Co z tym fantem zrobić? („Twarz” – Małgorzata Szumowska)

Ci, którzy podążali ze mną przez czasy „Książkowa” wiedzą, ze jestem mało filmowa. Teatr, o tak! Namiętnie i często. Filmy… Czasami i to raczej te mocno wybrane. Kilka dni temu miałam okazję być na premierze „Twarzy”, nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej. Gdy po zakończeniu wychodziłam z kina byłam na tak z małym „ale”. Po upływie kilku dni mam więcej mętliku w głowie. Dlaczego?

twarz

Reżyserka zrobiła film zainspirowany historią prawdziwą (jednak ponoć na tyle zmienioną, że nie warto brać prezentowanych reakcji społecznych jako pewnik). W małej wsi żyje sobie heavymetalowiec Jacek (Mateusz Kościukiewicz), wzbudza swym wyglądem i gustami sensację, rodzina chętnie „sprowadziłaby go do pionu”, jedni żegnają się na jego widok, inni wołają za nim „Jezus”. Młody mężczyzna pracuje przy budowie gigantycznego pomnika Chrystusa, w głębi ducha marzy o wyjeździe do Wielkiej Brytanii. Trzyma go tu właściwie tylko miłość do pięknej i przebojowej Dagmary (Małgorzata Gorol).

Pewnego dnia Jacek spada z figury, ulega wypadkowi w wyniku którego lekarze dokonują pionierskiej operacji przeszczepienia twarzy. Wydawałoby się, że wszystko dobrze się kończy, jednak po powrocie do domu okazuje się, że nie tylko dla lokalnej społeczności stał się niesamowitym tworem, karykaturalnym pośmiewiskiem, ale też większość rodziny nie potrafi zobaczyć w nim dawnego Jacka i odsuwa się od niego. Rzuca go też narzeczona. Zostaje mu tylko dziadek i siostra. Biorąc pod uwagę skutki wypadku i przeszczepu oznacza to tak de facto utratę całego dotychczasowego życia.

Jacek (przy pomocy siostry, świetnie zagranej przez Agnieszkę Podsiadlik) próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Leczenie pochłania olbrzymie sumy, system nie wspiera ofiary takiego wypadku, mężczyzna budzi tylko niezdrową ciekawość, znikąd nie dostaje wsparcia. Mamy tutaj zarówno walkę o odzyskanie chociaż części siebie, jak i budowanie nowej tożsamości, radzenie sobie z samotnością i odrzuceniem. Ważkich tematów jest wiele i to jest największy plus tego filmu.

Kolejnymi plusami są wymieniona wyżej trójka aktorów oraz przepiękne zdjęcia Michała Englerta.

twarz2

To, z czym mam jednak duży problem, to poziom krzywego zwierciadła zastosowany w tym filmie. Owszem, rozumiem i akceptuję używanie takiego zabiegu, sarkazm i satyrę zawsze chętnie witam w różnych formach artystycznych. Jednak mam wrażenie, że tutaj zostało to doprowadzone do ekstremum, do poziomu momentami absurdalnego. Przykłady? Prezentowana wieś to chyba najbardziej zapyziała i nie rozwinięta wieś w Polsce, nie ma tam nic nowego, ładnego, sam chaos, brud, nieporządek, ogólny syf. Brak ludzi dobrych, brak ludzi ładnych. Sama mizeria umysłowa, edukacyjna, finansowa, praktycznie nikogo, kto by się wyłamywał. Mieszkałam w maleńkiej wsi, mieszkałam w większej wsi, uczyłam się w średniej, w małym miasteczku, w dużym mieście, od jakiegoś czasu żyję w wielkim mieście i jakoś mi się to z tych perspektyw gryzie. Ten film jest dla mnie zbyt zero-jedynkowy. Może oczekiwałam czegoś bliższego prawdziwemu życiu, a tu mamy tylko zbiór prostaków, pijaków, chamów, rasistów, którzy nad grobem ojca biją się o pole, a dla rozrywki wożą dziecko do Komunii karetą. Czuję wewnętrzną niezgodę na takie prezentowanie Polski. Ale, jak teraz sobie dumam w trakcie pisania, może to mój problem z tą kwestią, a nie problem z filmem…

Druga sprawa – takie reakcje i typy społeczne (oczywiście w bardziej rzeczywistej wersji) można spotkać wszędzie, na wsi, w miasteczkach, miastach i metropoliach. Tylko ewentualnie rozrzedzają się w tłumie. Więc to trochę pójście na łatwiznę. Prościej jest pokazać „zacofaną wieś” i się z niej pośmiać, niż umiejscowić bohatera w dużym mieście, gdzie mógłby go spotkać podobny ostracyzm, ale przecież gryzłoby się to z wizją „wykształconych, rozwiniętych miast”.

Pomijając te moje dwie duchowe rozterki, to warto pójść i przekonać się samodzielnie. Widzę masę zachwytów, widzę też krytykę (chociaż określenia „antypolski” spowodowały u mnie rechot), ja jestem gdzieś pomiędzy. „Twarz” zwraca uwagę na część problemów, jakimi się cechujemy jako społeczeństwo, jednak przede wszystkim porusza bardzo istotne tematy dotyczące tożsamości człowieka, tego, co go identyfikuje, przez co się tworzy i jak się to ma do bycia członkiem różnych społeczności. I dlatego warto go zobaczyć. A czy krzywe zwierciadło wyda wam się zbyt krzywe, czy wręcz idealne, to już sami zobaczycie!

Odbicia na tafli życia ("Ślady" – Jakub Małecki)

ślady

Czy zastanawiacie się czasami, jakie ślady po sobie zostawiacie? Co zostanie na tym świecie, gdy Was już nie będzie? Co pozostawicie w sercach i pamięci innych ludzi? Jakie ślady pozostawili inni w Waszym życiu? Ślady, które pozostawiono, te, które pozostawiamy my, warkocz ludzkich losów, przeplatające się życia, zjawisko kompletnie nie do opanowania czy zaplanowania. Pamięć, która pozostaje. O ile pozostaje…

„Ślady” Jakuba Małeckiego potraktowałam na początku jak zwykłe opowiadania. Nawet się zdziwiłam, że tym razem akurat ta forma. Chciałam sobie pojedynczo dawkować kolejne teksty, jednak nie było mi to dane. Owszem, każdą historię czytałam powoli i z uwagą, jednak nie byłam ich w stanie sobie dawkować pojedynczo przez kilkanaście dni. Tak się nie da, bo to nie jest zwykły zbiór opowiadań. Nie wiem, jak określić tę formę, powieściozbiór? Może lepiej nie będę wymyślać nazwy, w każdym razie „Ślady” to szkatułka pełna opowieści misternie utkanych i delikatnie ze sobą połączonych. Uważny czytelnik bez problemu znajdzie pozostawione przez autora ślady, da się poprowadzić do kolejnych odkryć.

Tylu bohaterów, tyle ludzkich losów, kilkadziesiąt lat, wiele różnych miejsc akcji, a jednak, wszędzie przewija się utrata, samotność, nieszczęście, niedostosowanie do „normalności” i otaczającej bohaterów rzeczywistości. Teresa, która w górskim schronisku opowiada dwójce nieznajomych swoje życie, to czekanie na nieokreślone coś… Kobieta nazywana przez innych świętą Eugenią, której rodzina zginęła w wypadku, a która zakopuje w swoim ogrodzie truchła potrąconych zwierząt. Czy też celebrytka, która po życiu pełnym sukcesów, pieniędzy, sławy i splendoru zapomina swoje życie i siebie samą. Te historie i wiele innych poruszają, zmuszają do refleksji nad życiem, relacjami z innymi ludźmi, oczekiwaniami, wyborami, śmiercią, chorobą, samotnością. Te opowiadania to lektura, która świetnie nadaje się na jesienną podróż, gdy po przeczytaniu jednego opowiadania można się zadumać, zawiesić wzrok na przesuwającym się krajobrazie i myśleć, rozważać, analizować.

Małecki jest w formie, zarówno pomysły na teksty, jak i ich dopracowanie i tak zgrabne utkanie w literacki kilim ukazuje, że ten młody autor ciekawie się rozwija i nie spoczywa na laurach. Do tego piękny, bogaty język, polszczyzną autor operuje bardzo dobrze, zwraca uwagę na to, jak pisze, co niestety wcale nie jest już tak częste, a powinno być przecież normą.

„Ślady” i „Dygot” są naprawdę świetne, polecam, jednak na razie dla mnie ukochanymi książkami tego autora są niezmiennie powalający „Dżozef” i niesamowite „W odbiciu”. Właśnie za przedziwne fabuły i oderwanie od rzeczywistości, takie schizofreniczne historie. Ale po cichu i tak liczę na to, że Jakub Małecki stworzy jeszcze wiele ciekawych, odjechanych, porywających i wartych przeczytania książek! Jeżeli macie ochotę oderwać się od przyjemnej i relaksującej łatwej papki i poznać twórczość ciekawego polskiego autora – polecam Jakuba Małeckiego!

Bezkres samotności ("Rozmowa z botem" – Piotr Sender) + KONKURS!

samotność

Rok 2021. W dniu swoich czterdziestych urodzin Julian postanawia zakończyć swe życie. Jednak przed śmiercią chciałby jeszcze z kimś porozmawiać, odbyć swoistą życiową spowiedź. Jednakże mężczyzna jest sam, otacza go idealna samotność, więc jedyne, co mu pozostaje, to rozmowa z komputerowym botem. Właściwie… Czy można sobie wyobrazić łatwiejszego, wygodniejszego rozmówcę? Musi słuchać tego, co mówisz, jest tu dla Ciebie, niczego nie oczekuje. Tylko tego jednego – byś z nim rozmawiał.

Julian rozpoczyna więc opowieść o swym życiu. Życiu, które rozpoczęło się w mało sprzyjających okolicznościach, a potem właściwie było już tylko gorzej. I gorzej. I gorzej. W jego życiu nie znajdziecie właściwie nic dobrego, fajnego, miłego, nie doszukacie się miłości, szacunku, wsparcia. Jego codzienność to samotność, bezwolność, bezradność. To właśnie było dla mnie najbardziej zadziwiające – będąc przez lata świadkiem pomiatania, będąc ofiarą takiego zachowania, nie potrafi powiedzieć „dość”, wpłynąć na sytuację, jest jak marionetka. I wie, że jest nieszczęśliwy, ale jednocześnie absolutnie nic nie robi, by to zmienić. Dla mnie sytuacja kompletnie nie do pojęcia.

To opowieść także o swoistym dziedziczeniu nieszczęścia i samotności. Czy wręcz o epidemii. W tej książce wszyscy bohaterowie są podobnie nieszczęśliwi i samotni. Owszem, formy bytowania i charaktery się różnią, ale istota jest podobna.

Opowieść snuje się powoli. To, co miało być spowiedzią staje się opowieścią nie tylko o życiu Juliana, ale także jego bliskich – rodziny i przyjaciół. Czuć, że odwleka moment, w którym musiałby albo się zabić, albo przyznać, że nawet na podjęcie takiego działania go nie stać. A tego zapewne się boi. Ale czy nieudane życie osobiste i zawodowe, samotność jest powodem do popełnienia samobójstwa? Czy tak naprawdę wielu, wielu z nas nie przeżywa podobnych historii? Ta według mnie jest przejaskrawiona, życie w krzywym zwierciadle – nie ma tu odrobiny szczęścia, uśmiechu, słońca, całe życie jest życiem strasznym, pełnym tylko negatywów, nieszczęść. Dla mnie momentami było tego zbyt wiele. Nie wierzę w życie bez promyczka słońca. Dopiero zakończenie… A zresztą, sprawdźcie sami, co daje zakończenie!

Niezmiennie – od pierwszej przeczytanej ksiażki – uważam, że Piotr Sender ma talent i ciekawe pomysły. Nie ma za to chyba szczęścia do „systemu”, mam wrażenie, że nie trafił jeszcze na wydawcę, który zapewniłby mu redaktora z prawdziwego zdarzenia, byłby też dla niego swoistym mentorem prowadzącym młodego autora z potencjałem drogą ku sukcesowi. Życzę mu specjalistów, którzy pozwoliliby mu ten talent rozwinąć, zajęliby się nim i oszlifowali. Zasługuje na to, bo według mnie ma spory potencjał na to, by być głosem młodego pokolenia polskich autorów.

KONKURS!

rozmowa z botemJako że trafił do mnie jeden nadprogramowy egzemplarz tej książki, to chciałabym go oddać komuś, kogo ucieszyłaby lektura tej książki. Do niedzieli (21 lutego, do 23:59) napiszcie, jakiego polskiego autora (ale takiego który zaczął pisać powiedzmy w ciągu ostatnich 10 lat) lubicie najbardziej i dlaczego? A w przyszłym tygodniu wybiorę odpowiedź, która mnie najbardziej zaciekawi i nagrodzę jej autora tą książką. Powodzenia!

Bezgraniczna samotność („Jaskiniowiec” – Jorn Lier Horst)

fotel jaskiniowiec
Fot. Bryan & Lyn (flickr)

Premiera 10 września!

Cztery miesiące rozkładu ciała, wsiąkania płynów ustrojowych w fotel, powolnej mumifikacji. A to wszystko przed włączonym telewizorem, obok programu telewizyjnego, na którym zakreślono to, co miało być oglądane…

Wyobrażacie sobie siebie samych prowadzących tak samotne życie? Przerażająca, bezgraniczna samotność! Takie życie wiódł Viggo Hansen. A znaleziono go już(!) po czterech miesiącach, bo rachunki nie były opłacane i w końcu zainteresowano się tym, dlaczego. 

To właśnie ta śmierć samotnego staruszka porusza Line, która postanawia zrobić reportaż o Viggo, a przez jego przypadek pokazać samotność, która coraz bardziej panoszy się w społeczeństwie dookoła. I nie tylko samoność, ale i brak zainteresowania innymi ludźmi,sąsiadami, kolegami z pracy etc. Do sprawy podchodzi skrupulatnie, jednakże by ją naprawdę zgłębić, musi pojechać do domu rodzinnego, przynajmniej na kilka dni. W końcu jej ojciec mieszka na tej samej ulicy, co Viggo!

A jej ojciec – William – ma przedziwną sprawę do rozwiązania, spędza więc w pracy mnóstwo czasu, coraz bardziej przerażony rozwojem sytuacji, nie ma czasu zainteresować się tak naprawdę reportażem, który tworzy Line. Mimo tego, że rzadko się widują, nie są w stanie wykorzystać tej okazji i pobyć ze sobą, praca pochłania obydwoje całkowicie. Czy to nie jest kolejny przypadek innego rodzaju samotności? Poświęcenia pracy w takim stopniu, że nawet rodzina niezasługuje na uwagę? Obserwując sporą część znajomych osób mam wrażenie, że praca coraz częściej wygrywa z resztą życia i coraz częściej widać model „pracuję, by żyć”, a reszta nie jest ważna lub jest zdecydowanie mniej ważna. Tutaj wprawdzie – szczególnie u Williama – wynika to z istotnych pobudek, ale natchnęło do refleksji na ten temat.

Kim był Viggo i dlaczego był tak samotny? Czy ktoś go w ogóle znał bliżej? Co stoi za sprawą, którą prowadzi William? Kogo poszukują? I kim jest tak naprawdę tytułowy jaskiniowie?

„Jaskiniowiec” to dobra lektura. Nie jestem w stanie odnieść się do porównań do Jo Nesbo, bo książki tego autora ciągle są przede mną. Wprawdzie patrząc obiektywnie – to wszystko już było, ten kryminał nie wnosi nic nowego, wszystkie triki i zabiegi stylistyczne już znamy. Ale ciągle uważam, że jest to dobrze napisany kryminał, o całkiem ciekawej fabule. Podoba mi się wątek równoległego działania ojca i córki, dodaje to smaczku całości. Chociaż więcej mej sympatii zyskała Line i jej sposób działania – systematyczny, bardzo dobrze zorganizowany, otwarty na nowe możliwości, bystry i odważny. Kobieta ma łeb na kartku, działa sprawnie, aczkolwiek nie ukrywajmy – dziennikarz ma przeważnie większe pole do działania, niż związany mnóstwem przepisów policjant, któremu wszyscy patrzą na ręce.

Autorowi udało się kilkukrotne wodzenie mnie za nos. Kilka razy byłam pewna, że teraz to ja już wszystko wiem i rozumiem, a tu niespodzianka – wcale tak nie było. I za to dostaje ode mnie dodatkowy plusik.

Najbardziej jednak w tej powieści zwrócił mą uwagę wątek ludzkiej samotności i zamknięcia w swoim życiu. Jakie to przerażające, by żyć całymi latami z boku, nie mieć przyjaciół (bo ok, nie każdemu jest dana rodzina) lub chociaż bliższych znajomych, mieć za to sąsiadów, którzy kompletnie nie zwracają na ciebie uwagi. A z drugiej strony patrząc być tak zasklepionym w swej samotności, że nie potrafi się wyjść do ludzi, pokazać im, że potrzebuje się kontaktu z nimi. Przecież człowiek jest zwierzęciem stadnym, nie mówię, że zaraz musi mieć codziennie dziesięcioro gości, ale chociaż spotkać się z kimś raz na kilka dni?

Ten wątek współgra mocno z moją obawą o to, gdzie zmierza nasze cywilizowane społeczeństwo. Mam wrażenie, że coraz bardziej zamykamy się w swoim życiu – zamknięte osiedla, klatki schodowe, sąsiadom może powiemy dzień dobry, o ile ich już spotkamy. Mało kto chyba już wpada się przywitać po przeprowadzce, pożyczyć szklankę soli, czy też porozmawia z sąsiadem dłużej niż minutę. Mam wrażenie, że coraz mniej zwracamy uwagę na innych ludzi, czekamy aż zrobi to za nas ktoś inny? Kolejny przykład, który pasuje do mych obaw, widziałam kilka dni temu TUTAJ.

Ten wątek jak sami widzicie poruszył we mnie czułą strunę. Może dlatego, że sama boję się takiej samotności, szczególnie tak samotnej starości?

W każdym razie „Jaskiniowca” miłośnikom kryminału polecam. Ale zdecydowanie tym, którzy lubią kryminały skandynawskie, z dużą dozą otoczki obyczajowej. To książka dla Was!

jaskiniowiecWydawnictwo: Smak Słowa, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 336

© 

O byciu sobą ("Być Esther" – Miriam Karmel)

stara kobieta

Piękna, błękitna sukienka. Od lat noszona tylko na specjalne okazje. Na te same, na które Esther zdołała stracić kilka kilogramów, by sie w to cudeńko zmieścić. A teraz pasuje znowu! Wprawdzie wydaje się dłuższa, leży jakoś nieforemnie, ale pasuje. To dobrze, bo Esther wymarzyła sobie, że założy ją ten ostatni raz. Na swój własny pogrzeb…

Esther to urocza staruszka. Ponad osiemdziesiąt lat na karku, duże poczucie humoru, artretyzm, chęć podsumowania życia i rozliczenia spraw niezakończonych. Do tego zmarły mąż (który ciągle gości w jej sercu) i dwójka dzieci, które widzą w matce raczej przeszkodę w korzystaniu z pełni życia, niż tak naprawdę bliską osobę.

Esther ma swoje rytuały i pragnienia. Dzień zaczyna się od telefonu do/od przyjaciółki, ot tak, by zapytać, jak się czuje, a przy okazji sprawdzić, czy obydwie ciągle żyją. Nie chce też oddać kluczyków do auta, uważa, że ciągle jej się należy możliwość pojechania do supermarketu, bez zdawania się na czyjąś łaskę. Chce być samodzielna najdłużej, jak to będzie możliwe. I z tego też powodu niezmiennie protestuje przeciwko oddaniu jej do domu starców, na co regularnie nalega jej córka.

Kobieta przeczuwa, że zostało jej już niewiele czasu. Chce go przeżyć godnie, bez zawracania innym głowy sobą i swoim stanem, bez wielkich słów, a za to z poczuciem humoru. Wspomina przeszłość, rozmyśla nad podjętymi decyzjami, a czasami nawet stara się ciągle działać. Dyskomfort sprawia jej fakt, że ma wrażenie, że zbyt lekko przeżyła życie, tak łatwo i generalnie bezproblemowo. Właściwie tylko z dziećmi sobie nie potrafiła poradzić, szczególnie z córką. Czy wspólny wyjazd do Meksyku pomoże im zbliżyć się do siebie chociaż na chwilę?

Starość to aktualnie temat drażliwy, nie jest modny, przypomina nam o końcu życia, chorobie, samotności, a to wszystko w czasie, gdy większość ludzi chce tylko żyć przyjemnie i bez głębszej refleksji. A jednak to właśnie starość wybrała Miriam Karmel na temat przewodni swej debiutanckiej powieści. I poradziła sobie z nim wyśmienicie! Zaraz po skończeniu książki pobiegłam do komputera sprawdzić, ile też może mieć lat autorka „Być Esther”. Ciągle mam wrażenie, że znakomicie oddała tok myślenia starszej osoby, jej zachowania, obawy, radości, nawyki. Cały czas czułam, jakbym to ja była Esther.

Może moje zaangażowanie wynika z faktu, że książka ta dotknęła trzech z niewielu tematów, które przerażają mnie najbardziej – samotności, starości i śmierci. Często obserwuję starsze osoby, widzę, jak borykają się z rzeczywistością, która tak bardzo szybko się zmienia i za którą – choćby nie wiem, jak bardzo chcieli – nie są już w stanie nadążyć. Widzę, jak często są zbywani, olewani czy też obrażani. Traktowani jak zawalidroga, gdy próbują wyłuskać drobne z portfela trzęsącymi się rękoma czy też, gdy powoli i ostrożnie próbują przejść wśród tłumu. Z politowaniem obserwowani, gdy nie radzą sobie z regulaminami, obsługą urządzeń czy też ze zrozumieniem procedur. Mogłabym na ten temat pisać i pisać, w każdym razie starość (a już szczególnie samotna!) to coś strasznego; być najgorzej postrzeganym członkiem społeczeństwa, to takie smutne…

Te moje strachy spowodowały, że Esther stała mi się jeszcze bardziej bliska. Jednak jest ją generalnie łatwo polubić. Jest rozważną, prostą kobietą, przeciętną do bólu, ale jednocześnie cechuje ją dar obserwacji, dystans do życia i siebie samej i poczucie humoru. Przypominała mi trochę bohaterki moich ukochanych „Smażonych zielonych pomidorów”.

„Być Esther” to książka tak samo przeniknięta melancholią, delikatnym smutkiem, jak i dobrymi wspomnieniami z przeszłości, docenianiem teraźniejszości i uśmiechem. Chociaż Esther stara się uchronić od losu przyjaciółki (która straciła władze umysłowe i wegetuje w domu opieki), pragnie umrzeć we śnie, nie sprawiając nikomu kłopotu, czasami czuje się wyobcowana (np. w momencie, gdy wrzeszczy na nią jakieś babsztydło w supermarkecie), to jednak ciągle potrafi zauważać drobne uroki życia. I to jest piękne!

To książka prosta i bez pretensji do bycia arcydziełem. Ale jest tak prawdziwa, mądra, urocza i pełna ciepła, że wiem, że zostanie na mej półce na zawsze, będzie kolejną książką-plastrem, książką-przyjacielem. Bardzo polecam!

byc estherWydawnictwo: Świat Książki, 2014

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 208

© 

W okowach samotności ("Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa" Haruki Murakami)

murakamiJuż długo żadna z przeczytanych przeze mnie książek tego autora nie wywołała we mnie tak mieszanych uczuć. I dopiero dzisiaj dotarło dla mnie, dlaczego!

Tsukuru Tazaki niczym się nie wyróżnia – charakter, wygląd, zainteresowania, wszystko ma takie przeciętne, jak większość ludzi dookoła. Nawet nazwisko – w odróżnieniu od swoich przyjaciół – ma nudne, nie zawierające żadnej barwy. Kwintesencja bezbarwności. Mężczyzna w średnim wieku, wiodący uporządkowane, samotne życie. Praca – dom – praca. Nie ma bliskiej osoby, nie ma przyjaciół, rodzinę zostawił daleko. Jednakże powoli do jego życia wkracza pewna kobieta, której obecność motywuje Tsukuru do rozliczenia się z przeszłością.

A przeszłości nie miał bezbarwnej, o nie! Szesnaście lat wcześniej Tsukuru został odrzucony przez czwórkę przyjaciół, którzy byli mu najbliżsi, bliżsi od rodziny. Ot tak, pewnego dnia spotkał się z nim wysłannik grupy i zakomunikował, że od tego momentu nie chcą mieć z nim nic wspólnego. I odszedł, bez wyjaśnień.

Jakiś czas później, Tsukuru zaprzyjaźnił się z kolegą ze studiów. Pływali razem, czytali książki, słuchali muzyki. Spokojna, dobrze rozwijająca się przyjaźń dwóch podobnych młodych mężczyzn. Jednakże pewnego dnia i ten przyjaciel znika z życia Tsukuru. Również bez słowa wyjaśnienia.

Te wydarzenia wywarły na Tsukuru wielki wpływ. Przez następne kilkanaście lat miał problemy z uporządkowaniem przeszłości i prawdziwym zbliżeniem się do kogokolwiek. W końcu jednak odważył sie na rozliczenie z przeszłością. A wynik jest zaskakujący…

To kolejna powieść Murakamiego mająca wiele wspólnego z poprzednimi – samotność bohaterów, mężczyzna w średnim wieku, bez związku, podróż w przeszłość, misja rozliczania się z tym, co było, by uporządkować to, co jest, niepokojące sny. To wszystko już było. Jednakże to, co między innymi przyciąga mnie do jego książek to to, jak ciekawie buduje on swe opowieści dookoła jednego, kluczowego wydarzenia.

W trakcie lektury tej książki cały czas mnie coś uwierało, coś mi przeszkadzało w lekturze i nie dawało tak naprawdę pogrążyć się w tej opowieść, dać się uwieść. I dopiero po zakończeniu lektury przyszło mi na myśl, że to wszystko dlatego, że ja go po części rozumiem, wiem, co czuł. Sama kilka lat temu doświadczyłam odrzucenia, gdy (według mnie) bardzo dobra przyjaciółka nagle obwieściła mi, że nie pasuję do jej nowego pomysłu na życie. Teraz myślę sobie: trudno, takie życie, tacy ludzie. Wtedy jednak mocno mnie to trzepnęło i długo nie dawało o sobie zapomnieć. Całe szczęście, że okazałam się silniejsza od Tsukuru, może cios był mniejszy. W każdym razie, właśnie to wydarzenie pozwoliło mi bardzo mocno zidentyfikować się z Tsukuru, dzięki czemu ta książka zostanie ze mną na dłużej.

Cóż, najnowsza powieść Murakamiego to jego typowa książka. Więc wszystkich miłośników autora zapraszam serdecznie do lektury. A ci, którzy reagują na niego alergicznie niech idą do półek i poszukają czegoś innego do poczytania!

PS. A niedługo będzie tutaj konkurs, w którym będzie do wygrania właśnie ta książka!

bezbarwny tsukuruWydawnictwo: Muza, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 352

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

© 

„Rodzina na pokaz” – Kevin Wilson

Rodzina na pokazWydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 415

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

Jak to jest, gdy jest się określanym dzieckiem A lub dzieckiem B? Czy to tylko żartobliwa gra oparta o imiona, czy jest w tym jakieś głębsze znaczenie? Jak to jest żyć w rodzinie, która całkowicie podporządkowana została sztuce? W rodzinie, w której życie właściwie równa się planowaniu i wykonywaniu kolejnych – częściowo improwizowanych – spektakli.

Camille i Caleb Fang uważają się za artystów tworzących żywą sztukę. Za nic mają sztukę w znaczeniu, które nam jest najbliższe. Nie cenią malarstwa, rzeźby, gry na instrumencie. Ich żywiołem są specyficzne spektakle, np. postrzelenie mentora w ramach swoistego performance. Jednak w pewnym momnecie pojawiają się dzieci. A przecież dzieci to morderstwo dla sztuki! Chyba, że dzieci staną się składnikiem sztuki, jak ich rodzice. I tak oto rodzi się rodzina Fang, niesamowita czwórka. To oni improwizują kradzież słodyczy, rozdają fałszywe kupony do baru fast-food, a to wszystko jest dla nich sztuką. Jednak rodzice nie cofną się przed niczym w swym uwielbieniu dla żywej sztuki. Najpierw załatwiają wspólny występ dzieci jako Romea i Julii, a potem… Ale o tym w książce!

Gdy spotykamy Annie i Bustera są oni już dorosłymi ludźmi. Dziwaczne dzieciństwo i mlodość, życie dla sztuki, życie sztuką, odcisnęło na nich silne piętno, sprawiła, że są w pewnym stopniu upośledzeni. Nie potrafią nawiązywać relacji z innymi ludźmi (w końcu większość życia byli właściwie skazani na bycie tylko z resztą rodziny, właściwie nie utrzymywano relacji zewnętrznych, czy też z dalszą rodziną), nie potrafią odnaleźć celu w życiu, zaplanować go sobie. Annie ma problemy z alkoholem i tabletkami, Buster z kolei nie potrafi odblokować swej kreatywności, przez co nie jest w stanie pisać kolejnych książek, utknął w martwym punkcie. Los funduje im problemy osobiste i zawodowe, które powodują, że – jakby bezwolnie, z rezygnacją – decydują się chwilowo wrócić pod dach rodziców. A Camille i Caleb przygotowali dla nich najbardziej spektakularny, wstrząsający wręcz popis. W jego rezultacie każda z tych czterech osób będzie musiała zadecydować, co też jest dla nich najważniejsze: rodzina, wsparcie i relacje z drugim człowiekiem, czy też dzieło życia, najbardziej pokręcony pomysł, jaki do tej pory wpadł rodzicom Fang do głowy? Sztuka czy rodzina?

Ta książka trafiła u mnie na dziwny czas. Sama mam aktualnie spore zawirowania życiowe, co z jednej strony pozwoliło mi po części wczuć się lepiej w treść tej książki, ale z drugiej strony jej lektura powodała też wzrost mego przygnębienia, co też rzutowało na mój odbiór jej treści. Najbardziej zdecydowanie poruszało mnie to, jak rodzice postrzegali swe dzieci – z jednej strony były składnikiem niewiarygodnej drużyny oddającej się najwyższej z form sztuki, były więc niezbędne i przez to ukochane, ale z drugiej strony kompletnie nie postrzegano ich jako ludzi, nieważne były ich potrzeby, poczucie stabilności, bliskości, budowania więzi z rodzicami. Byli dzieckiem A i B, właściwie przedmiotami niezbędnymi do tego, by rodzina Fang mogła błyszczeć. I to robiło na mnie wielkie wrażenie, jednak w pewnym momencie odłożyłam sztukę na boczny tor i skupiłam się właśnie na relacjach między rodzicami a dziećmi. I wtedy dotarło do mnie, jak wielu rodziców traktuje dzieci przedmiotowo. Może nie składają ich na ołtarzu sztuki (chociaż czasami tak, wiele jest pamiętnych przypadków prawie zamęczonych małych skrzypków, pianistek etc.), ale sportu, filmu, wyborów małych miss etc. Gdy do tego dojdzie przenoszenie własnych ambicji na dziecko, to już strach pomyśleć, jak dokładnie mogą się pokrywać konsekwencje działań rodziców Fang, a tych dookoła nas. Ilu rodziców krzywdzi swe dzieci zarzucając je od przedszkola dziesięcioma różnymi zajęciami pozaszkolnymi, a do tego nie budując z nimi żadnych silniejszych relacji emocjonalnych?

Wracając jednak do „Rodziny na pokaz”, to ksiażka ta ukazuje czworo nieszczęśliwych ludzi, którzy nie potrafią się ze sobą wzajemnie porozumieć. Opuszczenie, samotność, brak komunikacji, zamknięcie na drugiego człowieka, a to wszystko z ukazaniem konsekwencji; tego, do czego może taka sytuacja doprowadzić. Interesująca lektura.

©