Radości!

matka, dzieci, radosc, calus
Fot. Stuart Richards (flickr)

Krótko i zwięźle, bo goście w drodze, a ja jeszcze muszę skończyć to i owo:

Tym, którzy wierzą i świętują duchowo – odnowienia wiary, radości i refleksji duchowej.

Tym, którzy nie świętują – spokoju i radosnych dni wolnych.

Wszystkim bez wyjątku – bliskości i ciepła 🙂

Zatrzymane chwile #13

Styczeń. Pierwszych sześć dni leniwych, a potem… Zaczęło się szaleństwo! Dopiero teraz w pełni widzę, co zawiera się w mojej pracy i to jest niesamowite, ile tam się mieści! I tak, to oznacza, że w pracy znowu mam mało czasu dla blogerów, co już mniej mi się podoba. No ale cóż, życie! W każym razie – jak zwykle sporo się działo, chociaż zdjęć pojawiło się ciut mniej, niż zazwyczaj. Ale do dzieła!

Jak zwykle było mocno książkowo, to zawsze temat przewodni każdego miesiąca. No ale to raczej nikogo nie dziwi! Trochę prezentów, trochę czytania książek, które się naczekały, coś do pracy. Różnorodnie.

I jak zwykle – zdjęcia natury, bo takowe uwielbiam. Fantastyczny zachód słońca na różowo udało mi się złapać w drodze do lekarza. A ten pierwszy, z palmą, to wspomnienie sprzed pięciu lat, czyli z moich ostatnich „prawdziwych” wakacji. Pora pojechać na kolejne!

Pierwsze zdjęcie jeszcze ze świątecznej wizyty w domu rodzinnym. Tak wtedy wyglądała moja sypialnia. Drugie to niesamowity pomysł – czosnek w tubce! :> Dostałam od kierowcy BlaBlaCar, który zabrał mnie od Rodziców do Warszawy i na koniec obdarował prezentem – produktem, który rozprowadza. Obok niego symbol powrotu do pracy po dwóch tygodniach urlopu. A dolny rząd to tylko lenistwo i smakowitości w płynie.

Najpierw wydruki zdjęć z Instagrama, które otrzymałam w prezencie od firmy specjalizującej się nie w drukowaniu, a w wywoływaniu takich zdjęć. Kolejne zdjęcie to symbol wieczoru spędzonego w towarzystwie autora tej książki. Rezultatem była ta notka. Obok symbol mojego uzależnienia, staram się trzymać na wodzy, ale różnie z tym bywa. Na dole plakat filmu „Kingsman”, który serdecznie polecam, ubawiłam się całkiem nieźle! Ostatnia pogróżka, to ciekawa forma promocji książki.

W końcu obejrzałam „Ziarno prawdy”! Moim zdaniem bardzo udana ekranizacja, poza drobiazgami bardzo mi się podobała. Bardzo fajnie zrobiona, ze świetną muzyką. Obok przedziwny czarny rogal, bardzo smaczny zresztą, który upolowałam w supermarkecie i do dzisiaj zastanawiam się, z czego było zrobiony 😉 Następnie stos książek i audiobooków, który w ubiegłym tygodniu trafił do moich dzielnicowych bibliotek. Oraz symbol pisania notek na bloga, z inspirowaniem się pięknymi tulipanami.

I to tyle. Tym razem zdjęcia nie odzwierciedliły szaleństwa tego miesiąca. O dziwo!

Zatrzymane chwile #12

Grudzień – sporo pracy, trochę lenistwa. I obserwowanie, jak ludzie z furią, paniką i szaleństwem w oczach rozbijają się po sklepach, centrach handlowych i w komunikacji miejskiej. Jak dobrze, że ja w listopadzie mam wszystko kupione, i to w 80% online. Nic to, zbaczam z tematu…

Po pierwsze – Święta! Pierwsze zdjęcie pokazuje naszą roboczą choinkę, której jestem dumną współtwórczynią. Pozostałe to głównie ozdoby okołoświąteczne. I jedna, szczególna kartka, która dotarła do mnie z daleeeeka 🙂 Dzięki!

Po drugie – prezenty. Większość z nich nie trafiła na zdjęcia, ale cosik mam. Butelka wina + 3 rodzaje herbat dedykowane kanałom telewizyjnym: AXN Red, Black i White. Fajny pomysł! A obok kolejka, która mokła, czekając na odbiór zamówień w jednej z tanich księgarni internetowych. Następnie prezencik od Magazynu Książki. A na końcu książki, które dostałam od dwóch BiblioNETkołajów 🙂

Po trzecie – jak zwykle: książki. Wśród nich wiele z tych wyczekiwanych! „Miasto cieni”, nowe tomy w kolekcji „Angielski ogród”, ostatni tom heksalogii o Dorze Wilk. Dużo fajnych tytułów. A razem z książką Zucha zawitał u mnie Pleśniaczek z nieodłącznym kubkiem 🙂

I jak zwykle – garść różności. Pierwsze zdjęcie symbolizuje BlogoWigilię, która w tym roku była baaaaardzo udana. A na tym zdjęciu zebrali się – o dziwo nieźle reprezentowani – blogerzy książkowi. Obok zakupy, które zrobiłam na wyprzedaży poświątecznej. Rzadko, bo rzadko, ale czasami się zdarza chwila słabości – mniej więcej raz na rok pożeram jakiś fast food. Tym razem padło na KFC – przez notkę na blogu Zombie Samurai 😉

Dolny rząd otwiera symbol rozpieszczania się – książka, kawa i pyszności. Na środku widzicie zestaw gier „Saga Gothic”, który dostałam w prezencie od Segritty, gdy ta usłyszała, że mam ochotę wrócić do gier komputerowych. Szalona, co nie? 🙂 A na końcu spotkanie autorskie Marcina Wrońskiego.

Na koniec relacje pogodowe z czasu mego urlopu na wsi. Tam mam zawsze materiał do fajnych zdjęć 🙂

To już rok z podsumowaniami fotograficznymi. Jak uważacie – kontynuować? Lubicie je? A może są według Was zbędne?

PS. Przypominam o aukcjach na rzecz WOŚP – kilka książek do wzięcia 🙂

Świąteczny paradoks

boze narodzenie, swieta, milosc
Fot. Johan Hansson (flickr)

Co roku przeżywam to samo. Świąteczny paradoks.

Z jednej strony uwielbiam Święta przygotowywane w sposób, który od lat jest stosowany przez moich Rodziców. Tradycyjne potrawy, duuużo potraw, wypucowany dom, pełno ozdób, wielu gości (no, nie na Wigilię, ale później już tak), sporo objadania się.

Z drugiej strony chronicznie nienawidzę biegania, załatwiania „bo musi być”, kolejek, ludzi warczących na siebie w sklepach, autobusach etc. Latania ze szmatą, stania godzinami nad garami, a później kręgosłupa bolącego od stania nad zlewem. Wtedy zawsze zastanawiam się: po co?

Gdzie ten złoty środek? Jak znaleźć balans, szczególnie, gdy to de facto nie zależy ode mnie?

Na razie podążam za tradycją. Bo wiem, że gdy już Rodziców zabraknie (brrr…), to nie będzie nic, tradycja się zawali. Dlatego milczę, doceniam i czerpię z niej radość. Staram się tylko pacyfikować zapędy pod hasłem „a może jeszcze…” 😉

A jak to wygląda u Was?

Jakkolwiek spędzacie Święta – życzę Wam, by były dobre. A tym, którzy (teraz lub w ogóle) Świąt nie spędzają – spokoju i wypoczynku. Niech nam wszystkim dobrze będzie! 🙂

PS. A jeżeli ktoś nie czytał jeszcze tekstu „Święta o zapachu grzybowej” to serdecznie zapraszam do lektury!

Przy rodzinnym stole

jajka wielkanoc

Wielkanoc… Sama nie wiem dlaczego, ale te Święta zawsze kojarzyły mi się – paradoksalnie! – mniej uroczyście od Bożego Narodzenia. Chociaż, gdy teraz na to patrzę, to widzę, że to wcale nie jest prawda, ale tak mi się ugruntowało przez lata.

Pewnie chociażby dlatego, że często dookoła nas jest wtedy zwariowana wiosna. Wszystko kwitnie jak oszalałe, ptaki rozśpiewane wiją gniazda, koty się marcują, sadzonki w ogródku rosną, słońce grzeje. I jak w takiej scenerii zachowywać powagę i smutek? Dzieciak (czy też młodzież) ma ochotę biegać, skakać, cieszyć się życiem, a nie celebrować gorzkie żale. Tak ja to dawniej widziałam. Nawet wyprawa na drogi krzyżowe nie była tym, co robiłam chętnie w piątkowe popołudnia. Gdy zaczęłam dorastać, to doceniłam gorzkie żale.

Wielkanocą – jako dzieciak – zaczynałam się cieszyć w sobotę, gdy przystępowaliśmy do malowania jajek. Od wieków ta czynność należy do mnie – najpierw pod nadzorem Mamy, potem samodzielnie. Uwielbiałam ten moment, gdy zwykłe jajko przeistacza się coś prześlicznego, te intensywne kolory, ten błysk. A potem przygotowywanie święconki, która głodnego (bo przecież post) człowieka, idącego z nią do kościoła, doprowadzała na skraj wytrzymałości.

W sobotę zjeżdżała się też rodzina. Wielkanoc to czas, który spędza u nas zawsze brat mego Taty ze swoją rodziną oraz jeszcze drugi jego brat. Przy śniadaniu wielkanocnym siada więc u nas zawsze 9 osób, a w porywach duuużo więcej. Dzielenie święconki, składanie życzeń, a potem powolne śniadanie, tak zawsze wygląda u nas niedzielny poranek. Potem upychanie całej naszej bandy w samochodach i jazda do kościoła.

Gdy byliśmy mali, to był jeszcze dodatkowy aspekt. Zajączek zostawiał dla nas – w zależności od pogody – w ogródku lub gdzieś w domu koszyczki ze słodyczami i drobiazgami. Jakaż to była frajda to ich szukanie! A dorośli mieli chyba jeszcze więcej frajdy w kierowaniu nami na zasadzie „ciepło-zimno” lub w zgrywaniu nieświadomych 😉

A potem? Właściwie tylko i wyłącznie rodzinne przebywanie razem i tyle. Jeżeli pogoda dopisuje – spacery, jeżeli nie, to tłoczenie się w domu. Czasami odwiedzanie miejsc z przeszłości. Przyjmowanie wizyt rodziny Mamy. Trochę spokoju, trochę gwaru.

Ach, był jeszcze jeden niezmienny aspekt – w poniedziałek budzono nas wodą! Całe szczęście bez przesady, raczej symbolicznie, ale mimo tego – rozgrzane pięty opryskane zimną wodą zawsze gwarantowały szybką pobudkę 😉 Teraz właściwie już nic takiego się nie dzieje, ale przez lata była to rzecz pewna,  o której mój Tato zawsze pamiętał!

A ze spraw zupełnie prozaicznych, to przy okazji tych Świąt, zawsze pojawiał się z mej strony najwyższy podziw dla mojej Mamy. Bo pucowanie domu i gotowanie, to pewnie norma w większości domów, które Wielkanoc obchodzą. Ale moi Rodzice co roku zamawiają w sklepie mięsnym dosłownie pół świni i mięsne pyszności powstają u nas w domu. Szynka gotowana, schab pieczony, obiady takie i owakie, mięs do wyboru do koloru. Do tego sałatki domowej roboty i mnóstwo innych, własnoręcznie przygotowanych pyszności. Normalnie szał! Kiedyś jeszcze sama robiła wszystkie ciasta, ale od kilku lat mamy zaufaną osobę, która nam przygotowuje większość słodkości. U nas powstają tylko babki – gotowana i pieczona, które z kolei przygotowuje mój ojciech chrzestny. Tak prawdziwie tradycyjnej pod względem kulinariów Wielkanocy, to już chyba nie spotkam zbyt szybko!

Jako osoba dorosła inaczej już postrzegam te Święta, ale chyba ciągle bliższe są mi Święta Bożego Narodzenia, mimo tej wstrętnej zimy, na którą przypadają 😉

Tak czy siak – wszystkim tym, którzy Wielkanoc obchodzą życzę, by były to Święta dobre, spokojne, pełne bliskości i doceniania najmniejszych radości!

stół wielkanocny
Fot. Sandee Bisson

Święta o zapachu grzybowej

bombka

Moje Święta Bożego Narodzenia odkąd pamiętam mają zapach zupy grzybowej. Takiej domowej roboty, z masą grzybów zebranych własnoręcznie przez członków naszej rodziny. Takiej, która od rana pyrkocze na wolnym ogniu, pachnąc anielsko i wodząc cały dzień na pokuszenie. Takiej, którą jada się raz w roku.

Święta te są chyba najbardziej tradycyjnie obchodzonym Świętem w mojej rodzinie. Od zawsze jest 12 dań (ok., w małych ilościach i często symbolicznie liczonych, ale zawsze), jest sianko pod obrusem, jest miejsce dla zbłąkanego wędrowca.

Z dzieciństwa pamiętam ukochanego Dziadziusia, który przynosił odrobinę siana, a przy okazji opowiadał ukochanej wnuczce, co też mu opowiedziały zwierzęta po drodze. Pamiętam ojca chrzestnego, który pokazywał mi przemykającego Gwiazdora i razem ze mną szukał pierwszej gwiazdy.

Pamiętam też podekscytowanie całym ceremoniałem związanym z Bożym Narodzeniem. Chodzenie na Roraty, przygotowywanie na nie specjalnej latarenki, zbieranie puzzli i układanie obrazka, magiczne przejście przez ciemny kościół, którego światłem w tym momencie byliśmy tylko my – dzieci niosące latarnie.

A ubieranie choinki? Czekałam na to cały rok! Oplatanie jej lampkami, potem artystyczne i równomierne rozwieszanie ozdób, a następnie łańcuchy i lameta. I w końcu można westchnąć z satysfakcją komentując „jaka piękna!” i słuchając zachwytów rodziny.

Mama znajdująca czas na przygotowanie stroików świątecznych, wuj robiący przepyszne rolady z makiem, tata łuskający orzechy, brat zawieszający lampki na zewnątrz, to wszystko kojarzy mi się z przygotowywaniem tej atmosfery.

A potem opłatek i życzenia. Dzieci lub nestor rodu czytający odpowiedni fragment Pisma. I uczta, koniecznie rybno-warzywna, do dzisiaj nie przyjął się u nas zwyczaj mięsnej Wigilii. Pyszne śledzie w różnych wariacjach, dorsze, ryba po grecku, barszcz, grzybowa, kompot i masa innych pyszności.

Chwila na odsapnięcie i najmłodszy uczestnik Wigilii zostaje pomocnikiem Gwiazdora – rozdaje prezenty. Drobiazgi czy nie, wszystkie robione z myślą, by sprawić danej osobie radość, nie na odwal. I to też jest piękne, nie jest ważne co, ważne jest to, by wywołać uśmiech na twarzy obdarowanego.

A potem? Tu już dowolność. Pogaduchy, śpiewanie kolęd, jakiś fajny świąteczny film, zajadanie się ciastami, ciasteczkami, mandarynkami, nakarmienie zwierzaków opłatkiem i zapytanie, jak też im się z nami żyje. To powolny wieczór, spędzony w gronie najbliższych.

Czasami to też pójście na pasterkę, gdzie razem z tłumem ludzi pełną piersią śpiewało się kolędy. Jak ja lubię kolędy! Kojarzą mi się z radością i magią Świąt. A potem, powrót w środku nocy, skrzypiący i skrzący śnieg pod nogami, składanie po drodze życzeń sąsiadom.

I jeszcze tylko trzeba cichutko wskoczyć do kuchni, by przekąsić kawałek ryby czy też ociupinę zupy grzybowej. I można było z zadowoleniem wyciągnąć się w łóżku, popatrując na ustrojone lampkami drzewa za oknem…

Wszystkim to czytającym chciałabym życzyć prosto: by te Święta były takie, jakie chcecie by były, a Nowy Rok przyniósł Wam to, o czym marzycie. Niech Wam dobrze będzie!

choinka

PS. Zdjęcia wykonałam aparatem Samsung Galaxy S4 Zoom.

Święta z książką?

Rozłożyła mnie jakaś paskuda, jutro dowiem się, cóż to :/ Najpierw obstawiałam grypę, potem anginę, a teraz – sądząc po zatykającym dech i rozrywającym wnętrzności kaszlu – zapalenie oskrzeli. W każdym razie, Święta zapowiadają mi się rozkosznie! Bez siły, bez smaku, do kitu.

Nawet lektura zapowiada mi się mało świątecznie, bo dzisiaj zabrałam się za czytanie tej cegiełki (a to ponad 800 stron, co przy moim aktualnym tempie oznacza kilka dni czytania).

Zemsta

Ale, w razie, gdyby mi się odmieniło i chciałabym poczytać coś lekkiego i świątecznego, to co radzicie? „Święta z kardynałem” Fannie Flagg czytałam, „Noelkę” też. Nie wiem sama, co mam na stanie 😉

A co Wy planujecie czytać w najbliższych dniach? Widzę, że niektórzy szykują stosiki, inni będą czytać spontanicznie. A od czego zaczynacie?

To byłoby na tyle, nie mam siły na więcej pisania, idę zlec. Ależ jestem wściekła… Trzecia próba urlopu w tym roku, trzecia kicha! Chyba przestanę brać urlopy dłuższe, niż jeden dzień :/

PS. Zdjęcie wykonałam aparatem Samsung Galaxy S4 Zoom.