Wyniki losowania + mini-stosiczek + książki do wzięcia + garść przemyśleń

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie życzenia urodzinowe dla bloga, bardzo to miłe! 🙂 Zebrałam wszystkie zgłoszenia zainteresowanych osób i zrobiłam losowanie liczbowe. Fotorelacji nie będzie, chyba się zrobiłam na to za leniwa ostatnio 😉

Do książki numer jeden, czyli „Wilkołaka” zgłosiło się 8 zainteresowanych osób. Program losujący łaskawie wybrał numer 3, pod którym to numerem kryła się:

ktrya

Gratuluję 🙂

„Chłopcem z sąsiedztwa” zainteresowanych było najwięcej osób, bo aż 28! Aż szkoda, że mam tylko jeden egzemplarz, który dzięki programowi losującemu trafi do numeru 21, czyli do:

Sardegny

Gratuluję 🙂

Książką „Zła krew” zainteresowało się 16 osób. Szczęściarzem wylosowanym przez program jest numer 6, czyli:

Jarka

Gratuluję 🙂

A wszystkim dziękuję za udział w zabawie i zapraszam do śledzenia bloga, bo nie bawimy się ostatni raz!

Wylosowane panie (heh, szkoda, że chociaż na jednego pana nie padło!) proszę o podanie mi adresów do wysyłki!

*****

Niestety, nie zabrałam ze sobą aparatu fotograficznego :/ Głupio zrobiłam, już dobrych kilka razy żałowałam. No, ale trudno się mówi. W związku z powyższym stosik będzie troszkę inny, niż zwykle. Zresztą, co to za stosik, to raczej stosiczątko 😉 To maleństwo w całości pochodzi od Wydawnictwa Muza.

Jak zwykle przy tej okazji zapytam – jakie macie plany na weekend? Ja jestem jeszcze u Rodziców. Odpoczywam i kuruję nogę. Do Warszawy wracam dopiero w poniedziałek pod wieczór. A, że noga zbytnio nie pozwala na intensywne rozrywki, to głównie siedzę i czytam.

*****

W trakcie porządków na regale (który był przestawiany i to wymagało zdjęcia i ułożenia wszystkich stosów) okazało się, że mam dodatkowe „Klaudyny…”, jakoś mi się zdublowały 😉

Mam więc do rozdania dwa egzemplarze wydania „Klaudyna w szkole. Klaudyna w Paryżu”, o takie:

A także jeden egzemplarz„Małżeństwo Klaudyny. Klaudyna odchodzi”.

Czyli w sumie trzy książki, w tym jedna zdublowana. Niestety, nie ma zdjęć, bo – jak pisałam – aparat został – w Warszawie. Stan, jak na ich wiek, jest zupełnie dobry. Oddam je za koszty wysyłki 🙂 A jak się znajdzie ktoś miły, kto dorzuci kilka złotych na czekoladę, to będzie mi bardzo miło 🙂

*****

W nowym mieszkaniu mam malutko miejsca na książki – upchnęłam je w małej szafce wnękowej na korytarzu i w półce pod ławą. Co oznacza, że oficjalnie nie mam już na nie miejsca. Nie ma też miejsca na regał, więc tam mocno odczuwam, że książek mam już dosyć. No i nie widzę ich non-stop.

Te kilka dni urlopu spędzane na robieniu prawie niczego (bo w końcu noga ogranicza) oznaczają też sporo czasu na przemyślenia 😉 Tutaj, na „moim” pięterku, książki otaczają mnie wszędzie. Jeden regał, drugi regał i dwie wyładowane półki w pokoju dzienno-roboczo-gościnnym. Dwa regały + dwie mega głębokie (po 3 rzędy!) półki w sypialni. W większości na półkach są po dwa rzędy. A ¾ tego wszystkiego ciągle czeka na przeczytanie. Co oznacza – kalkulując tak na oko, bo przecież nie będę tych zwałów książek liczyć! – jakiś 1000 własnych książek do przeczytania! Zaczynam myśleć, że ostatnie kilka lat, to był jednak okres, w którym różnorakie braki i problemy życiowe kompensowałam sobie zdobywaniem książek i że to nie było zdrowe.

Zresztą uważam, że nawet teraz zdobywam ich zbyt wiele, jednakże teraz już świadomie – i bardzo powoli (no, ale zawsze) – staram się to krok po kroku ukrócić. Ciężko mi czasami, ale sprawdza się strategia zamykania maila/strony i zapominania o nich. Przynajmniej w potężnej większości przypadków. Zresztą w Warszawie jest mi łatwiej, bo nie zerkają na mnie te tabuny książek, jestem bardziej zajęta, mam więcej rzeczy do robienia.

Odkąd jestem u Rodziców, to czuję się osaczona. Te setki książek patrzą na mnie łzawymi oczyma i szepczą z wyrzutem „czytaj mnie, czytaj!” oraz „czekam już 2-3-5 lat na Twoje zainteresowanie, po co mnie kupiłaś/wymieniłaś/pobrałaś?!” oraz „jak długo mam jeszcze czekać na przeczytanie?!”. Straszne to jest, wywołuje dyskomfort i wyrzuty sumienia.

Nie mam nic przeciwko posiadaniu wielu książek (chociaż docelowo będę się starała tę ilość ograniczać, bo nie wracam do nich, więc stoją i tak właściwie tylko na pokaz), ale niechże to będą odwrotne proporcje! ¼ nieprzeczytanych, a reszta przeczytania! Albo najlepiej tylko kilka-kilkanaście do przeczytania, reszta już zaprzyjaźniona!

Tak, wiem, mam zapas na lata, na emeryturę etc. Tylko skąd ja mam wiedzieć, czy ja tej emerytury doczekam? Albo czy zdrowie będzie mi pozwalało na tyle czytania? Albo czy zwyczajnie będę wtedy jeszcze miała takiego fioła na punkcie książek? W tempie czytelniczym, jakie mam aktualnie, to tego, co już (na dzisiaj) mam, starczy mi na jakieś… 13 lat! A to tylko pod warunkiem, że od dzisiaj już nic bym więcej nie zdobywała, na co szans nie ma, więc tak naprawdę, to pewnie na 20 lat :/

No, wypłakałam się nad moją głupotą. Teraz już dobitnie widzę, że taka postawa „więcej, więcej, więcej książek, na kiedyś, na później, byle były”, to jest nałóg kompulsywnego kupowania. I zamierzam to traktować jak nałóg właśnie. Zdrowe to nie jest i zamierzam z tym walczyć, jak tylko potrafię. Trzymajcie za mnie kciuki! Tak bardzo chciałabym móc kiedyś powiedzieć: „O rany, mam tylko 2 książki do przeczytania! Pora się wybrać do księgarni/biblioteki/zamówić coś online”, oj, jakbym tego chciała…