Zdrada i odkupienie ("Pan Ciemnego Lasu" – Lian Hearn)

shikanoko

Książę Opat nie żyje. Shikanoko po zwycięskiej walce ucieka w głuszę, jest przerażony tym, że jego magiczna maska jelenia wydaje się być teraz jednością z jego twarzą, nie może jej zdjąć, czuje się jak kuriozum, dziwoląg. Bohater i wybawca, którym chciano by go ochrzcić, znika na dziesięć lat.

W kraju narasta susza i niepokoje społeczne. Ludzie zaczynają coraz głośniej szemrać, że równowagę przywróci tylko odnalezienie zaginionego następcy tronu – księcia Yoshimoriego i posadzenie go na tronie cesarza. Tylko gdzie on jest? I czy zechce wrócić? Kto mógłby przeprowadzić taki zamach stanu? Shikanoko przecież zniknął w Ciemnym Lesie. A na świecie jest tylko jedna osoba, która może przekonać go do tego, by podjął się tej ryzykownej misji…

Pierwsza część jest powolna, snują się sieci między bohaterami, pajęczyna akcji tkana jest powolnie i uzupełniana przez szczegóły militarne, kulturowe, ekonomiczne. Chociaż głównie poznajemy bliżej tych bohaterów, którzy w tej dziesięcioletniej przerwie dorastali, dojrzewali, zyskali własne motywacje i doświadczenia. Stopniowo autorka prowadzi ich w kierunku finału, łączy ich losy, wyznacza im role, prowadzi do celu. W drugiej połowie akcja nabiera tempa, by zakończyć się interesującym finałem, którego w pełni nie zdołałam przewidzieć wcześniej. Fajną zagrywką jest też pojawienie się na mgnienie oka łącznika z drugim cyklem tej autorki.

Cztery tomy opowieści o Shikanoko i losach cesarstwa to ciekawa lektura, której orientalny, a do tego często mroczny, pełen przemocy i magii klimat zapewne trafi do gustu wielu czytelnikom. To opowieść z jednej strony o honorze, odwadze, dążeniu do celu, z drugiej pełna zdrady, nienawiści, przemocy. To lektura dla wszystkich osób otwartych na nowe literackie światy oraz oczywiście dla tych, którzy lubują się w orientalnych historiach. Mnie się podobało, świat przedstawiony w tym cyklu zaintrygował mnie i pochłonął dosyć mocno, mimo tego, że czytałam go w czasie bardzo intensywnym, pełnym wydarzeń. Polecam!

Nie mogę przemilczeć przecudownego wydania obu tomów, gratka! Niestety, nie mogę Wam pokazać razem obu tomów, bo jeden jest w Krakowie, a drugi u mnie, musicie mi uwierzyć na słowo, sprawdzić w księgarni lub wygooglować 🙂

Poszukując sprawiedliwości ("Cesarz Ośmiu Wysp" – Lian Hearn)

cow

„Opowieści rodu Otori” mam na półce od lat. Cierpliwie czekają na swoją kolej, marzy mi się dłuższy urlop, w trakcie którego usiądę i pochłonę pięć tomów jeden po drugim… Gdy jednak trafiła mi się okazja przeczytania początku nowego cyklu, postanowiłam spróbować, tym bardziej, że niesamowicie kusiło mnie to piękne wydanie. Jak wypadło moje pierwsze spotkanie z Lian Hearn?

Najpierw długo i powoli wchodzimy w zbudowany przez autorkę świat. Klimat średniowiecznej Japonii – władcy feudalni, cesarz, słudzy, duchy, magia, ofiary, ceremoniały – jest wciągający i interesujący. Do tego dostajemy zbiór bohaterów, którzy zdecydowanie będą oddziaływać na czytelnika.

Z jednej strony młodzieniec, który traci ojca w rozgrywce z nieczystymi siłami i którym ma się opiekować stryj. Jednakże dybie on na życie dziedzica, gdy chłopak umrze, to cały majątek trafi w jego ręce. Jednak Kazumaru udaje się przeżyć, trafia pod opiekę wielkiego czarownika i w tym momencie zaczyna się właściwie nowe życie chłopaka.

Z drugiej strony mamy pana Kiyoyori, starszego syna możnego rodu, który pragnie tylko spokojnie żyć. Jednakże decyzja ojca i głowy rodu jest nieubłagana – Kiyoyori ma „przejąć” żonę młodszego brata i jego majątek, stanąć po jednej stronie wielkiego stronnictwa, a młodszy brat ma wyjechać i wejść do drugiego stronnictwa możnowładców. W ten sposób zawsze jeden z nich będzie u władzy. Jednakże ojciec nie rozważył wszystkich skutków swej decyzji…

Do tego jeszcze mamy postać księcia opata, wielkiego pana, który jest mistrzem intryg i szpiegów, a który postanowił posadzić na tronie cesarstwa swego człowieka, nie patrząc na to, co taki ruch oznacza dla całego kraju. Przeprowadza zamach, jednakże kilkuletni następca tronu – Yoshimori – znika i nikt nie wie, co się z nim stało. A kraj stopniowo zaczyna odczuwać skutki decyzji opata, chaos i zniszczenie rozlewa się powoli na coraz szersze jego połacie.

A gdy dodamy do tego jeszcze pomniejsze postaci, które także wpływają na akcję, tych wszystkich mędrców, magów, ukochane kobiety, córki, żony, to robi się wielowarstwowa opowieść o pragnieniach, zemście, miłości, władzy i sprawiedliwości. Bardzo uniwersalna historia osadzona w bardzo szczególnym świecie, doskonała kombinacja.

Lian Hearn zdecydowanie potrafi snuć opowieści, tworzyć wciągający klimat i interesujący świat. Przeczytałam „Cesarza Ośmiu Wysp” z zainteresowaniem, oczywiście na początku trochę musiałam się oswoić z tymi wszystkimi nietypowymi dla nas nazwami i nazwiskami, ale później szło już jak po maśle. Na tyle, na ile mnie to oceniać, Hearn udało się wytworzyć ten swoisty klimat powieści związanych z Japonią, co bardzo mi się podobało, stęskniłam się za nim, ale właśnie w takim wydaniu, niekoniecznie w wydaniu tych wszystkich opowieści o kurtyzanach, których zalew na rynku przeżywaliśmy dobrych kilka lat temu.

Wydanie jest przepiękne, zobaczcie sami! Piękna, klimatyczna okładka, twarda oprawa, tasiemka zamiast zakładki i brzegi kartek farbowane na czerwono. Cudo!

Jedyny brak, jaki odczuwałam, to opis, jak ma się ten tom do całości. Po zerknięciu do Internetu już wiem, że MAG wydał dwa pierwsze tomy w jednym zbiorze i że niedługo otrzymamy kolejne dwa w następnym i tym samym cały cykl w polskim wydaniu zamknie się w dwóch tomach. To jest według mnie istotna dla czytelników informacja, która powinna być uwzględniona na okładce. Ale to jedyny pierdół, do którego się przyczepię, bo naprawdę podoba mi się ta opowieść.

Jeżeli szukacie powieści fantasy inspirowanej Japonią, to „Cesarz Ośmiu Wysp” będzie dobrym wyborem!

Odbicia na tafli życia ("Ślady" – Jakub Małecki)

ślady

Czy zastanawiacie się czasami, jakie ślady po sobie zostawiacie? Co zostanie na tym świecie, gdy Was już nie będzie? Co pozostawicie w sercach i pamięci innych ludzi? Jakie ślady pozostawili inni w Waszym życiu? Ślady, które pozostawiono, te, które pozostawiamy my, warkocz ludzkich losów, przeplatające się życia, zjawisko kompletnie nie do opanowania czy zaplanowania. Pamięć, która pozostaje. O ile pozostaje…

„Ślady” Jakuba Małeckiego potraktowałam na początku jak zwykłe opowiadania. Nawet się zdziwiłam, że tym razem akurat ta forma. Chciałam sobie pojedynczo dawkować kolejne teksty, jednak nie było mi to dane. Owszem, każdą historię czytałam powoli i z uwagą, jednak nie byłam ich w stanie sobie dawkować pojedynczo przez kilkanaście dni. Tak się nie da, bo to nie jest zwykły zbiór opowiadań. Nie wiem, jak określić tę formę, powieściozbiór? Może lepiej nie będę wymyślać nazwy, w każdym razie „Ślady” to szkatułka pełna opowieści misternie utkanych i delikatnie ze sobą połączonych. Uważny czytelnik bez problemu znajdzie pozostawione przez autora ślady, da się poprowadzić do kolejnych odkryć.

Tylu bohaterów, tyle ludzkich losów, kilkadziesiąt lat, wiele różnych miejsc akcji, a jednak, wszędzie przewija się utrata, samotność, nieszczęście, niedostosowanie do „normalności” i otaczającej bohaterów rzeczywistości. Teresa, która w górskim schronisku opowiada dwójce nieznajomych swoje życie, to czekanie na nieokreślone coś… Kobieta nazywana przez innych świętą Eugenią, której rodzina zginęła w wypadku, a która zakopuje w swoim ogrodzie truchła potrąconych zwierząt. Czy też celebrytka, która po życiu pełnym sukcesów, pieniędzy, sławy i splendoru zapomina swoje życie i siebie samą. Te historie i wiele innych poruszają, zmuszają do refleksji nad życiem, relacjami z innymi ludźmi, oczekiwaniami, wyborami, śmiercią, chorobą, samotnością. Te opowiadania to lektura, która świetnie nadaje się na jesienną podróż, gdy po przeczytaniu jednego opowiadania można się zadumać, zawiesić wzrok na przesuwającym się krajobrazie i myśleć, rozważać, analizować.

Małecki jest w formie, zarówno pomysły na teksty, jak i ich dopracowanie i tak zgrabne utkanie w literacki kilim ukazuje, że ten młody autor ciekawie się rozwija i nie spoczywa na laurach. Do tego piękny, bogaty język, polszczyzną autor operuje bardzo dobrze, zwraca uwagę na to, jak pisze, co niestety wcale nie jest już tak częste, a powinno być przecież normą.

„Ślady” i „Dygot” są naprawdę świetne, polecam, jednak na razie dla mnie ukochanymi książkami tego autora są niezmiennie powalający „Dżozef” i niesamowite „W odbiciu”. Właśnie za przedziwne fabuły i oderwanie od rzeczywistości, takie schizofreniczne historie. Ale po cichu i tak liczę na to, że Jakub Małecki stworzy jeszcze wiele ciekawych, odjechanych, porywających i wartych przeczytania książek! Jeżeli macie ochotę oderwać się od przyjemnej i relaksującej łatwej papki i poznać twórczość ciekawego polskiego autora – polecam Jakuba Małeckiego!

Sensacyjny wieloksiąg (#6)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Czas na kolejny wieloksiąg! Dzisiaj będzie sensacyjnie, pościgowo, niebezpiecznie. Książki akcji w akcji! 😉 Zaczynamy!

wysłanniczka miller„Wysłanniczka” – Stephen Miller

Daria jest młodą fanatyczną terrorystką i nosicielką śmiercionośnego wirusa ospy. Pewnego dnia zostaje wysłana do Nowego Jorku jako rzekoma dziennikarka, by tu roznosić wirus i przynieść śmierć milionom niewinnych ludzi. Jest „strzałą”, która ma ugodzić znienawidzonego zachodniego szatana.

Miało być emocjonująco, miało trzymać w napięciu, a było tylko i wyłącznie przeciętnie. Wielki potencjał, jednakże zupełnie nie został on wykorzystany. Mogło być to faktycznie świetne studium psychologiczne terrorystki, jednakże autor nie podołał, nie ma głębi.

easylog zielke„Easylog” – Mariusz Zielke

Dziesięć lat temu zaginęła ukochana Bena – Sally, a on stracił intratną posadę głównego technologa korporacji SkyCom, najpotężniejszej firmy na świecie. Żyje, rozwinął nową firmę, jednak nie jest szczęśliwy. A na dodatek wygląda na to, że demony przeszłości powracają, w ciągu jednego dnia zmieniając pozornie ułożone życie Bena w koszmar pełen emocjonujących zdarzeń i zagadek!

Przez większą część myślałam, że będzie mooooże dobra ocena, ale jednak ostatnia 1/3 podniosła ocenę, całkiem zgrabnie wymyślone. Zielke kolejny raz udowodnił, że jest niezłym rzemieślnikiem sensacyjnym. Mogłoby być lepiej wyważony rozkład napięć i lepsza psychologia postaci, ale rozrywka była całkiem godziwa.

browar chenczke„Browar” – Tomek P. Chenczke

Nieźle zaplątany thriller, którego akcja toczy się w czasach rodzącego się u nas wolnego rynku. Skomplikowana rozgrywka, wiele zwrotów akcji, do końca nie jest zupełnie jasne, co się wydarzy. Wielomilionowe transakcje, śmierć młodej modelki, agresywna kampania organizacji feministycznej, seksualny szantaż, a przede wszystkim wielkie interesy! Poplątane i wciągające.

Nie był to najlepszy moment na czytanie tej książki, miałam mało czasu, byłam zmęczona, co powodowało, ze musiałam mocno uważać, by się momentami nie pogubić. Ale było warto. Ciekawy debiut, będę obserwować autora, bo jeżeli postawi na rozwój, to zapowiada się bardzo ciekawa postać w literaturze rozrywkowej. Chociaż temat trudno za rozrywkowy uznać 😉

*****

Oby tak dalej, w końcu czuję, że coś się tutaj dzieje i powolutku posuwam się do przodu. Ostatnio straszna tutaj panowała stagnacja!

Kobiecy wieloksiąg (#5)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Od dłuższego czasu czytam sporo, ale pisanie niezbyt mi wychodzi. Czasu mało, chęci jeszcze mniej. Do tego sporo pracy i wydarzeń pozapracowych. A że w pracy trzeba dużo pisać i wykazywać się sporą dozą kreatywności, to wieczorami już mi się nie chce. I chyba po ponad 6 latach blogowania trochę mi się materiał zmęczył 😉 Tak czy siak – mogą się częściej pojawiać notki tego typu, bym chociaż troszkę napisała o większości przeczytanych książek. A dzisiaj kolejne zestawienie powieści, których grupą docelową są głównie kobiety.

nie tracmy ani chwili„Nie traćmy ani chwili” – Jill Mansell

Dexterowi umiera siostra. Bawidamek i lekkoduch postanawia przejąć opiekę nad siostrzenicą. Opieka nad niemowlakiem oraz utrata wolności i bujnego życia singla to nie wszystko, bo dla dobra dziecka postanawia przeniesć się do małej miejscowości. A tam trafia na barwną grupę, z nową sąsiadką na czele…

Jakie to jest przeurocze, ciepłe i zabawne czytadełko! Lubię takie książki i mam dla nich prywatną kategorię – „plaster na duszę”. Obok wielkiej literatury nawet nie stało, ale też nie ma do tego pretensji. Rozrywka, zanurzenie się w opowieści i tyle. Sporo humoru, bardzo przyjemni bohaterowie. Świetnie się sprawdziło na początek gorącego okresu roboczego.

niech ci sie spelnia marzenia„Niech ci się spełnią marzenia” – Barbara O’Neal

Opowieść o czterech blogerkach kulinarnych, ich życiowych historiach oraz wielkiej międzypokoleniowej przyjaźni. Wiele kobiecych rozmów, wspierania się, pomocy w pokonywaniu trudnych sytuacji. I dużo smakołyków, w końcu blogi kulinarne zobowiązują. Nie czytać bez przekąsek u boku!

Cóż za przyjemna książka! Nierealna i słodka bajeczka, ale tak pełna ciepła, humoru i wzruszeń, że czytało się ją doskonale, świetne czytadło. Z chęcią sięgnę po inne książki tej autorki i przekonam się, czy wszystkie są w podobnym stylu. Aktualnie potrzebuję lekkości i relaksu.

ostatni bus do coffeeville„Ostatni bus do Coffeeville” – J. Paul Henderson

Eugene i Nancy przeżyli wielką miłość. Jednakże los nie dał im być razem, rozdzielił ich ścieżki. Ale Eugene zdążył jeszcze obiecać ukochanej, że gdy ta zachoruje na Alzheimera, to on pomoże jej umrzeć. Gdy po kilkudziesięciu latach nadchodzić ten moment, przed dwójką staruszków (i nie tylko) staje wielkie wyzwanie, szalona podróż do Coffeeville. Czeka na nich wiele przygód!

Ta powieść powolutku skradła moje serce… Ale jak już je skradła, to pewnie na zawsze! Chyba w ogóle nie jest znana, a to taka urocza opowieść. Trochę jak skrzyżowanie „Stulatka, który…” ze „Smażonymi zielonymi pomidorami”, tylko jeszcze dodatkowo ze wzruszającą końcówką. O poważnych, smutnych sprawach w lekki sposób. Polecam!

*****

To tyle na dzisiaj! Mam nadzieję, że niedługo podrzucę Wam kolejny wieloksiąg i dzięki temu systemowi powolutku dotrę do momentu, gdy będę już pisać na bieżąco. Oby!

Granice rzeczywistości ("Przebudzenie" – Stephen King)

przebudzenie king piorun
Fot. Katie Moore (flickr)

Nie chcę umierać.

Od zawsze przeraża mnie śmierć, panicznie się jej boję. A odkąd przeczytałam zakończenie „Przebudzenia” Stephena Kinga, boję się jej jeszcze bardziej. Wizja, którą stworzył jest tak niesamowita i przerażająca, że jeżeli miałaby być prawdziwa, to zaczęłabym się zajmować poszukiwaniem metody na pozostanie wiecznie żywą. Ale do rzeczy!

Lata sześćdziesiąte, amerykańska prowincja. Znamy to, prawda? Chłopiec bawi się żołnierzykami, toczy wyimaginowaną wojnę, gdy nagle pada na niego cień człowieka, który odmieni całe jego życie. Jest to Charles Jacobs – jak określa go dorośnięciu tenże chłopiec – piąta osoba dramatu.

Charles jest nowym pastorem, który powoli zdobywa uznanie wśród wiernych. Znowu więcej ludzi chodzi do kościoła, a dzieci i młodzież uczęszczają do szkółki, gdzie słuchają o Jezusie i jego czynach. A przy okazji o… elekryczności. To właśnie ona fascynuje pastora tak, że każdą wolną chwilę spędza na eksperymentach. A, gdy w jego życiu wydarza się tragedia, to właśnie elektryczność staje się swoistą fiksacją Charlesa. Ośmielę się wręcz napisać, że go opętuje.

Mały chłopiec dorasta i po latach spotyka ponownie swe przeznaczenie. Od momentu, gdy Charles zajmuje się Jamiem, już nigdy nie znika z jego życia. Jest jak cień, który pozostaje gdzieś z boku, nie daje o sobie zapomnieć. Tak samo, jak skutki jego czynu ciągle tkwią w psychice Jamiego.

A Jamie powoli zaczyna się zastanawiać, co tak naprawdę stoi za obsesją Charlesa, o co chodzi w jego eksperymentach. Tym bardziej, że Jamiego od czasu hm… zabiegu prześladują od czasu do czasu dziwne wizje i zachowania. I nie jest jedyny, dotyczy to wielu osób, które miały do czynienia z Charlesem i jego doświadczeniach, uzdrowieniach, różnorakich projektach. Skąd te skutki uboczne? Mężczyzna zaczyna badać sprawę, a to doprowadzi do go niewiarygodnego odkrycia i zaważy nie tylko na jego życiu!

Dwójkę bohaterów obserwować możemy przez ponad pięćdziesiąt lat, co daje nam możliwość dokładnej obserwacji rozwoju ich relacji, ich samych, tego, jak się zmieniają i gdzie zmierzają. Historię poznajemy z punktu widzenia Jamiego, jest ona jego swoistym pamiętnikiem, może spowiedzią. Dzięki temu od początku wiemy, że wydarzy się coś mrocznego, że nie będzie to opowieść z happy endem.

Z książek tego autora, które miałam okazję czytać, ta ma najlepiej splecione wątki obyczajowe i nadnaturalne. Świetne połączenie tych cudownych opisów życia z mniej lub bardziej dawnych lat (kocham te jego opisy, czuję się, jakbym tam była z bohaterami książki!), ciągle zwyczajnej i wydawałoby się oswojonej już przez nas elektryczności, z wątkiem dotyczącym Matki. I więcej Wam nie zdradzę, bo nie chcę spojlerować fabuły. W każym razie – bardzo udana robota!

Zdecydowanie nie jest to horror w klasycznym tego słowa rozumieniu. Tu opowieść snuje się powoli, mamy tylko przebłyski, które zwiastują, że coś jest nie tak, jednak dopiero końcówka jest mocnym akcentem. Za to dla mnie była ona wystarczająco mocna, by zostać na długo w pamięci! Ale nawet ona nie jest typowa – oddziałuje na czytelnika bardzo mocno jako wizja, przerażające wyobrażenie tego, co ma czekać na ludzi po śmierci. Nie ma tam hektolitrów krwi, mordowania na prawo i lewo, piły czy hord upiorów. Jest tylko siła wyobraźni i ludzkiego umysłu! I świetne połączenie wszystkich wątków, które się w tej książce pojawiły.

przebudzenie kingMam wrażenie się, że „Przebudzenie” to książka bardziej dojrzała i bardziej osobista. Możliwe, że nadinterpretuję, ale miałam poczucie, że autor doprawił ją swym lękiem przed starością i umieraniem. Czuć w niej melancholię, tęsknotę za przeszłością. Wyczuwalne są też rozważania dotyczące religii, wiary w życiu człowieka, jej wpływu na naszą codzienność i nasze postępowanie.

Ja jestem zachwycona, czytało mi się tę książkę fantastycznie. A końcówka zostaje ze mną na dłuuuuugo… Bardzo dobry nie-taki-znowu-horror, polecam!

© 

Nicość ("Kurort Amnezja" – Anna Fryczkowska)

rozpacz
Fot. Miss Cartier (flickr)

Premiera 13 listopada!

Ilu z Was przeżyło utratę kogoś bliskiego? Ilu przechodziło przez to piekło nicości, gdy wydaje się, że to już koniec, nie ma po co żyć? Ten szok, niewiara, negowanie, ból. Ta utrata sensu. Ten powolny proces swoistego zdrowienia, łączenia się na nowo z codziennymi potrzebami i czynnościami, powrotu do „trzeba kupić jajka i zapłacić za prąd”.

A znacie ból zdrady? Moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że żyjesz w świecie ułudy. Gdy coś, co bierzesz za pewnik, okazuje się być iluzją. Gdy misternie budowany świat nagle się rozpada. A przecież miało być „na zawsze”, „aż po grób”, „dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Gdy okazuje się, że osoba, której ufaliśmy, oszukiwała nas, planując to wszystko ostrożnie, tworząc schematy działania, listy wymówek czy wręcz specjalne pismo, niemożliwe do odczytania przez nikogo, poza dwójką wtajemniczonych. Jak to musi boleć! Ale jakim jest też przyczynkiem do refleksji na swój własny temat! Na ile jest to wina każdej z zaangażowanych osób, co robiliśmy źle, co poszło nie tak…?

Takie kombo bólu spadło na Wandę, która straciła męża. Straciła go podwójnie – jego samego i dobre wspomnienia na jego temat. Okazało się, że Paweł przez długi czas przed wypadkiem, w którym zginął, zdradzał Wandę z młodszą kobietą. Wanda odkrywa tę nową rzeczywistość powoli, ewaluując od bólu utraty ukochanego, poprzez uświadomienie sobie tego, że była zdradzaną żoną, aż po zrozumienie całej tej sytuacji i swojej w niej roli. Droga krzyżowa, droga bólu, droga oczyszczenia.

Wanda, oszalała z bólu, przyjeżdża do nadmorskiej miejscowości, gdzie wynajmuje pokój w pensjonacie naprzeciwko innego. I gdzie z okien swojego pokoju obserwuje okna innego pokoju. Tego, w którym zamieszkała Marianna.

Amnezja. Brzmi niepokojąco, prawda? Strata pamięci to tak de facto w pewien sposób utrata życia. Trzeba się uczyć wszystkiego od nowa. Odnajdywać się w społeczeństwie, w rodzinie, rytuałach, języku, kulturze, religii, związkach międzyludzkich, we wszystkim. Nauczyć się, że jak ktoś spojrzy tak, to jest zły, a jak inaczej, to się z czegoś cieszy. Że woda padająca na gorący olej to nie jest dobry pomysł. Że trzeba karmić rybki, bo inaczej umrą. I cały czas niepewność, strach przed zrobieniem czegoś nie tak, niemożność poczucia się komfortowo. O czym jeszcze nie pamiętam? Czego nie rozumiem? Utrata samej siebie.

Piekło niepamięci (chociaż może jednak błogosławieństwo?) dotknęło właśnie Mariannę. Dziewczyna brała udział w tym samym wypadku, w którym zginął Paweł. I od tego momentu nie pamięta nic z przeszłości. Kim był dla niej Paweł? Kim była ona? Jakie życie wiodła? Co było dla niej ważne? Kogo kochała? Tak wiele pytań i nikogo, kto może jej pomóc. No, raz w tygodniu pojawia się Marek, jej narzeczony, który odpowiada jej na pytania, skrzętnie w trakcie tygodnia notowane na kartce. Marek, jej drogowskaz, jej informacja życiowa. Jednak pewnego dnia Marek znika, za to w życiu Marianny pojawia się Wanda…

„Kurort Amnezja” to książka, która daje po uczuciach. Bardzo mocna, angażująca czytelnika, wciągająca w bagienko tych wszystkich kotłujących się tam emocji. Dwie kobiety, dwa życia, które połączył mężczyzna. Których losy splatają się w naprawdę dziwny, trudny sposób. Małe miasteczko, które latem jest wesołym lunaparkiem dla turystów, a zimą zamienia się w nieprzyjazną obcym osadę, w której każdy krok jest obserowany i osądzany. Ludzie – zamknięci, niechętni, nieprzyjemni. Wiatr, mróz, szalejące morze. Lodowata atmosfera i jednocześnie wulkan odczuć.

Ta książka to mocno emocjonalne przejście przez wszystkie etapy żałoby, poczucia utraty, a jednocześnie powieść z wątkiem kryminalnym. Taka kombinacja wyszła Annie Fryczkowskiej całkiem zgrabnie. Wątki się przenikają, jeden pomaga w wyjaśnianiu drugiego. Wątek kryminalny jednak był dla mnie tylko dodatkiem, pomagającym rozwinąć wątek główny. Jedynie końcówka nie dorosła do oczekiwań, jakie miałam po lekturze większości tekstu. Jednak sama do końca nie wiem dlaczego mam wrazenie, że jest ciut gorsza od całości. Tak, jak nie lubię tego robić – bo jestem konkretna baba, zdroworozsądkowa i za argumentowaniem wszystkiego – tak muszę napisać tylko tyle: siadło mi napięcie, mam wrażenie, że mogło być lepiej. Co nie zmienia faktu, że „Kurort Amnezja” to bardzo dobra książka i chciałabym widzieć więcej takich dopracowanych i bardzo dobrze skonstruowanych pod względem psychologii postaci powieści w tzw. literaturze kobiecej!

Polecam nową książkę Anny Fryczkowskiej, a sama rozglądam się za poprzednimi, bo teraz mam mocną motywację, by nadrobić zaległości!

Kurort.amnezjaWydawnictwo: Prószyński i S-ka

Oprawa: miękka

Liczba stron: 424

© 

Zbrodnie niewinności ("Niechciani" – Yrsa Sigurdardottir)

farma zima
Fot. Kristine Full (flickr)

W latach 70. ubiegłego wieku istniało zapomniane przez Boga i ludzi gospodarstwo, w którym mieścił się ośrodek wychowawczy dla tzw. trudnych chłopców. Prowadziło go małżeństwo, które nie wykazywało wielkiej troski o to, by chłopcom było tam dobrze, czy o to, by zdołali się resocjalizować. Mieli tam pracować, modlić się i po odbyciu kary wyjechać jak najdalej. Nie było wygód, dobrego słowa, chwili ciepła czy nawet szczerej rozmowy. Był chłód, rygor, zamknięcie, kary za namniejsze przewinienie.

Sytuację poznajemy z punktu widzenia Aldis, dziewczyny, która jest tam hm… służącą, posługaczką, gosposią? Jak zwał, tak zwał. W każdym razie ciężko pracuje całymi dniami, ma jeden dzień wolny na dwa tygodnie, co zostawia jej wiele czasu na obserwowanie sytuacji w ośrodku. Szczególnie, że bodźców zewnętrznych praktycznie nie ma, gospodarstwo leży na pustkowiu, dookoła tylko pola, skały i śnieg, mnóstwo śniegu.

W pewnym momencie do domu trafia chłopak, za którego sprawą sytuacja zmienia się diametralnie…

Po kilkudziesięciu latach pewien urzędnik otrzymuje zadanie – stworzenie raportu na temat tegoż domu poprawczego i tego, jak warunki w nim istniejące wpłynęły na wychowanków. Odinn cieszy się z pierwszego prawdziwego wyzwania, do tej pory nudził się w pracy. Liczy na to, że praca zajmie jego myśli. Niedawno zginęła w wypadku jego była żona, prawna opiekunka ich córki, przez co całe życie Odinna zmieniło się diametralnie. Z niczym nieskrępowanego i używajacego życia mężczyzny, widującego córkę od czasu do czasu w weekendy, musiał zmienić się w planującego, odpowiedzialnego ojca na pełen etat. Mało tego, musi zająć się dzieckiem w traumie po utracie matki. A jeszcze na dodatek dręczy go dziwne uczucie, że coś się nie zgadza a propos śmierci jego żony.

Wydaje się więc, że robienie tego raportu będzie świetną okazją do zajęcia umysłu czymś innym, przynajmniej na kilka godzin dziennie. Okazuje się jednak, że będzie to wyzwanie, które zupełnie odmieni Odinna i jego życie. Jak przeszłość łączy się z teraźniejszością? I czy w ogóle się jakoś łączy? Czy śmierć żony Odinna to nieszczęśliwy wypadek czy morderstwo?

„Niechciani” to kolejna powieść spoza cyklu o Thorze. Miałam dłuższą przerwę w czytaniu książek tej autorki i powrót do jej prozy był prawdziwą przyjemnością. Już powoli zapominałam, jak sprawnie tworzy ona swoje kryminały z dreszczykiem! Dobrze skonstruowane, wciągające, zawsze z jakimś haczykiem z przeszłości, zwodzące na manowce, często z zakończeniem, które stawia wszystko na głowie. Ta książka również posiada te cechy. I chociaż miałam poczucie, że mogłaby troszkę porozwijać niektóre wątki (szczególnie te z przeszłości), to jednak uważam, że to jedna z lepszych powieści tego typu, które czytałam w tym roku.

Jak na ciut ponad trzysta stron, to książka porusza sporo wątków. Mamy tu samotność, błędy i ich naprawianie (lub nie), zagubienie w swoich rolach społecznych, śmierć, wychowywanie dzieci, pełno różnorakich emocji, dzieje się naprawdę wiele. A to wszystko zaserwowane umiejętnie – z narastającym klimatem grozy i z zaskakującym zakończeniem. Jej książki wydają się być – na ile mogę to ocenić – przesiąknięte Islandią. Jej chłodem, pustką, długą zimą. I tym, że losy mieszkańców tego słabo zaludnionego kraju potrafią się mocno splatać, w najbardziej zaskakujący sposób.kuldi yrsa

Surowy klimat, dobry warsztat, umiejętne budowanie napięcia, zaskakiwanie czytelnika – to wszystko w swoich książkach serwuje nam Yrsa. Ja od lat lubię czytać kolejne jej powieści, sprawiają mi masę czytelniczej frajdy (i sporo dreszczy na plecach). Zapraszam Was do poznania twórczości tej autorki, naprawdę warto!

PS. Świetna i bardzo nastrojowa jest okładka oryginału, znakomicie oddaje treść książki

NiechcianiWydawnictwo: Muza, 2014

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 336

© 

O byciu sobą ("Być Esther" – Miriam Karmel)

stara kobieta

Piękna, błękitna sukienka. Od lat noszona tylko na specjalne okazje. Na te same, na które Esther zdołała stracić kilka kilogramów, by sie w to cudeńko zmieścić. A teraz pasuje znowu! Wprawdzie wydaje się dłuższa, leży jakoś nieforemnie, ale pasuje. To dobrze, bo Esther wymarzyła sobie, że założy ją ten ostatni raz. Na swój własny pogrzeb…

Esther to urocza staruszka. Ponad osiemdziesiąt lat na karku, duże poczucie humoru, artretyzm, chęć podsumowania życia i rozliczenia spraw niezakończonych. Do tego zmarły mąż (który ciągle gości w jej sercu) i dwójka dzieci, które widzą w matce raczej przeszkodę w korzystaniu z pełni życia, niż tak naprawdę bliską osobę.

Esther ma swoje rytuały i pragnienia. Dzień zaczyna się od telefonu do/od przyjaciółki, ot tak, by zapytać, jak się czuje, a przy okazji sprawdzić, czy obydwie ciągle żyją. Nie chce też oddać kluczyków do auta, uważa, że ciągle jej się należy możliwość pojechania do supermarketu, bez zdawania się na czyjąś łaskę. Chce być samodzielna najdłużej, jak to będzie możliwe. I z tego też powodu niezmiennie protestuje przeciwko oddaniu jej do domu starców, na co regularnie nalega jej córka.

Kobieta przeczuwa, że zostało jej już niewiele czasu. Chce go przeżyć godnie, bez zawracania innym głowy sobą i swoim stanem, bez wielkich słów, a za to z poczuciem humoru. Wspomina przeszłość, rozmyśla nad podjętymi decyzjami, a czasami nawet stara się ciągle działać. Dyskomfort sprawia jej fakt, że ma wrażenie, że zbyt lekko przeżyła życie, tak łatwo i generalnie bezproblemowo. Właściwie tylko z dziećmi sobie nie potrafiła poradzić, szczególnie z córką. Czy wspólny wyjazd do Meksyku pomoże im zbliżyć się do siebie chociaż na chwilę?

Starość to aktualnie temat drażliwy, nie jest modny, przypomina nam o końcu życia, chorobie, samotności, a to wszystko w czasie, gdy większość ludzi chce tylko żyć przyjemnie i bez głębszej refleksji. A jednak to właśnie starość wybrała Miriam Karmel na temat przewodni swej debiutanckiej powieści. I poradziła sobie z nim wyśmienicie! Zaraz po skończeniu książki pobiegłam do komputera sprawdzić, ile też może mieć lat autorka „Być Esther”. Ciągle mam wrażenie, że znakomicie oddała tok myślenia starszej osoby, jej zachowania, obawy, radości, nawyki. Cały czas czułam, jakbym to ja była Esther.

Może moje zaangażowanie wynika z faktu, że książka ta dotknęła trzech z niewielu tematów, które przerażają mnie najbardziej – samotności, starości i śmierci. Często obserwuję starsze osoby, widzę, jak borykają się z rzeczywistością, która tak bardzo szybko się zmienia i za którą – choćby nie wiem, jak bardzo chcieli – nie są już w stanie nadążyć. Widzę, jak często są zbywani, olewani czy też obrażani. Traktowani jak zawalidroga, gdy próbują wyłuskać drobne z portfela trzęsącymi się rękoma czy też, gdy powoli i ostrożnie próbują przejść wśród tłumu. Z politowaniem obserwowani, gdy nie radzą sobie z regulaminami, obsługą urządzeń czy też ze zrozumieniem procedur. Mogłabym na ten temat pisać i pisać, w każdym razie starość (a już szczególnie samotna!) to coś strasznego; być najgorzej postrzeganym członkiem społeczeństwa, to takie smutne…

Te moje strachy spowodowały, że Esther stała mi się jeszcze bardziej bliska. Jednak jest ją generalnie łatwo polubić. Jest rozważną, prostą kobietą, przeciętną do bólu, ale jednocześnie cechuje ją dar obserwacji, dystans do życia i siebie samej i poczucie humoru. Przypominała mi trochę bohaterki moich ukochanych „Smażonych zielonych pomidorów”.

„Być Esther” to książka tak samo przeniknięta melancholią, delikatnym smutkiem, jak i dobrymi wspomnieniami z przeszłości, docenianiem teraźniejszości i uśmiechem. Chociaż Esther stara się uchronić od losu przyjaciółki (która straciła władze umysłowe i wegetuje w domu opieki), pragnie umrzeć we śnie, nie sprawiając nikomu kłopotu, czasami czuje się wyobcowana (np. w momencie, gdy wrzeszczy na nią jakieś babsztydło w supermarkecie), to jednak ciągle potrafi zauważać drobne uroki życia. I to jest piękne!

To książka prosta i bez pretensji do bycia arcydziełem. Ale jest tak prawdziwa, mądra, urocza i pełna ciepła, że wiem, że zostanie na mej półce na zawsze, będzie kolejną książką-plastrem, książką-przyjacielem. Bardzo polecam!

byc estherWydawnictwo: Świat Książki, 2014

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 208

© 

Śmierć niejedno ma imię ("Zgon" – Gina Damico)

Zgon Lex

Czy tak wygląda śmierć? Nie ma szans, prawda? Biiiiippp! Źle! Właśnie tak może wyglądać śmierć. A przynajmniej jej wysłannica – Lex. Tak, „Zgon” to – jakże niespodziewanie! – książka o śmierci. Temat oklepany do bólu. Tak by się mogło wydawać…

Lex w ciągu ostatnich lat z przesłodkiej prymuski zamieniła się w koszmar rodziców, nauczycieli i uczniów. Rozdaje ciosy na prawo i lewo, podpala, wyzywa, nie szanuje nikogo. Pogadanki wychowawcze muszą wręcz odbywać się wtedy, gdy jest ona przywiązana skakanką do krzesła, inaczej mogłyby się źle skończyć! Czy dziwi Was fakt, że rodzice postanawiają wysłać ją na lato na wieś? Nudny do bólu brat ojca Lex zapewni jej sporo pracy, która przyczyni się do resocjalizacji dziewczyny. Naiwni rodzice…

Jedyne, co się zgadza w tej wizji, to fakt, że Mort to wuj Lex, a Zgon to mała wieś. I to byłoby na tyle. Nikt nie przygotował dziewczyny na to, że trafi do wsi zamieszkiwanej przez wysłanników śmierci i gdzie już dzień po przybyciu zacznie „kosić” przestrzeń, zabijać ludzi, a w „poczekalni” toczyć dyskusje z Edgarem Allanem Poe. A, i jeszcze podziwiać pokój tarantul, które… A właściwie będę cicho, sprawdźcie sami, po co im tarantule!

Już sama historia „Zgonu” i jego mieszkańców jest ciekawa sama w sobie, bo kreatywności autorce nie zabrakło. Nie przeszkadza w niej nawet to, że od pewnego momentu wkrada się w nią również odrobina młodzieńczego zadurzenia. jest zresztą serwowana w taki sposób, że zdecydowanie da się ją strawić.

Ale autorce widocznie to nie wystarczyło, bo postanowiła wzbogadzić fabułę o tajemnicze zgony – gdy kosiarze przybywają na miejsce znajdują ciało bez żadnych oznak ułatwiających rozpoznanie przyczyny śmierci, a na dodatek mające przedziwne bielmo na oczach. Gdy takie przypadki zdarzają się coraz częściej, społeczność kosiarzy zaczyna się denerwować. Tym bardziej, że i oni nie są bezpieczny, tajemniczy morderca może uderzyć w każdej chwili!

Gina Damico to zdecydowanie osoba pełna wyobraźni i otwarta na eksperymentowanie z przedziwnymi połączeniami. To, co wymyśliła, jest niestandardowe i fajnie podane. I nawet jeżeli przez większość czasu wydaje się być tylko lekką i całkiem przyjemną opowieścią, okraszoną na dodatek czarnym humorem, to nagle autorka robi „myk” i w końcówce serwuje czytelnikom wydarzenia, których pewnie w ogóle nie będą się spodziewali.

„Zgon” to dobrze zaplanowana i wykonana „powieść otwierająca”, a w całej trylogii widzę spory potencjał, więc bardzo mocno liczę na to, że wydawnictwo zdecyduje się wydać całość!

© 

ZgonWydawnictwo: Fabryka Słów, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 416

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5,5/6