Szekspirowski thriller polityczny („Miarka za miarkę” – Oskaras Koršunovas)

Jest sztuka, która – mimo że powstała przed wiekami – nie traci absolutnie nic na swej aktualności. Czy przed ponad czterystu laty, czy też dzisiaj, niezmiennie jej treść i przesłania są tak samo wartościowe.

„Miarka za miarkę” Wiliama Szekspira od ponad dwóch lat gości na największej scenie Teatru Dramatycznego w Warszawie. Dzieło to w reżyserii Oskarasa Koršunovasa zyskało polskie akcenty, ale od początku… Słów kilka o spektaklu reklamowanym jako szekspirowski thriller polityczny.

 

Chociaż teoretycznie spektakl dziać się ma we Wiedniu, jednak scenografia na scenie im. G. Holoubka do złudzenia przypomina izbę polskiego parlamentu, widz od początku czuje się dzięki temu osadzony w znajomych realiach, może skupić się na treści.

 

 

 

 

 

Kraj jest skorumpowany, moralność praktycznie nie istnieje, każdy żyje, jak mu się podoba. Książę (Sławomir Grzymkowski) nie jest w stanie sobie z tym poradzić, postanawia przekazać władzę w ręce namiestnika – Angela (Przemysław Stippa) i zniknąć. Angelo, surowy idealista, wprowadza w państwie ostry rygor, jednakże sam daje się wodzić na pokuszenie. Miota się między fascynacją seksualną a tym, co odczuwa jako misję. Jest zafascynowany władzą i bardzo boi się jej utraty, jednak do pięknej Izabeli (Martyna Kowalik) odczuwa tak wielki pociąg seksualny, że zwalczenie go wydaje się być ponad siły. Czy uda mu się wygrać z popędem?

 

 

 

 

 

Widziałam ten spektakl już chyba cztery razy, jasnym więc jest, że będę chwalić. Właściwie wszystko mi się podoba! Najbardziej aktorzy, chociaż mam kilka osób, które chciałabym pochwalić najbardziej. Martyna Kowalik jest świetna! Ta młoda aktorka wyśmienicie oddaje szczerość, odwagę i siłę swej bohaterki, jest przekonująca i porywająca. Znakomita jest też w innych sztukach, np. w „Niebezpiecznej metodzie”, gdzie gra wspólną pacjentkę Junga i Freuda, ale tutaj jakoś najbardziej łapie mnie za serce. Krzysztof Szczepaniak gra zmiennego, złośliwego Lucja, który tylko knuje, co zrobić, by zyskać to czy tamto i podąża tam, gdzie wieje polityczny wiatr. Istna chorągiewka! Ale jak genialnie przedstawiony! To mnie zresztą nie dziwi, bo uważam tego aktora za jeden z filarów Teatru Dramatycznego, jakiż to jest arcyzdolny człowiek! Talent jak rzadko!

 

 

 

 

 

Kolejny arcyzdolny aktor (tym razem Teatru Narodowego, występujący gościnnie) to odtwórca roli Angela – Przemysław Stippa. Jak on gra rozdartego między pasją a misją namiestnika, cudeńko! Rola dopracowana w każdym calu i w każdej sekundzie, gra całym sobą, jest się z nim całym sercem. Wyśmienicie, jak zawsze! Również Sławomir Grzymkowski jako Książę jest świetny (chociaż jego jak na razie moja ulubiona rola to artysta z „Plastików”), ostatnio zdarzyło mu się sporo pomyłek tekstowych, ale każdemu może zdarzyć się gorszy dzień, generalnie jest to bardzo dobry aktor. Co do spektaklu, to poziom jest bardzo wyrównany, chociaż wszystko jak zwykle zależy od dnia. Agnieszka Warchulska, Łukasz Wójcik, Marcin Sztabiński, Maciej Wyczański… Dużo jest tutaj ciekawych ról drugoplanowych.

Po peanach na część aktorów, muszę też chwalić scenografię. Świetnie zrobiona sala obrad, a jak do tego wyśmienicie rozegrana pod względem ruchu scenicznego! Każde wejście, przejście, każdy krok aktorów świetnie zgrany z całością scenografii, wszystko spójne i przemyślane. Sceny mogą się rozgrywać jednocześnie wielopoziomowo, co dodaje całości dynamiki. Naprawdę wielkie brawa za bardzo udaną, dopracowaną i ciekawą scenografię!

foto by kasia chmura print-5944

Na koniec, jednakże nie pod względem znaczenia, trafia sam tekst. Majstersztyk, no ale czegóż innego można byłoby się spodziewać po Szekspirze! Ale też temat jest jakże uniwersalny – władza, jej mechanizmy i absurdy chyba nigdy się tak de facto nie zmienią. Zmieni się forma, jakieś szczegóły, ale nie meritum. Świetnie ukazuje to, jak rządzący wykorzystują moralność po to, by zdobyć i/lub utrzymać władzę, nieważne, czy sami wyznają głoszone wartości. Populizm, obietnice głoszone pod publiczkę, wykorzystywanie erotyki, by zdobyć to, czego się pragnie, postrzeganie dobra jako zło i zła jako dobra. Prawem jest prawo silniejszego, a moralność… jest czyś względnym. Relatywizm to zresztą klucz tej sztuki, wszystko jest tam płynne, zależy od tego, kto co głosi i kiedy. Świetny, bardzo życiowy i trafny tekst!

To, co dodatkowo zachwyca to ta metaforyka, spektakl jest pełen aluzji, które są dodatkowo wyśmienicie rozgrywane przez aktorów i ruch sceniczny. Bo bardzo ważne jest też, kto, co trzyma w ręku, gdzie stoi, w jakiej pozycji głosi swoje teksty. Pięknie się to wszystko składa w całość! Do tego publiczność zostaje uraczona wstawkami związanymi z polską polityką, dodawanymi w miarę na bieżąco, w większości całkiem trafnymi (jakby nie było mam porównanie z kilku spektakli), za co aktorzy wygłaszający dane teksty nagradzani są najczęściej gromkimi brawami.

foto by kasia chmura print-2722

„Miarka za miarkę” w Teatrze Dramatycznym to naprawdę dobry spektakl, świetnie zagrany, przygotowany scenograficznie, ruchowo, muzycznie, oświetleniowo, generalnie – dopracowany w każdym detalu i spójny. Szczerze polecam, ja będę wracać i wracać!

PS. Swoją drogą to ciekawe, że dwa spośród kilku ulubionych spektakli w Warszawie zrobili Litwini. „Dziady” w wersji Nekrošiusa to perełka, praktycznie odarta z mesjanizmu i ślepego „jesteśmy najważniejsi, najwspanialsi, tylko inni się na nas jeszcze nie poznali”, to przepięknie zrobiony dramat jednostki, jej buntu… Ale nie o tym teraz!

Reklamy

Zdrada i odkupienie ("Pan Ciemnego Lasu" – Lian Hearn)

shikanoko

Książę Opat nie żyje. Shikanoko po zwycięskiej walce ucieka w głuszę, jest przerażony tym, że jego magiczna maska jelenia wydaje się być teraz jednością z jego twarzą, nie może jej zdjąć, czuje się jak kuriozum, dziwoląg. Bohater i wybawca, którym chciano by go ochrzcić, znika na dziesięć lat.

W kraju narasta susza i niepokoje społeczne. Ludzie zaczynają coraz głośniej szemrać, że równowagę przywróci tylko odnalezienie zaginionego następcy tronu – księcia Yoshimoriego i posadzenie go na tronie cesarza. Tylko gdzie on jest? I czy zechce wrócić? Kto mógłby przeprowadzić taki zamach stanu? Shikanoko przecież zniknął w Ciemnym Lesie. A na świecie jest tylko jedna osoba, która może przekonać go do tego, by podjął się tej ryzykownej misji…

Pierwsza część jest powolna, snują się sieci między bohaterami, pajęczyna akcji tkana jest powolnie i uzupełniana przez szczegóły militarne, kulturowe, ekonomiczne. Chociaż głównie poznajemy bliżej tych bohaterów, którzy w tej dziesięcioletniej przerwie dorastali, dojrzewali, zyskali własne motywacje i doświadczenia. Stopniowo autorka prowadzi ich w kierunku finału, łączy ich losy, wyznacza im role, prowadzi do celu. W drugiej połowie akcja nabiera tempa, by zakończyć się interesującym finałem, którego w pełni nie zdołałam przewidzieć wcześniej. Fajną zagrywką jest też pojawienie się na mgnienie oka łącznika z drugim cyklem tej autorki.

Cztery tomy opowieści o Shikanoko i losach cesarstwa to ciekawa lektura, której orientalny, a do tego często mroczny, pełen przemocy i magii klimat zapewne trafi do gustu wielu czytelnikom. To opowieść z jednej strony o honorze, odwadze, dążeniu do celu, z drugiej pełna zdrady, nienawiści, przemocy. To lektura dla wszystkich osób otwartych na nowe literackie światy oraz oczywiście dla tych, którzy lubują się w orientalnych historiach. Mnie się podobało, świat przedstawiony w tym cyklu zaintrygował mnie i pochłonął dosyć mocno, mimo tego, że czytałam go w czasie bardzo intensywnym, pełnym wydarzeń. Polecam!

Nie mogę przemilczeć przecudownego wydania obu tomów, gratka! Niestety, nie mogę Wam pokazać razem obu tomów, bo jeden jest w Krakowie, a drugi u mnie, musicie mi uwierzyć na słowo, sprawdzić w księgarni lub wygooglować 🙂

Poszukując sprawiedliwości ("Cesarz Ośmiu Wysp" – Lian Hearn)

cow

„Opowieści rodu Otori” mam na półce od lat. Cierpliwie czekają na swoją kolej, marzy mi się dłuższy urlop, w trakcie którego usiądę i pochłonę pięć tomów jeden po drugim… Gdy jednak trafiła mi się okazja przeczytania początku nowego cyklu, postanowiłam spróbować, tym bardziej, że niesamowicie kusiło mnie to piękne wydanie. Jak wypadło moje pierwsze spotkanie z Lian Hearn?

Najpierw długo i powoli wchodzimy w zbudowany przez autorkę świat. Klimat średniowiecznej Japonii – władcy feudalni, cesarz, słudzy, duchy, magia, ofiary, ceremoniały – jest wciągający i interesujący. Do tego dostajemy zbiór bohaterów, którzy zdecydowanie będą oddziaływać na czytelnika.

Z jednej strony młodzieniec, który traci ojca w rozgrywce z nieczystymi siłami i którym ma się opiekować stryj. Jednakże dybie on na życie dziedzica, gdy chłopak umrze, to cały majątek trafi w jego ręce. Jednak Kazumaru udaje się przeżyć, trafia pod opiekę wielkiego czarownika i w tym momencie zaczyna się właściwie nowe życie chłopaka.

Z drugiej strony mamy pana Kiyoyori, starszego syna możnego rodu, który pragnie tylko spokojnie żyć. Jednakże decyzja ojca i głowy rodu jest nieubłagana – Kiyoyori ma „przejąć” żonę młodszego brata i jego majątek, stanąć po jednej stronie wielkiego stronnictwa, a młodszy brat ma wyjechać i wejść do drugiego stronnictwa możnowładców. W ten sposób zawsze jeden z nich będzie u władzy. Jednakże ojciec nie rozważył wszystkich skutków swej decyzji…

Do tego jeszcze mamy postać księcia opata, wielkiego pana, który jest mistrzem intryg i szpiegów, a który postanowił posadzić na tronie cesarstwa swego człowieka, nie patrząc na to, co taki ruch oznacza dla całego kraju. Przeprowadza zamach, jednakże kilkuletni następca tronu – Yoshimori – znika i nikt nie wie, co się z nim stało. A kraj stopniowo zaczyna odczuwać skutki decyzji opata, chaos i zniszczenie rozlewa się powoli na coraz szersze jego połacie.

A gdy dodamy do tego jeszcze pomniejsze postaci, które także wpływają na akcję, tych wszystkich mędrców, magów, ukochane kobiety, córki, żony, to robi się wielowarstwowa opowieść o pragnieniach, zemście, miłości, władzy i sprawiedliwości. Bardzo uniwersalna historia osadzona w bardzo szczególnym świecie, doskonała kombinacja.

Lian Hearn zdecydowanie potrafi snuć opowieści, tworzyć wciągający klimat i interesujący świat. Przeczytałam „Cesarza Ośmiu Wysp” z zainteresowaniem, oczywiście na początku trochę musiałam się oswoić z tymi wszystkimi nietypowymi dla nas nazwami i nazwiskami, ale później szło już jak po maśle. Na tyle, na ile mnie to oceniać, Hearn udało się wytworzyć ten swoisty klimat powieści związanych z Japonią, co bardzo mi się podobało, stęskniłam się za nim, ale właśnie w takim wydaniu, niekoniecznie w wydaniu tych wszystkich opowieści o kurtyzanach, których zalew na rynku przeżywaliśmy dobrych kilka lat temu.

Wydanie jest przepiękne, zobaczcie sami! Piękna, klimatyczna okładka, twarda oprawa, tasiemka zamiast zakładki i brzegi kartek farbowane na czerwono. Cudo!

Jedyny brak, jaki odczuwałam, to opis, jak ma się ten tom do całości. Po zerknięciu do Internetu już wiem, że MAG wydał dwa pierwsze tomy w jednym zbiorze i że niedługo otrzymamy kolejne dwa w następnym i tym samym cały cykl w polskim wydaniu zamknie się w dwóch tomach. To jest według mnie istotna dla czytelników informacja, która powinna być uwzględniona na okładce. Ale to jedyny pierdół, do którego się przyczepię, bo naprawdę podoba mi się ta opowieść.

Jeżeli szukacie powieści fantasy inspirowanej Japonią, to „Cesarz Ośmiu Wysp” będzie dobrym wyborem!

"Trafny wybór" – J. K. Rowling

 vote

Chciałoby się rzec, że to wszystko przez władzę, chęć wpływania na innych, bycia częścią rady gminy. Chcę być ważny, słyszany, dostrzegany, w centrum uwagi…

Ale byłaby to jednak półprawda, bo w tej powieści zazębia się tak wiele różnorakich czynników. Na początku poznajemy niejako gwiazdę małego miasteczka Pagford – Barry’ego Faibrothera. To powszechnie szanowany radny, ojciec czwórki dzieci, szczęśliwy mąż, trener i osoba, która wierzy w dobro w każdym człowieku. To on zajmuje się zbłąkanymi nastolatkami, daje przykład innym i pokazuje, że Pagford to przecież cudowne miejsce do życia.

Jednakże na miasteczko spada okrutny cios od losu – Barry umiera. Cios niespodziewany, bo mężczyzna wydawał się pełen sił, miał wiele planów i marzeń, tylko ostatnio bolała go głowa. Nikt nie przewidywał, że jest to znak ostrzegawczy przed ciosem. Część osób przyjmuje jego śmierć histerią i wszechogarniającym smutkiem, a część cieszy się z tego, że z rady zniknie członek, który stosował niestandardowe metody pracy, wierzył we wspólne istnienie różnych grup społecznych i na dodatek – o zgrozo! – wspierał ludzi z marginesu społecznego.

Śmierć Barry’ego uruchamia lawinę zdarzeń. Zwalnia się miejsce w radzie miejskiej, co otwiera furtkę do walki o władzę. Różne stronnictwa zabierają się do pracy, a kandydowaniem zaczynają interesować się nawet te osoby, które nikt by o to nie posądził. Brutalny nieudacznik, znerwicowany wicedyrektor szkoły, rozpuszczony mamisynek. Czy znajdzie się wśród nich godny kandydat?

Cała machina walki o władzę obserwowana jest również przez młodsze pokolenie – nastolatków, z którymi pracował Barry, córki i synów tych, którzy odgrywają w tej rozgrywce główne role. Młodzi odbijają jakby w krzywym zwierciadle wszystko to, co dzieje się w świecie dorosłych. Ale nie są oni biernymi obserwatorami, o nie! Ich rola w rozgrywce jest bardzo istotna, swymi czynami kształtują to, co dzieje się w świecie dorosłych, wpływają na wydarzenia, chociaż nie zawsze świadomie czy w sposób taki, jaki planowali.

„Trafny wybór” to opowieść o ludziach i relacjach międzyludzkich. Autorka zaprosiła nas do świata, w którym – tak, jak w rzeczywistości nas otaczającej – każdy dom skrywa wiele tajemnic, ludzie prezentują na zewnątrz maski, odgrywają role, a prawdziwe ich twarze ukazują tylko wśród najbliższych lub przyjaciół. Miasteczko pełne jest tajemnic, małomiasteczkowej wizji świata, bardzo wiele tu negatywnych emocji.

J. K Rowling w tej książce ukazała nam bardzo szeroki przekrój społeczny i charakterologiczny. Od przewodniczącego rady miejskiej po zaćpaną matkę oddającą się każdemu, byle tylko dostać kolejną działkę narkotyku. Od gwiazdy klasowej po odrzuconą nastolatkę, która nie potrafi sobie poradzić sama ze sobą, ale wierzy, że zdoła uratować siebie i braciszka z bagna patologii. Bogactwo bohaterów, uczuć, przeżyć, to wszystko gwarantuje nam „Trafny wybór”.

Nie wiedziałam, czego się po tej książce spodziewać, przecież autorkę znałam tylko w teorii, nie czytałam wcześniej przygód Harry’ego. Teraz już wiem, że potrafi pisać. Książka jest według mnie spójną całością, która bardzo ciekawie przedstawia rozwój sytuacji i bohaterów. Trochę mi się momentami dłużyła, ale wynikać to może z faktu, że czytałam ją zrywami, bo czasu wolnego miałam mało i czytanie odbywało się głównie w podróży komunikacją miejską. Jednakże całość oceniam bardzo pozytywnie, a już końcówka wywołała we mnie burzę emocji. Nie mogłam uwierzyć w to, że autoka postanowiła tak zakończyć tę opowieść, chociaż teraz uważam, że rozegrała to fabularnie bardzo dobrze, ale jednak, czytanie bolało.

„Trafny wybór” dosadnie ukazuje to, jacy często bywamy. I nie jest to miły obrazek…

trafny wybórWydawnictwo: Znak, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 512

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

©