Świata tworzenie („Tchnienie” – Grzegorz Małecki)

Czarne ściany, czarna podłoga, brak rekwizytów, scenografii, muzyki, proste oświetlenie. Tylko oni – Justyna Kowalska i Mateusz Rusin. To właśnie oni sprawiają, że najmniejsza scena Teatru Narodowego w trakcie tego spektaklu staje się miejscem magicznym! To tu tworzy się świat cały, zmienia, rozpada i powstaje na nowo. (Re)konstrukcja wszechświata zaserwowana w najbardziej minimalistyczny, a przez to tak bardzo przemawiający do widza sposób!

Para młodych ludzi jest tak uniwersalnie przedstawiona, że mogliby mieszkać w Berlinie, Nowym Jorku, Londynie, Rzymie czy Warszawie. Dzięki temu łatwo jest się z nimi identyfikować, bo przecież większość z nas staje przed podobnymi wyzwaniami, pytaniami, problemami. Zaczyna się dosyć typowo, od kwestii posiadania dziecka. I ta właśnie kwestia staje się pretekstem do wielopoziomowych rozważań. Od kwestii dojrzałości, przez relacje międzyludzkie, sens życia, rozmnażania się, wartości najwyższego rzędu, wyzwań codziennego życia, lęków, których doświadczamy aż do stanu naszej planety i odpowiedzialności społecznej każdego z nas. Prawdziwy ogrom treści w tym krótkim (1:40 h) spektaklu!

Czy nie możemy przez chwilę żyć w tej małej bańce szczęścia?

A to wszystko przedstawione w prosty, skromny, wręcz minimalistyczny, a jednocześnie piękny, czuły, zabawny i wzruszający sposób. Na dodatek z dużą dozą humoru. Tu nie ma show, tu jest tylko treść. I tym właśnie powala widza, to jego siła! Minimum środków, maksymalny efekt, to cudownie odświeżające przeżycie po tych wszystkich spektaklach, które bywają przeładowane do bólu efektami, gadżetami, łapaniem się przeróżnych metod, by tylko zrobić wrażenie, że jest „na bogato”, a najlepiej przy okazji jeszcze widza jakoś zaszokować. Ale nie o tym chciałam…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. Tomasz Urbanek / East News / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego.

Forma to jedno. Inna sprawa to tekst autorstwa Duncana Macmillana – świetny, jakże aktualny, będący swoistym lustrem naszej rzeczywistości. Owszem, część osób się obruszy, że to nie ich rzeczywistość, bo oni nie zajmują się rozważaniem o śladzie węglowym, celowości rozmnażania czy odpowiedzialności za nasze czyny. Tylko te pytania to tylko furtka, przyczynek do szerszego spojrzenia. Nie zastanawiacie się czasami nad celem Waszego życia? Po co żyjecie, gdzie zmierzacie, czy ta osoba jest tą odpowiednią? I czy to, co chcecie zrobić jest najlepszą decyzją? To różnice w formule, ale głęboki sens pozostaje tak de facto ten sam. Jak żyć, gdy świat tak pędzi, po co? Bohaterowie są trochę zagubieni, niedojrzali, poszukujący swego miejsca na świecie, celu w działaniach, trochę pod wpływem tego, co aktualnie modne, ale w głębi serca wrażliwi i dobrzy. Są tacy, jak wielu z nas. Czuć też, że zarówno aktorzy, jak i przede wszystkim reżyser (Grzegorz Małecki) poświęcili treści dużą uwagę, mocno pracowali z tekstem. Mam wręcz poczucie, że go polubili, tak samo, zresztą, jak bohaterów. Z całości bije czułość w stosunku do bohaterów. I wielka wrażliwość.

Justyna Kowalska i Mateusz Rusin mają diabelnie trudne zadanie! To wyzwanie, któremu wielu aktorów by nie podołało. Bo jak często zdarza się spektakl, gdzie nie mogą się niczym posiłkować, za nic „schować”, cała odpowiedzialność spoczywa na ich barkach?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. Tomasz Urbanek / East News / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego.

A oni sobie z tym radzą śpiewająco! Wspólnie tworzą świat cały, w fantastyczny sposób radzą sobie z każdą zmianą akcji, miejsca, czasu. W trakcie spektaklu prowadzą widzów jak na sznurku, od lekkiego chichotu, przez zaparty dech, aż do łez w oczach. Reakcje publiczności zresztą były jednoznaczne, nieważne, czy chodziło o młodą parę w wieku bohaterów, czy też o starsze małżeństwo – wszyscy reagowali podobnie, a na koniec z zapałem bili brawo. Takiego ogromu emocji i wciągnięcia w akcję, odczucia realności tego, co dzieje się na scenie, nie miałam już dawno. Żeby tak znokautować widownię samą grą, bez żadnych „wspomagaczy”, to trzeba mieć duży talent i świetny warsztat. Pozostaje więc pogratulować! Szczególnie Justynie Kowalskiej, która dopiero zaczyna swą aktorską karierę. Już w „Idiocie” pokazuje na co ją stać, jednak w „Tchnieniu” rozwija skrzydła i porywa.

Przy tak minimalistycznym założeniu jeszcze silniej oddziałuje na widza piękno pojedynczych scen. Te wszelkie przejścia, skrótowce między jedną akcją a drugą, wspaniale pokazujące jej rozwój. Na przykład scena, gdy po powrocie ze szpitala bohaterka teoretycznie jest tylko wtulona w ramiona bohatera, a tak naprawdę mijają dni całe, w trakcie których walczą oni z nieszczęściem, życiową tragedią – toż to majstersztyk wyciskający łzy z oczu! Tak proste, tak czułe, pełne miłości, wspaniałe! Tak samo, jak i inne – moment czekania na wynik testu ciążowego, spotkanie po miesiącach niewidzenia się, rozmowa po zerwaniu z narzeczoną, czy też ta o oczekiwaniach i dojrzewaniu, dorastaniu. A ta końcowa… Cudowne, przemyślane, mądre sceny. Tak samo zresztą, jak i cały spektakl.

TCHNIENIE_galeria_13_fot. Tomasz Urbanek_East_News
Fot. Tomasz Urbanek / East News / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego.

„Tchnienie” skradło moje serce powolutku, niepostrzeżenie. Byłam tam razem z bohaterami, czułam z nimi, każdy ich krok był moim. Mądry, przejmujący, aktualny i pełen podstawowych życiowych pytań tekst. Delikatne, pełne wrażliwości podejście reżysera. Wspaniała, porywająca gra aktorska. Jak dla mnie jest to najlepsza premiera od dawna w tym teatrze. Brakowało takiego spektaklu! A Grzegorz Małecki tak udanym debiutem intryguje i skłania do tego, by przyglądać się rozwojowi tej części jego kariery. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że aktorem jest doskonałym, może i reżysersko poradzi sobie równie świetnie? O tym przekonamy się w przyszłości, a na razie zapraszam wszystkich do oglądania „Tchnienia” – to jest naprawdę poruszający, interesujący spektakl, który warto poznać!

Reklamy

Na co do teatru? Podsumowanie roku 2017

dav

Na przełomie roku, gdy napisałam, że w 2017 r. byłam jakieś 90 razy w teatrze, odezwały się głosy, bym opublikowała listę obejrzanych spektakli i napisała, które najbardziej polecam. Długo nie chciało mi się za to zabrać, aż w końcu trafiła się prawie wolna niedziela, podejmuję więc próbę podsumowania. Niepełną, bo części nagłych wyjść (tych, na zasadzie: hej, może skoczymy dzisiaj na wejściówki?) nie mam zapisanych w kalendarzu, więc lista obejmie mniej spektakli, niestety. A pod listą spróbuję wybrać te najciekawsze do zobaczenia.

  1. Pożegnania – Teatr Narodowy
  2. Zofia – Teatr Polonia
  3. Złodziej – transmisja National Theatre Live
  4. Taksówka – Teatr Soho
  5. Romeo i Julia – Teatr Buffo
  6. Anda – Teatr Polski
  7. Sługa dwóch panów – Teatr Dramatyczny
  8. Gogol – Warszawskie Centrum Pantomimy / Teatr Dramatyczny
  9. Prapremiera dreszczowca – Och-Teatr
  10. Madame de Sade – Teatr Narodowy
  11. Wbrew swej woli – Teatr Soho
  12. Ghost town – Teatr Ochoty
  13. Sodoma i Gomora – Teatr Ochoty
  14. Metoda – Teatr Polonia
  15. Boylesque & Burlesque Show – Teatr Druga Strefa
  16. Spacerowicz – online – Ninateka
  17. Matka Courage i jej dzieci – Teatr Narodowy
  18. Tramwaj zwany pożądaniem – Teatr Bagatela w Krakowie
  19. Biała bluzka – Och-Teatr
  20. Klaps! 50 twarzy Greya – Teatr Polonia
  21. Śluby panieńskie – Teatr Narodowy
  22. Ożenek – Teatr 6. piętro
  23. Kordian – Teatr Narodowy
  24. Dziady – Teatr Narodowy
  25. Cesarz Kaligula – Teatr Bagatela w Krakowie
  26. Tartuffe – Teatr Narodowy
  27. Sen nocy letniej – transmisja National Theatre Live
  28. Szczęśliwe dni – Teatr Dramatyczny
  29. Cabaret – Teatr Dramatyczny
  30. Zbójcy – Teatr Narodowy
  31. Tajny Dziennik – Teatr Dramatyczny
  32. Wyspa – Teatr Piesń Kozła – Warszawskie Spotkania Teatralne
  33. Jesus Christ Superstar – Teatr Rampa
  34. Iwona księżniczka Burgunda – Koprodukcja Theatre of Nations (Moscow) i TR Warszawa – Warszawskie Spotkania Teatralne
  35. Harper – Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach – Warszawskie Spotkania Teatralne
  36. Białe małżeństwo – Teatr Narodowy
  37. Tango – Teatr Narodowy
  38. Przyszedł mężczyzna do kobiety – Teatr Mazowiecki
  39. Ruby – Teatr WARSawy
  40. Nasza klasa – Teatr Dramatyczny
  41. Gogol – Warszawskie Centrum Pantomimy / Teatr Dramatyczny
  42. Shirley Valentine – Teatr Polonia
  43. Agua de lagrimas – Warszawskie Centrum Pantomimy / Teatr Dramatyczny
  44. Garderobiany – Teatr Narodowy
  45. W mrocznym, mrocznym domu – Teatr Narodowy
  46. Opowieść zimowa – Teatr Narodowy
  47. Mam tak samo, jak ty – Teatr Trzy Rzecze
  48. Promieniowanie – Teatr Kwadrat
  49. Królowa Margot – Teatr Narodowy
  50. Plastiki – Teatr Dramatyczny
  51. Romeo i Julia – transmisja Comedie Francaise
  52. Gorset – Warszawskie Centrum Pantomimy
  53. City lightsMiędzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu / Teatr Dramatyczny
  54. Wieczór współczesnej pantomimy – Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu / Teatr Dramatyczny
  55. Lost hotel – Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu / Teatr Dramatyczny
  56. Plan lekcji – Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu / Teatr Dramatyczny
  57. Szkoła błaznów – Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu / Teatr Dramatyczny
  58. Vai vem – Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu / Teatr Dramatyczny
  59. W mrocznym, mrocznym domu – Teatr Narodowy
  60. Kinky boots – Teatr Dramatyczny
  61. We keep coming backSelfconscious Theatre / Teatr Dramatyczny
  62. Szalbierz – Teatr Dramatyczny
  63. Noc żywych Żydów – Teatr Dramatyczny
  64. Konstelacje – Teatr Polonia
  65. Cabaret – Teatr Dramatyczny
  66. Młody Stalin – Teatr Dramatyczny
  67. Słoneczna linia – Teatr Polonia
  68. Miarka za miarkę – Teatr Dramatyczny
  69. Zagraj to jeszcze raz, Sam – Teatr 6. piętro
  70. Pomoc domowa – Och-Teatr
  71. Kotka na gorącym blaszanym dachu – Teatr Narodowy
  72. Pomoc domowa – Och-Teatr
  73. Fortepian pijany – Teatr Narodowy
  74. Marcel – Warszawskie Centrum Pantomimy / Teatr Dramatyczny
  75. Piloci – Teatr Roma
  76. Miarka za miarkę – Teatr Dramatyczny
  77. Gogol – Warszawskie Centrum Pantomimy / Teatr Dramatyczny
  78. Twórcy obrazów – Teatr Narodowy
  79. Pod sennym szerszeniem – Klub Komediowy
  80. Król Edyp – Teatr Dramatyczny
  81. Wzrusz moje serce – Teatr Dramatyczny
  82. 32 omdlenia – Teatr Polonia
  83. Oniegin – Teatr Wielki Opera Narodowa
  84. Weekend z R. – Och-Teatr
  85. Notre Dame de Paris – Teatr Muzyczny w Gdyni
  86. Śluby panieńskie – Teatr Narodowy
  87. Fredraszki – Teatr Narodowy (chyba dwa razy, ale nie mogę znaleźć potwierdzenia)
  88. Iwona, księżniczka Burgunda – Teatr Narodowy

Do tego czytanie performatywne „Dziennika z podróży do Rosji” oraz lekcja teatralna w Teatrze Narodowym. Więcej konszachtów z teatrami nie pamiętam 😉 Ciekawe, o czym zapomniałam?

Nadszedł ten straszny moment – wybór. Trudny, więc porobiłam kategorie! Nie umieszczam na liście jednorazowych występów oraz spektakli, które w międzyczasie zdjęto z afisza.

Poza listami – zawsze warto (jak bardzo warto!) pójść na spektakle Warszawskiego Centrum Pantomimy. Jak widzicie na liście powtarzają się wielokrotnie i powtarzać będą, bo to magia w najczystszej postaci – cudownie przygotowane i zagrane, nie będę się rozpisywać, polecam tylko z całego serca, idźcie i oglądajcie! Mały urywek mych zachwytów znajdziecie TUTAJ. W tej kategorii umieszczę też z rozpędu wszystkie spektakle obejrzane w ramach festiwalu, większość wystąpień cudowna, niektóre genialne, zdecydowanie warto było poświęcić wszystkie te wieczory na ich obejrzenie.

Lista top of the top, czyli spektakle, które oglądałam wiele razy i oglądać będę do momentu zdjęcia z afisza. Poza Shirley, bo to dopiero raz i teraz intensywnie poluję na kolejne:

Lista „świetne, ale nie jest łatwe, zabawne i rozrywkowe”, czyli spektakle, które zachwycają, niektóre nawet miewają zabawne momenty, ale generalnie raczej są gorzkie, pokazują tę szarą czy też wręcz mroczną stronę życia, a jednocześnie są tak dobre, że warto je oglądać:

Lista „lżejsze, ale nie głupie”, czyli spektakle, gdzie bywa gorzko i mrocznie, ale generalnie jest lekko i przyjemnie. Lub wyłącznie lekko i przyjemnie. I również są bardzo dobrej jakości:

  • Kinky boots
  • Śluby panieńskie
  • Notre Dame de Paris
  • Pomoc domowa
  • 32 omdlenia
  • Sługa dwóch panów
  • Konstelacje
  • Piloci

Jak widać: nie wyszły mi listy „top 5”, cóż ja na to poradzę – albo mam za miękkie serce, albo za dużo dobrych rzeczy grają 😉 W każdym razie mam nadzieję, że się skusicie na chociaż kilka z nich. Część można też oglądać online. Miłego oglądania!

Fredro vs Fredro

teatr narodowy teatr 6 pietro

Ryzykantka? Chyba tylko tak mogę określić moją postawę, bo łasić się porównanie Fredry z Fredrą, wersji z Teatru Narodowego i z Teatru 6. piętro może tylko ryzykant. Cóż… Odrobina ryzyka w życiu nie szkodzi, do dzieła więc!

W ciągu jednego miesiąca miałam okazję obejrzeć tę samą sztukę w dwóch różnych adaptacjach. Najpierw był to „Mąż i żona” w reżyserii Jana Englerta (Teatr TVP, do obejrzenia TUTAJ), potem ponownie fragmenty tej sztuki w tej samej reżyserii w Teatrze Narodowym w przecudownych „Fredraszkach”, a na koniec „Fredro dla dorosłych – mężów i żon” w Teatrze 6. piętro. Sztuka tak samo cudowna, ale jakże inaczej zinterpretowana i zagrana!

Fabuła jest prosta: mąż, żona, przyjaciel – uczeń męża, służąca – przyjaciółka żony. Cztery osoby, a jakże skomplikowane relacje między nimi! Znudzona żona – Elwira – romansuje z przyjacielem domu – Alfredem. Ten z kolei z wielkim zapałem uwodzi służącą – Justysię, która jednocześnie jest obiektem gorących uczuć ze strony pana domu – Wacława. A komu sprzyja Justysia? To musicie sprawdzić sami! Jak widzicie pole do popisu jest, tyle możliwych szarad, zwodzenia, prób znalezienia alibi, udawania, tyle emocji, można dać popis gry aktorskiej!

Jan Englert przeniósł akcję do czasów dwudziestolecia międzywojennego (może ze względu na słynną swobodę obyczajów tamtego okresu?), a Eugeniusz Korin umieścił akcję w czasach współczesnych. Jednakże patrząc na całokształt obydwie zmiany czasowe nie wpływają miażdżąco na adaptacje. No, może u Korina gra ciałem, seksualność jest mocniej podkreślana i używana niż u Englerta. Poza tym różnią je tylko gadżety stosowane w trakcie gry. Scenografia zresztą to w tym przypadku sprawa wtórna, główna różnica leży w grze aktorskiej i reżyserii.

mąż i żona Englert Ścibakówna Suszyńska MałeckiWersja Englerta to Fredro jednocześnie dopracowany, zabawny, przejmujący i wciągający. To satyra, momentami farsa, ale ciągle elegancka i pełna wdzięku, urocza. To rozgrywka pełna pasji, namiętności, bezlitośnie odsłaniająca ludzkie przywary i słabości. Jan Englert jako Wacław jest nim w każdym aspekcie, gra wyśmienicie i z klasą. Beata Ścibakówna jest żywą osobą, a nie karykaturą znudzonej kobiety w starszym wieku opętanej miłością do młodszego mężczyzny. Milena Suszyńska świetnie sobie radzi z przewrotną rolą Justysi, wdzięcznej, pełnej seksapilu młodej służącej. A Grzegorz Małecki wyśmienicie sobie poradził w roli flirtującego bez ustanku, momentami bezlitosnego uwodziciela i uwodzonego.

Wersja telewizyjna ma jeden jedyny mankament – jest zbyt krótka. To cacuszko pod każdym względem.

ścibakówna małecki suszyńska fredraszkiFragmenty tejże sztuki są też częścią „Fredraszek” (o których pisałam TUTAJ) – przecudownej urody zabawa tekstami Fredry, połączona z refleksjami dotyczącymi samego autora i jego prac. „Mąż i żona” w tej interpretacji jest bardziej komediowy, lżejszy, bardziej swawolny, zmysłowy, rozkosznie zabawny. Tu więcej jest mrugania okiem w kierunku widza, więcej gry ciałem i mimiką. Jest to wersja lżejsza od tej z Teatru Telewizji, bliższa farsie z elementami erotyku.

fredro dla doroslych mezow i zon

„Fredro dla dorosłych – mężów i żon” to zdecydowanie bardzo współczesna adaptacja, nie tyle pod względem scenografii, co reżyserii i gry. Tu już nie ma lekkości i subtelnej zmysłowości, tu jest rubaszność, wręcz dosadność. To już mocno, wyraziście zagrana farsa, wręcz ocierająca się o groteskę. Tu tekst nie jest najważniejszy, równie istotna jest cielesność. Wiele tu łapania za różne części ciała, namiętności, zmysłowości. Aktorzy grają też bardzo wyraziście pod względem mimiki i głosu – te wszystkie miny i minki, gestykulacja, sposób poruszania się po scenie, dźwięki. To wszystko stwarza Fredrę w wersji mocno przerysowanej, momentami można mieć wrażenie, że obserwujemy stado zwierząt lub grupę jaskiniowców.

Ale żeby była jasność – to jest fajna wersja, szczególnie jeżeli chcemy się serdecznie uśmiać i zabawić na bardzo lekkim, nie wymagającym poziomie. Świetnie zagrane, ukłon tutaj szczególnie w stronę genialnej Jolanty Fraszyńskiej (jej Elwira to majstersztyk przerysowanej histeryczki doprowadzającej publiczność do salw śmiechu) oraz Michała Żebrowskiego (który jest jak wino – im starszy, tym lepszy, na dodatek odkryłam go tutaj pierwszy raz w roli tak mocno komediowej i zachwycił mnie zdecydowanie!).

Podsumowanie?

Mnie zdecydowanie bardziej uwodzi subtelniejsza, pełna uroku i nonszalancji wersja Jana Englerta. Ale obydwie bardzo mi się podobały, każda przemówiła do mnie w inny sposób, cieszę się, że je widziałam i mogłam porównać. Dzięki temu mogłam tę samą sztukę odkrywać na różnych poziomach i w różny sposób. I za to kocham Warszawę, za tak wiele możliwości.

A wszystkim, niezależnie od tego, gdzie mieszkacie, polecam obejrzenie online Teatru Telewizji, bawcie się tak dobrze, jak ja!

Uwodzicielski, zabawny, melancholijny Fredro ("Fredraszki" – Jan Englert)

Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński
Katarzyna Gniewkowska, Piotr Grabowski. Fot. Krzysztof Bieliński

Idąc na „Fredraszki” już po obejrzeniu cudownych „Ślubów panieńskich” spodziewałam się świetnej zabawy. A dostałam? Majstersztyk, mówię Wam, moi drodzy, majstersztyk!

Mam wrażenie, że w teatrach komedia jest widziana mało pozytywnie. Szczególnie w teatrach na wysokim poziomie, tych mniej komercyjnych. Podchodzi się do tego gatunku z nieufnością i na niektórych scenach możemy ją zobaczyć rzadko. Dlatego tak się cieszę, że Jan Englert zdecydował się wystawić „Fredraszki”! To znakomita kombinacja dialogów z różnych sztuk Fredry, to zabawa słowem, postaciami, konwencją. Tu znajdzie się miejsce na odrobinę melancholii, wiele humoru, a także mrugania okiem do widza. Wyśmienity miks!

Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński
Jan Englert, Milena Suszyńska. Fot. Krzysztof Bieliński

Połączenie sztuk Fredry splata się w pełną życia opowieść o ludzkiej naturze. Piękną klamrą łączy je postać Fredry, po części obserwującego postaci ze swoich sztuk, po części ingerującego w to co się dzieje, a także snującego refleksje na temat swej twórczości. Niesamowite jest to, że przy tworzeniu sztuki udało się chyba pozostać tylko i wyłącznie przy cytatach z Fredry, nie wydaje mi się, by cokolwiek zostało tam dopisane. Świetnie dopracowane!

„Fredraszki” błyszczą, uwodzą, bawią. To pełne uroku przedstawienie, tak bliskie każdemu z nas poprzez uniwersalność poruszanych tematów. Są pełne zmysłowości, bezpruderyjne, bardzo jasno pokazujące wręcz, że „nic co ludzkie nie jest nam obce”. Jednak nie jest tylko zabawnie, tylko lekko i przyjemnie. Niespostrzeżenie w akcję wplata się melancholia, refleksja nad życiem, nad twórczością Fredry, nad bohaterami. Jednakże nie pozwolono nam skończyć wieczoru w smutku, zakończenie zaskakuje i zachwyca. A summa summarum? Wdzięk, swoboda, świetne aktorstwo i wyśmienity język – to połączenie sprawia, że nie można wyjść z teatru nie podbitym, nie zachwyconym.

Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński
Grzegorz Małecki, Beata Ścibakówna. Fot. Krzysztof Bieliński

Obsada tej sztuki sprawiła się wyśmienicie, jakież to było lekkie, swobodnie zagrane, przekonujące! Jan Englert jest narratorem doskonałym – obserwuje, niezauważalnie przewodzi i puentuje, czasami uroczo błyska dowcipem, innym razem popada w melancholię, rozważa. Przeuroczo niezdecydowany Mateusz Rusin (jako Wacław), rozdarty między niewinną, odkrywającą uroki miłości Pauliną Korthals a doświadczoną, namiętną, zmysłową Katarzyną Gniewkowską. Beata Ścibakówna jako niewierna, zaniedbywana żona, egzaltowana kochanka oraz jej mąż, również niewierny Piotr Grabowski. Milena Suszyńska jako femme fatale, pełna seksapilu, świadoma swej władzy, urocza pokojówka tego małżeństwa. Grzegorz Małecki jako niestały kochanek – nonszalancki, uwodzicielski, daje popis aktorstwa w tejże przerysowanej konwencji. Ach, i jeszcze Krzysztof Wakuliński jako Papkin – na początku śmieszny, momentami żałosny w swej megalomanii, z czasem coraz smutniejszy, wpadający w rozpacz, łapiący za serce. Wszyscy pokazują, że ekipy Narodowemu mogą pozazdrościć wszystkie inne teatry, to creme de la creme polskich scen teatralnych.

Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński
Na pierwszym planie: Krzysztof Wakuliński, Jan Englert; na drugim planie: Paulina Korthals, Katarzyna Gniewkowska, Beata Ścibakówna, Mateusz Rusin, Piotr Grabowski, Milena Suszyńska, Grzegorz Małecki. Fot. Krzysztof Bieliński

„Fredraszki” podobały nam się tak bardzo, że musiało to być chyba mocno widoczne nawet dla aktorów, nasze reakcje i entuzjazm zebrały wręcz pochwałę od jednej osoby z obsady! To chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo sztuka potrafi wpłynąć na widza!

Polecam ten spektakl z całego serca! Ja tylko czekam na to, aż pojawi się w jesiennym repertuarze, by kupić bilety i obejrzeć go jeszcze raz. I jeszcze…

Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński
Mateusz Rusin, Paulina Korthals. Fot. Krzysztof Bieliński

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Bulwersująca kotka? ("Kotka na gorącym blaszanym dachu" – Grzegorz Chrapkiewicz)

edyta olszówka, grzegorz małecki
Edyta Olszówka, Grzegorz Małecki

Kameralna scena. Półmrok. Wyraźnie widzimy tylko łóżko i lustrzane drzwi. I kobietę, piękną, seksownie ubraną i… nieszczęśliwą. Nie radzącą sobie z rzeczywistością. Samotną. Odrzuconą. Rozhisteryzowaną. Rozchwianą psychicznie. Desperacko kochającą swego męża, ale nie potrafiącą odzyskać jego miłości. Tak bardzo, przeraźliwie samotną!

Jest też i on – Brick. Też samotny, też nieszczęśliwy. I też nie radzący sobie ze światem i samym sobą. Jednakże o ile Margaret wszelkimi siłami pragnie go odzyskać, o tyle Brick próbuje o wszystkim zapomnieć, szuka tego „klika, który go uspakaja”, szuka go usilnie topiąc się w morzu alkoholu. Dni i noce spędzane za rozmytą mgłą upojenia. Próba zapomnienia, próba zniknięcia?

Gra między Brickiem a Margaret jest desperacka, pełna okrucieństwa, histerii, niechęci z jego strony, wszelkich prób z jej strony. Margaret za każdą cenę próbuje zmusić Bricka, by na nowo ją docenił, odkrył, pokochał, zauważył w niej kobietę. A Brick… On ma jej dosyć, nie chce na nią patrzeć, jest dla niej okrutny, wręcz agresywny. Ona histeryczka, on agresywny pijak. A co jest za tą fasadą?

Powoli odkrywamy kolejne warstwy tej relacji. Poznajemy ją także w głębszym kontekście, czy to rodzinnym, czy związanym z przyjaciółmi. Czy aby tylko przyjaciółmi? Są tu rozgrywki dotyczące władzy, pieniędzy, relacji międzyludzkich. Jest Duży Tata (Janusz Gajos), milioner, na którego majątek czyha starszy syn, którego ojciec zresztą… A nie, sprawdźcie sami!

To, co dzieje się w tej rodzinie jest mocno skomplikowane, wzbudza emocje, odrzuca, a jednocześnie stawia pytania. Bo czyż nie znamy wielu takich historii dookoła nas? Gdzie syn czeka na śmierć ojca, by przejąć majątek, ksiądz gładkimi słówkami próbuje wyciągnąć darowiznę, kobieta płacze z samotności, a mężczyzna topi rozpacz w alkoholu? Sytuacje tak znajome, że aż pewnie czasami boimy się sami do tej swojskości przyznać.

Janusz Gajos, Grzegorz Małecki
Janusz Gajos, Grzegorz Małecki

Spektakl buzuje od emocji, nie ma w nim momentu, w którym widzowie nie byliby wystawieni na próbę, gdy mogliby się uspokoić, czy wręcz znudzić. O nie, tutaj macie złość, krzyk, przemoc, przekleństwa, seks, odrzucenie, niezrozumienie i wiele więcej. To istny rollercoaster emocji!

Edyta Olszówka na początku mnie zniechęciła, była dla mnie zbyt rozchwiana, zbyt desperacka, zbyt histeryczna. Jednak powoli dobiła się do mojego serca, zaczęłam ją rozumieć i jej współczuć. Jednakże końcówka spektaklu do mnie nie przemówiła, no ale tutaj nie mogę mieć pretensji do aktorki. Ona sama bardzo dobrze się spisała, była wiarygodna w swej roli, a do tego bardzo seksowna, podejrzewam, że większość panów na widowni nie mogła od niej oderwać wzroku, a część pań bardzo jej zazdrościła 😉

Na początku myślałam coś w stylu „No to Grzegorz Małecki sobie tutaj nie pogra…”, ale bardzo się cieszę, że się myliłam. Ma niełatwą rolę do odegrania, bohatera niejednoznacznego, pełnego wątpliwości i niechęci, również niechęci do samego siebie. Wściekłość w nim buzuje, nie wybucha tylko wtedy, jeżeli jest zostawiony sam na sam z butelką. A jak na złość wszyscy czegoś od niego chcą – miłości, dziecka, posłuszeństwa, uwagi, wyrozumiałości. A przed nim dwie najważniejsze rozgrywki – z Margaret i z Dużym Tatą. Jak to się skończy?

Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos
Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos

Janusz Gajos i Ewa Wiśniewska jako Duży Tata i Duża Mama to majstersztyk. Świetne pokolenie aktorów, stara dobra szkoła. Porywają, angażują uwagę widza, chwytają za serce. A pan Gajos dodatkowo ma w tym spektaklu świetną rolę, bohatera przerysowanego, ale cudownie barwnego, z charakterkiem.

„Kotka na gorącym blaszanym dachu” to świetna sztuka ku zastanowieniu, refleksji. Porywa, przeraża, zniechęca, odrzuca. Dużo w niej elementów, które mogą być dla niektórych niemile widziane – początek ocieka seksem, dużo tam przekleństw, przemocy, a jeszcze ten wątek Skippera… To może być dla niektórych zbyt wiele. Zresztą wczoraj dwie osoby wyszły w trakcie sztuki, chyba przekroczyła ona ich normy, wprowadziła ich poza tzw. „strefę komfortu”, zbulwersowała. A i tak na zakończenie aktorzy wychodzili trzykrotnie, dostali owację na stojąco, to pokazuje, jak mocno porusza widownię!

Kotka6

Ja po wyjściu miałam mętlik w głowie, nie potrafiłam jasno ocenić ani głównych bohaterów, ani tego, co się wydarzyło na scenie. A na zewnątrz szalała burza z piorunami, jakże adekwatnie do tego, co się dopiero wydarzyło…

PS. Żałuję, że gdy kupowałam bilety nie wiedziałam, że 29 maja będzie setne przedstawienie, kupiłabym bilety na ten dzień.

PPS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Nic dwa razy się nie zdarza… ("W mrocznym, mrocznym domu" – Grażyna Kania)

Gdy robi się jasno widzimy mur obrośnięty bluszczem. I scenę wypełnioną żwirem. Prosto, wręcz ascetycznie. Na scenie pojawia się dwóch mężczyzn, zaczynają dziwną rozmowę, a widzowie zostają krok po kroku wciągnięci w przedziwną, mroczną historię…

W_MROCZNYM_galeria_2
Marcin Przybylski (Drew). Fot. Andrzej Wencel

Drew (Marcin Przybylski) to imprezowy król życia. Bogaty prawnik, spędzający czas wolny na imprezach pełnych używek i chętnych do poznania bawidamka kobiet. A w domu czekają dzieci i żona, wiecznie udająca, że nic nie widzi. Jakże wygodny układ, który jednak nagle rozbija wypadek. Drew kasuje auto, okazuje się, że naturalnie był pod wpływem alkoholu, z narkotykami w wozie, zostaje więc skierowany na przymusową terapię, która ma zadecydować o jego dalszych losach.

W trakcie terapii wychodzi na jaw pewne zdarzenie z przeszłości, które może mocno wpłynąć na ostateczny jej wynik oraz decyzję sądu. Ktoś musi więc potwierdzić te dawne wydarzenia, do ośrodka zostaje więc wezwany brat Drew – Terry (Grzegorz Małecki). I zaczyna się gra!

Najpierw nie wiemy, co myśleć. Jeden z braci ostro nabroił i nie wydaje się fajnym człowiekiem, ale jednocześnie można mieć wrażenie, że to wszystko go jednak zmieniło i próbuje nadrobić błędy przeszłości. Szczególnie, gdy wyznaje, że był jako dziecko molestowany przez ich wspólnego znajomego – Todda. To właśnie o tym, że tenże znajomy istniał, ma zaświadczyć Terry. To wyznanie robi na starszym bracie wielkie wrażenie, dochodzi do gwałtownej kłótni, w trakcie której zaczynamy głębiej poznawać przeszłość tej rodziny i zastanawiać się nad relacjami, jakie między nimi istnieją.

grzegorz malecki terry
Grzegorz Małecki (Terry). Fot. Andrzej Wencel

Natomiast Terry, hm, Terry to postać szczególna. Na początku wydaje nam się tylko wycofany, samotny i pełen wściekłości. Gniew w nim płonie, widać go w spojrzeniach, gestach, zatrzymaniach w trakcie mówienia, mimice. Spala się od środka, widać, że od lat coś go dręczy, nie daje spokoju. Jednakże ciągle nie jest nam dane dowiedzieć się co to. Wiadomość o molestowaniu przyjmuje z niewiarą. Nie ufa bratu, wie, że Drew jest patologicznym kłamcą, jednak mimo wszystko zgadza się poświadczyć o wydarzeniach z przeszłości. A później rusza w podróż…

Na polu minigolfa Terry spotyka Jennifer (Milena Suszyńska), słodką i naiwną córkę Todda. W rozmowie z nią dowiaduje się kolejnych nowości o przyjacielu z dzieciństwa. Jego obraz zmienia się coraz bardziej w umyśle Terry’ego, a cała ta sytuacja związana z bratem i przyjacielem-pedofilem coraz bardziej wpływa na mężczyznę. Jednocześnie obserwujemy pełną erotyzmu grę między Terrym a Jen, grę o tyle symboliczną, że on sam jest teraz dojrzałym mężczyzną koło 40-tki, a ona ma lat 16. Ich rozmowa z każdą minutą staje się coraz bardziej dwuznaczna, a końcówka sceny zostawia widzów z pytaniem – jaki był koniec tego pulsującego erotyką spotkania?

terry jennifer milena suszynska

Ostatnia część powala. Zaczyna się niewinnie. Drew zakończył terapię, świętuje to z rodziną i znajomymi. Terry, wieczny obserwator stoi z boku i czeka na to, aż brat raczy go zauważyć. A gdy tak się dzieje następuje scena oczyszczenia, swoistej spowiedzi, tak bolesnej, przejmującej, że nie można oderwać oczu. W końcu poznajemy szczegóły przeszłości Terry’ego, rozumiemy jak bardzo był przez całe życie obciążony psychicznie i jak bardzo wpłynęło to na to, jaki teraz jest. Zmienia się także nasze postrzeganie Drew, ich wzajemnej relacji. Straszliwie poruszająca scena, powalająca siłą emocji!

Ta adaptacja to czysty minimalizm. Scenografia, muzyka, wszystko jest bardzo ascetyczne, jednocześnie podkreślające siłę przekazu. Te oddzielające sceny dźwięki potęgujące grozę, ten oddalający się mur z bluszczu, który jakby symbolizował odkrywanie kolejnych tajemnic z przeszłości, wyśmienite!

Ale to, co najważniejsze w tej sztuce, to gra aktorska. Za pierwszym razem (tak, szalona ja, widziałam ją wczoraj po raz drugi!) mą uwagę najbardziej przykuł duet męski, czyli Marcin Przybylski i Grzegorz Małecki. To oni rządzili na scenie. Wczoraj za to najpierw zachwyciła mnie Milena Suszyńska, której wyśmienicie wychodzi odgrywanie tej uroczej nastoletniej trzpiotki, a później ponownie Grzegorz Małecki. To, jak zagrał, szczególnie w ostatniej scenie, to mistrzostwo świata, dał z siebie wczoraj chyba 1000%! Grał, jakby miał się spalić w ogniu odgrywanej postaci, kompletnie zatraciłam granicę między aktorem a bohaterem i w końcówce czułam najczystszą litość dla Terry’ego. To, co się działo na scenie chwytało za gardło, wyduszało łzy nie tylko w oczach bohatera. A to ostatnie puste, przerażające spojrzenie…

marcin przybylski drew grzegorz malecki terry
Marcin Przybylski (Drew). Fot. Andrzej Wencel

„W mrocznym, mrocznym domu” to doskonała adaptacja sztuki Neila LaBute’a. To swoiste drwina z terapii, a jednocześnie właśnie psychiczne katharsis bohaterów. Świetna sztuka z obsadą, która gwarantuje trzęsienie ziemi. Wieloznaczna, pełna możliwości interpretacji, z otwartym zakończeniem, o które można się posprzeczać. Kto był katem, a kto ofiarą?

Polecam!

PS. Zdjęcia pochodzą z materiałów Teatru Narodowego.

Nie wierzę w to, co piszę! ("Dziady" – Eimuntas Nekrošius)

dziady teatr narodowy

Tak, jestem jedną z tych osób, która szkolne omówienie (i paskudnie słaba interpretacja objazdowej grupy teatralnej) na długie lata zniechęciły do „Dziadów” Mickiewicza. I nie spodziewałam się, że kiedykolwiek odzyskam dla siebie to dzieło. A już tym bardziej nie spodziewałam się, że stanie się to za sprawą wizji Litwina – Eimuntasa Nekrošiusa. A jak to się stało?

Jakiś czas  temu Kasia z bloga Moja Pasieka (wracaj do pisania!) zaczęła opowiadać mi o tym, jaka to niesamowita okazja się szykuje, gratka dla osób kochających teatr. I na dodatek, jaka tam będzie obsada! I tak od rozmowy do rozmowy, postanowiłam się zdecydować na zweryfikowanie mych wrażeń. A jeszcze dzięki łutowi szczęścia miałam okazję pójść na próbę generalną „Dziadów” w Teatrze Narodowym. Okazało się, że potrzeba było mi kogoś „z zewnątrz”, by odczarował mi ten dramat. I przepadłam…

W trakcie pierwszych scen nie byłam jeszcze pewna swoich odczuć, jeszcze ciągle tkwił we mnie ten cierń wbity przed laty, trzymał się mocno. Ale powoli, z każdą minutą spektaklu, czułam się coraz bardziej urzeczona, a koniec końców – podbita. Przez co?

Plastyczność obrazu, to zachwyciło mnie najpierw. Cały ruch sceniczny, scenografia, gra świateł, cieni, kolorów, ustawienie aktorów i rekwizytów. To wszystko wprowadzało nastrój wręcz magiczny, niektóre sceny były jakby namalowane pędzlem na płótnie, przepiękne! Gotowe obrazy, które ponoć były już w głowie reżysera przed rozpoczęciem prac. Na mnie zrobiło to wielkie wrażenie!

Scena z ptakami i Widmem Złego Pana – wyśmienita! Tak wiarygodnie zagrane, tak porywające i przejmujące, brawo! Scena w więzieniu, gdy jedni próbują tworzyć plan ratujący drugich, wsparta świetną scenografią robi duże wrażenie. Bardzo ciekawie zagrany jest też monolog Kacpra Matuli w Salonie Warszawskim. To zagubienie, pomieszanie emocji, ta szczera próba zwrócenia uwagi na wydarzenia dziejące się w Wilnie, moim zdaniem wyszło to temu wykonawcy bardzo dobrze.

 

Oprawa muzyczna zdobywała me serce delikatnie, na początku niezauważalnie, ale z każdą chwilą mocniej. Doskonale dobrana do treści i obrazu, chociaż przyznaję, że nie spodziewałabym się arii operowej czy śpiewającego Gustawa-Konrada! Muzyka Pawła Szymańskiego wspaniale rozbudowała nastrój całości.

Dużym plusem dla mnie było częściowe odejście od martyrologii polskiej, męczeństwa, rozpolitykowanych interpretacji. Reżyser postawił na poetyckość, czysty przekaz emocjonalny, symbolikę, metafory, łączność ze światem duchowym. Tu każdy może odczytać symbolikę scen czy scenografii według własnych potrzeb. Jedni zobaczą groby, inni pole golfowe, a jeszcze inni pewnie ciągłą walkę z życiem, wzloty i upadki. Co mnie zaskoczyło, to te momenty adaptacji, które mogą wręcz wywoływać uśmiech, ocierać się o groteskę. Im dalej w sztukę, tym ich więcej, to pewnie wzbudzi u części widzów sprzeciw, nazbyt jesteśmy przywiązani do męczeńskiej wizji tej sztuki.

Koncepcja reżysera umożliwiła pojawienie się dużej liczby symbolicznych scen. Nie wiem, na ile są to jego własne pomysły, na ile wkład aktorów, ale dodały one smaczków tej wersji. Ksiądz Piotr jako bocian szybujący nad skazańcami wędrującymi na Syberię, omdlały Konrad obłożony przez chciwych wydawców wydaniami „Dziadów” Mickiewicza, składający autografy (np. dla Słowackiego!), senator Nowosilcow recytujący dyszkantem mało znany wiersz Mickiewicza, Diabeł oznaczający pieczątką swe terytorium w trakcie egzorcyzmów, a przy zejściu ze sceny pokazujący wszystkim „fuck you”. I wiele, wiele innych, pewnie można tę wersję oglądać wiele razy i wyłapywać kolejne ciekawostki.

Pora jednak na meritum – aktorzy!

Tu trudno mi będzie być chociaż po części obiektywną, bo im częściej bywam w Teatrze Narodowym, tym bardziej cenię sobie jego ekipę, uważam, że – z tych teatrów, w których miałam okazję bywać – jest najlepsza. I tyle. Niedługo dotrzemy z kilkoma osobami do momentu, gdy założymy fanklub tego teatru i tej ekipy.

Ale przechodząc do rzeczy – z mniejszymi rolami rzucili mi się w oczy Arkadiusz Janiczek, wspomniany już Kacper Matula, Robert Jarociński (i jego tekst o lawie), aktorki z bardzo specyficzną rolą Dzieci, czyli Paulina Korthals i Paulina Szostak oraz Piotr Piksa. Oczywiście Mateusz Rusin jako ksiądz Piotr, wyśmienicie zagrana rola, uwierzyłam w jego rozterki, zazdrościłam niezłomnej wiary i chęci pomocy. Marcin Przybylski jako Guślarz/Diabeł niezmiennie świetny, bardzo mu ta rola pasowała, podobała mi się szczególnie wersja Diabła.

No i Grzegorz Małecki jako Gustaw-Konrad! Nie wiem, czy przesadzę, zobaczymy, co przyszłość przyniesie, ale mam wrażenie, że będzie to jedna z najlepiej zapamiętanych ról tego aktora. Wzruszająco nieporadny, ludzki, momentami rozdzierająco nieszczęśliwy, w innych chwilach wydaje się być jednocześnie pyszny i przekonany o swej wielkości, jak i w siebie nie wierzący. Konrad to bezradny i tragiczny, słaby i tak de facto nie wierzący w Boga.

„Dziady” w wersji litewskiego reżysera są dramatem przywróconym ludziom. Nie są tylko pomnikiem ku czci martyrologii, poświęcenia, patriotyzmu. Są przesłaniem od człowieka do człowieka, pełnym ludzkich uczuć, nie tylko tych marmurowo-stalowych, głównie zwyczajnych, codziennych.

Jeżeli ktoś z Was padł ofiarą podobnego zbiegu okoliczności, spróbujcie, może ta adaptacja i Wam odczaruje ten dramat? A ci, którzy kochają „Dziady” pewnie i tak się skuszą i pójdą porównać z innymi wykonaniami. I słusznie!

A ja czekam do 20 kwietnia, gdy wypada mój „planowy” termin (bilety kupiłam wtedy, gdy nie wiedziałam, że będę miała okazję oglądać próby) i doczekać się nie mogę, ciekawa jestem, jakie wtedy będą moje wrażenia!

A do tej pory zostaję z wizją Konrada i jego improwizacji…

Czym jest me czucie?
Ach, iskrą tylko!
Czym jest me życie?
Ach, jedną chwilką!
Lecz te, co jutro rykną, czym są dzisiaj gromy?
Iskrą tylko.
Czym jest wieków ciąg cały, mnie z dziejów wiadomy?
Jedną chwilką.
Z czego wychodzi cały człowiek, mały światek?
Z iskry tylko.
Czym jest śmierć, co rozprószy myśli mych dostatek?
Jedną chwilką.
Czym był On, póki światy trzymał w swoim łonie?
Iskrą tylko.
Czym będzie wieczność świata, gdy On go pochłonie?
Jedną chwilką.

PS. Bardzo podoba mi się plakat, który można interpretować na wiele różnych sposobów.

PPS. Zdjęcia pochodzą z prób. Otrzymałam je dzięki uprzejmości Teatru Narodowego. Możecie je powiększyć kliknięciem.

PPPS. Polecam Wam dwa teksty profesjonalistów, warto je przeczytać: