to pewnie jej książki byłyby pełne kolorowych karteczek.

A może ze względu na mądrość… I tu nie ma się co rozpisywać. Ten cykl skłania mnie do refleksji, rozważań nad bohaterami i ich decyzjami, nie daje łatwych rozwiązań. Czytanie czasami boli, ale zawsze warto.

I co? Wyszła laurka, ale to i dobrze, bo uważam, że to autorka ciągle zbyt mało znana i szanowana. Więcej takich kobiet, piszących książki na poziomie, na które nie marnuje się papieru i których nie zapomina się w zalewie innych, prawie takich samych.

A ja wracam do przypominania sobie niektórych fragmentów. Teatru i pani Janeczki! Pani Janeczka wymiata 🙂 Przykłady?

Złym aktorom szyła za ciasne kostiumy. Potem je niechętnie poprawiała. Im więcej kiepskich scen i monologów, tym więcej poprawek – pisałam ci już o tym, babko. – I także o tym, że nie było rady na panią Janeczkę. A właściwie była jedna: grać lepiej! Wtedy kostium też zaczynał lepiej leżeć.

czy też

– Czy ty na pewno wiesz, co robisz? Ja tam wolę tych z tyłu sceny, bo się na nich gapi mniej ślicznych Ofelii.
– E tam! Mnie życie przekonało, że ci z tyłu lubią sobie poprawiać ego może i częściej niż ci z przodu. Poza tym mężczyzna nie mydło, nie zmydli się.