Wieloksiąg taki se (#7)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Czas na kolejną notkę o kilku książkach. Tym razem wieloksiąg nijaki – książka, która mnie strasznie rozczarowała i książki „letnie”, zachwytu brak, zniechęcenia brak, lekko mdły środek. O czym myślę?

witaj w„Witaj w Murderlandzie” Frederique Molay

Nathan, niespełniony profesor Harvardu, rozwiedziony i samotny, spędza wolne chwile przed komputerem, grając w Island – grę, w której wiedzie przyjemne, lekkie życie. Jednak czasu… W grze potrąca kobietę, a krótko po tym okazuje się, że zginęła ona również w świecie rzeczywistym. A to tylko początek, gra coraz mocniej splata się z rzeczywistością. A jak się kończy?

Dawno nie czytałam tak kiepskiej książki! Pisana stylem co najwyżej opowiadania dziecka z podstawówki, tłumaczenie też raczej też nie powala (chociaż nie wiem, ile tej kiepścizny pochodzi z oryginału, więc trudno mi ocenić). Brrr… Jedyna jej zaleta to objętość – nawet jeżeli ktoś się upiera przy tym, by ją doczytać, to nie traci zbyt wiele czasu. NIE polecam.

Suminska_Usmiech_m„Uśmiech gekona: Azja jakiej nie znacie” Dorota Sumińska

Ta książka to próba stworzenia osobistego przewodnika po Azji. Autorka bywa w niej od 20 lat, kocha ją całym sercem i postanowiła tą miłością zarazić innych. Książka podzielona na krótkie rozdziały opisujące przeróżne miejsca.

Krótko i zwięźle: tak, jak lubię Sumińską, tak nie mam pojęcia, po co ta książka powstała. Serio. Całość to tylko powierzchowne skakanie z tematu na temat, tu liznę, tam dodam, dorzucę zdjęć i opublikuję. Wartość naprawdę podróżniczo-przewodnicka nikła. Zdjęć niewiele, więc i pod tym względem niewiele ma do zaoferowania. Zdecydowanie wolę powieści Pani Doroty.

Okrutna-milosc_Reginald-Hill,images_product,19,978-83-7534-033-4„Okrutna miłość” Reginald Hill

Cytując opis: „Mary Dinwoodie zostaje znaleziona martwa w rowie po wieczorze spędzonym z przyjaciółmi w pubie. Następnego dnia tajemniczy nieznajomy dzwoni do miejscowej gazety i cytuje przez telefon „Hamleta”. Tak rozpoczyna się kariera Dusiciela z Yorkshire.”

Doprawdy sama nie wiem, po co uparłam się ją doczytać do końca. Najpierw myślałam, że to może dlatego, że to środek serii. Ale nie, nie było między nami iskry 😉 Nuda, wkurzający bohaterowie, jakaś taka miałkość i brak zaangażowania w lekturę. Nie będę sięgać po kolejne.

*****

Jak widać – i tak czasami musi być, że pojawi się tutaj również coś nie tylko o fajnych książkach, ale i o tych mniej fajnych. Rzadko mi się ulewa, wolę do opisywania wybierać te, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie, ale czasami nie wytrzymuję. Padło na dzisiaj 😉

Zatrzymane chwile #22

Szczęśliwie dla mej schorowanej dłoni i nadgarstka nadeszla pora na kolejne fotopodsumowanie, a to spokojnie mogę zrobić lewą ręką. A pażdziernik był baaaaardzo pracowity i bardzo zabiegany – ważne premiery, spotkania, festiwale, targi, działo się!

 Przede wszystkim starałam się łapać piękne chwile tej jesieni…

Jak zwykle były też książki i czytanie, bo jakżeby inaczej!

Z tego, co widzę, to była też masa kolorowanek. Miałam wydajny miesiąc 😉

Były wyjazdy okołoksiążkowe, spotkania z fajnymi ludźmi i bolączka, że na to zawsze zbyt mało czasu…

Przy okazji wkręciłam garstkę ludzi w to, że zostałam autorką. Ja! Która od zawsze twierdzi, że zna swoje ograniczenia i w życiu mi do głowy nie przyjdzie pisanie książki. Nie słuchacie! 😛

Były też drobiazgi, różności:

Była impreza z okazji zacnej rocznicy istnienia firmy 🙂 Były piękne poranne widoki. Był przedpremierowy pokaz „Marsjanina” (całkiem przyjemna rozrywka!). Były postanowienia życiowe koleżanki zza biurka obok. Była nowa cudna kolorowanka oraz suche pastele do teł, których niestety nie miałam okazji wypróbować w związku z choróbskiem. Ciekawe, kiedy będę mogła wrócić do tej cudnej rozrywki…

Listopad już powinien być spokojny, zobaczymy!

Zatrzymane chwile #8

Sierpień był pełen różnych wydarzeń, mnóstwo się działo, czekały na mnie również różne decyzje do podjęcia. Na nudę więc nie narzekałam! Ciekawe, jaki obraz ułoży się ze zdjęć, zobaczmy!

Najpierw wspomnienie z pobytu w Olsztynie. Byliśmy tam razem z Mają z bloga Wiecznie zaczytana oraz Boomerem z bloga Wszędoblogerski na zaproszenie organizatorów Festiwalu Dziedzictwa Browarniczego i było fajnie! Już cola w drodze do Olsztyna przekonywała mnie, że będzie dobrze 😉 Uczestniczyliśmy tam w warsztatach fotografii produktowej (środkowe górne foto) oraz warsztatach wideo. Poza tym mieliśmy okazję brać udział w bardzo smacznej degustacji piw Browaru Kormoran, o których opowiadał nam prawdziwy pasjonat tematu, bardzo dobrze się słuchało jego historii.

Mieliśmy okazję być chwilę na zamku, zwiedzić centrum miasta oraz spotkać się z blogerami książkowymi z Olsztyna. Piękne mieszkanie Uli zrobiło na nas wszystkich wielkie wrażenie, jest tam bardzo klimatycznie!

Pierwsze foto jest symbolem relaksu po naprawdę ciężkim dniu, miałam wtedy ochotę rzucić wszystko i jechać w dzicz hodować alpaki 😉 Na kolejnych widzicie #darylosu od kanału AXN oraz zaproszenie od Wydawnictwa Bellona, dzięki któremu miałam okazję porównać książkę z filmem, o czym pisałam TUTAJ.

Na kolejnym zdjęciu widzicie rezultat sprzątania, gdy boli mnie głowa, to czasami mi odbija na tyle, by zająć się sprzątaniem. Na środku piątkowy gość, który odwiedził nas w pracy i przyniósł sierpniowe premiery. A ostatnie to zdjęcie z miłego wieczoru, który spędziłam u znajomej – miałam okazję zobaczyć gdzie i jak mieszka, pospacerować po urokliwym parku i przegadać kilka godzin. Było bardzo fajnie!

Najpierw kubek, który pomagał mi w przetrwaniu dnia pełnego rzeczy, których nie lubię, a potem sushi – nagroda dla samej siebie za jego przetrwanie. Leniwy niedzielny poranek i popołudnie spędzone w gronie blogerów, czyli blogośniadanie w Miasto i Ogród, a później wizyta na wyścigach na Służewcu.

W sierpniu udało mi się przeczytać drugi (z trzech) komiksów, które swego czasu otrzymałam w prezencie. Niestety, ten zrobił na mnie mniejsze wrażenie. A na koniec jeden z moich ukochanych owocow w ramach kolacji.

Po męczących zakupach w centrum handlowym pozwoliłam sobie na pyszną pizzę na kolację, a co mi tam! Obok widzicie mini-stosik z jednego dnia: prezenty od znajomej, a na spodzie egzemplarz recenzencki. Obok moja „krówka”, czyli drugi storczyk zakwitł i cieszy me oczy!

Na dole sobotnie śniadanie umilone przez ten pięknościowo opakowany dżem. W sierpniu zdołałam też obejrzeć film, który zachwalała większość moich znajomych, nawet ci, którzy generalnie na takie filmy nie chodzą. Faktycznie, gdy wyłączy się mózg i potraktuje go jako najczystszą rozrywkę, to wtedy można się świetnie bawić! A przerwy w myśleniu o ważnych sprawach zapełniało mi czytanie np. tej książki.

Warszawska panna patriotka w parku na Żoliborzu. Obok pyszne piwo, symbol spotkania blogera piwnego z blogerką książkową. Mieliśmy o czym rozmawiać, oj mieliśmy! W dniu, w którym miałam wizytę u mojego ulubionego fryzjera otrzymałam w prezencie nową książkę Cabre. Poprzedniej nie czytałam, zobaczę więc, jakie wrażenie zrobi na mnie ta jego powieść!

Dolny rząd rozpoczyna foto mojej fryzury. Ja jednak kompletnie nie potrafię robić tzw. selfie! Gdy wyjeżdżałam z Warszawy, to było pochmurnie i deszczowo, a gdy dotarłam do Bydgoszczy, to przywitało mnie błękitne niebo i takie chmurki. A potem kilka dni rozmów z rodzicami, omawiania spraw, które wymagały podjęcia decyzji, ale najpierw przegadania ich na wszystkie strony. I zachodów słońca…

I takich cudnych zachodów, jak te dwa. I spełniania życzeń naszej kotki – chodź tu, podrap mnie po brzuszku, no dalej, czekam już całe 10 sekund!!

Nagle też odzyskałam takie wyróżnienie sprzed lat, czyścioszek jeden mały 😉 Jednak „dni burzy mózgów” minęły błyskawicznie i już wracałam do Warszawy, w towarzystwie czytnika i kawy. Po wielu nerwach i wątpliwościach (ci, którzy śledzą mnie na FB wiedzą, o co chodzi) udało mi się jednak polecieć na spotkanie robocze do Szwecji, na wyspę Sandhamn, która momentalnie podbiła me serce, ot chociażby takimi widokami, jak na ostatniej fotce.

Piękny zachód słońca na wyspie, a na pierwszym tle łódka autorki, która nas gościła. A obok nasza droga powrotna, zaczytane owieczki w samolocie 🙂 W ostatnim tygodniu sierpnia miałam okazję przeczytać przeuroczą (jeżeli lubi się takie książki) powieść „Miód na serce”, a to jej początek.

Kubek, który przysłali mi – razem z innymi drobiazgami – organizatorzy imprezy, na którą w końcu nie dojechalam, czyli See Bloggers 2014. Miły gest! Piątkowy wieczór przeleniłam w towarzystwie Wegnera i testowanego napoju. A sobota była bardzo aktywna – sprzątanie, pakowanie, a potem najpierw cudny piknik w gronie blogerów (ponownie Miasto i Ogród), a potem spotkanie z przyjaciółkami i domowej roboty pizza. Mimo początku – to był bardzo fajny ostatni dzień miesiąca!

To byłoby na tyle. Sporo wyjazdów, sporo spotkań, dużo się działo, wiele myślenia i decydowania, miesiąc pełen emocji!

Zatrzymane chwile #7

Mamma mia, to już siedem miesięcy, kiedy, jak!?!

Nie napiszę nic o upływie czasu, bo i tak mam aktualnie różnorakie jazdy a propos tej kwestii, a na dodatek jeszcze życia, celu, kierunków, decyzji etc. Udaję więc, że nie zauważyłam, że ten czas  tak błyskawicznie leci. Ad rem…

W lipcu działo się sporo, co też widać na zdjęciach. Z miesiąca na miesiąc jest ich więcej! Ciekawe, czy zakończenie wyzwania 100 happy days ograniczy ich liczbę, zobaczymy w sierpniu! A, pamiętajcie, że po kliknięciu na dane zdjęcie zobaczycie jego powiększenie.

Najnowsza książka Stephena Kinga jako umilacz chorowania. Chociaż były takie momenty, gdy nie chciało mi się nawet czytać! Nienawidzę chorować, nie wiem, jak można to w ogóle lubić. Zdjęcie po środku to eksperymenty z funkcją makro. Mimo mojego olbrzymiego wstrętu, nie mogłam się oprzeć widokowi pająka na zmoczonej deszczem pajęczynie! Trzy kolejne zdjęcia wyjaśnień nie potrzebują. Uwielbiam zachody słońca, które można oglądać u moich Rodziców, ach i och! A ten ostatni zachód oglądałam w towarzystwie przyjaciółki z liceum, „odnalazłyśmy się” po latach i widujemy się co kilka miesięcy, zawsze jest fajnie. Cieszę się z podtrzymania tej znajomości! Ostatnie są poziomki prosto z krzaczka, zalety posiadania ogródka!

Pierwsze foto prezentuje przeczytaną część kolekcji książek Murakamiego, uwielbiam te wydania i ich kolory, śliczności! Ciekawa jestem, jak będzie się prezentowała całość, jak już kiedyś przeczytam je wszystkie. Kolejny zachód u Rodziców, nie jestem w stanie – będąc tam – nie uwieczniać tych widoków. Te stosy obok to 70 książek, które trafiły do okolicznych bibliotek. Ponoć panie bibliotekarki były wniebowzięte, więc się cieszę, że w końcu się na to zdobyłam!

Dolny rząd otwiera jeden z najprostszych i najsmaczniejszych wiosenno-letnich obiadów, uwielbiam! „Katedra w Barcelonie”, którą opisałam w ostatnią sobotę w towarzystwie ciasta z truskawkami, to było przepyszne zestawienie 🙂 I ostatni dzień chorobowego, tuż przed ruszeniem w podróż do Warszawy – rozpoczęcie lektury „Kobiety z Impetem”.

A w trakcie podróży – po dzikim upale – towarzyszyła nam ulewa za ulewą. Jednak z dobrą kawą i dobrą książką nic nie było mi straszne. Obok świętowanie rozpoczęcia lektury „Niewidzialnej korony”, należy uczcić kolejną książkę ukochanej autorki. Obok radość z pierwszych egzemplarzy „Sierocych pociągów”, które dotarły do naszego podręcznego magazynku.

A na dole wyniki moich kolejnych eksperymentów z krewetkami, jakie to było obłędnie dobre, o mamuniu… W ubiegłym miesiącu mówiło do mnie wiele przedmiotów – kapsli i butelek. Tymbarkowy kapsel sugerował randkę, taki flirciarz 😉 Ostatnie zdjęcie, to symbol naszego pokoju w firmie – jest najgorętszym pomieszczeniem w budynku i od dłuższego czasu ratuję się tylko lodami na przemian z zimną colą.

Dwa pierwsze zdjęcia obrazują niespodziankę przygotowaną w ramach comiesięcznego spotkania pod hasłem „Blogerzy i przyjaciele”. Tym razem organizator załatwił dla nas degustację różnych wersji Johnniego Walkera, to był zacny wieczór! Ambasador tej marki fantastycznie nam o niej opowiadał, słuchaliśmy jak urzeczeni. Właściwy człowiek na właściwym miejscu! A na koniec odśpiewał nam nawet hymn z filmu „Braveheart”!

Następnie jest przesyłka od Karmi – „dla relaksu” 🙂 Dwa z tych piw już za mną, jeszcze muszę sprawdzić ostatnie. Potem moja ulubiona z roboczych serii, czyli „Szmaragdowa Seria”, bardzo fajne książki! Na środku natomiast pyszne naleśniki z serkiem waniliowym i borówkami. A ostatnie zdjęcie to symbol cudownego czasu, który spędziłam w trakcie pobytu u Padmy z Miasta Książek. Cudnie było!

Zachód, jakim po powrocie z Poznania przywitała mnie Warszawa. Chyba się ucieszyła z mego przyjazdu 😉 A obok katedra w Poznaniu, symbol naszego popołudnia, który spędziłyśmy z Padmą pod znakiem książek Elżbiety Cherezińskiej. Jak to literatura potrafi inspirować! „Więzi krwi” to specyficzny film, ale poruszający bardzo ciekawy temat, relacje międzyludzkie to kopalnia pomysłów dla artystów!

Słonecznik na dole to symbol powolnego i uroczego wieczoru, który spędziłam ze znajomą, której nie widziałam chyba z 1,5 roku, jak nie dłużej. Rozmowy, dobre jedzenie, zimne drinki, a potem teatr nad Wisłą – było super! Kolejne zdjęcie pokazuje właśnie jakie tłumy były na tym przedstawieniu nad Wisłą! Ostatnie zdjęcie to ilustracja urokliwego popołudnia z widokiem na centrum Warszawy. Lubię to miasto, dosyć regularnie dopada mnie ostatnio taka właśnie refleksja.

Sushi, którym uraczyli mnie znajomi, było boskie! I pomyśleć, że dopiero za czwartym razem zaskoczyło i dopiero od tamtego momentu polubiłam te wszystkie maki i inne „kwiatki”. A obok kolejny gadający przedmiot, czyli komplement od butelki Coli 😉 Następnie przepiękne niebo witające mnie w pewien wolny, sobotni poranek.

Dolny rząd to smakowite lektury tejże soboty i kawa w przecudownej urody kubku. Nie mogę się na niego napatrzeć! A po powrocie z zakupów, na których byłam z przyjaciółkami powitał mnie taki zachód słońca. Co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że mam pechowo pod tym względem wybrane mieszkanie, bo by móc się rozkoszować zachodami, to muszę być poza domem. Ostatnie zdjęcie to symbol niedzieli, w trakcie której non-stop od rana do wieczora lało i przełaziła jedna burza za drugą. A ja tak marzyłam o dniu w parku, ech…

W trakcie gorących wieczorów chłodziłam się np. piwem-lemoniadką lub lodami na kolację. Uwielbiam lato! Ostatnie foto związane jest z deklaracją w temacie: OFE czy ZUS?

Na dole roboczy kubek – symbol tego, że stuknął mi rok pracy w tej firmie, a ja tę datę przegapiłam i obudziłam się tydzień później! A czasami ostreeeee przekąski dodają energii w trakcie męczącego dnia. Pościg z burzą i ulewą zakończył się tym, że zdążyłam na spotkanie ze znajomą dotrzeć sucha, ale gdy rozchodziłyśmy się do domów, to i tak nas nieźle zmoczyło. Dobrze chociaż, że ciepło było, bo takich ulew kompletnie nikt się tego dnia nie spodziewał.

Pierwsze foto prezentuje mą dumę – storczyk, którego uratowałam od śmierci ponownie mi sie odwdzięcza i ślicznie kwitnie. Jaka to satysfakcja! Wydawnictwo Bellona sprezentowało mi przemiłe czytadełko oraz zaproszenie na przedpremierowy pokaz jego ekranizacji. To już jutro, więc mam nadzieję, że za kilka dni opiszę i jedno, i drugie.A obok opisów pyszności, pyszności na żywo – te kupione na pobliskim bazarze. Tyle dobra i to prawie za połowę ceny w porównaniu do okolicznych sklepów! Szkoda, ze nie mam tego bazaru po drodze z pracy.

A na dole kolejny sobotni poranek z ciekawą książką i smakowitościami. A te wszystkie butelki to bilety wstępu na imprezę urodzinową u Mati. Dosyć monotematyczni jesteśmy 😉 Ostatnie zdjęcie to powrót do dzieciństwa, czyli delektrowanie się smakiem papierówek. Na wieki wieków będzie mi się kojarzył ze szczenięcymi latami i poszukiwaniem tych już dojrzałych, bo inaczej będzie kwaaaaśno!

A chwilę po tych urodzinach Cola mówi mi takie rzeczy! Fajnie było, to fakt, ale każda impreza musi się skończyć 😉 „Banklady” to niesamowita historia pierwszej w historii Niemiec kobiety napadającej na banki. To ponoć właśnie przez nią trafiły do nich tzw. ciche alarmy! Na następnym zdjęciu widzicie mojego nowego przyjaciela – dysk zewnętrzny, który ma za zadanie pomóc mi w ogarnięciu zdjęć i dokumentów rozrzuconych na trzy komputery. Trzymajcie kciuki za sukces!

Na dole jarskie leczo, które uwielbiam, a które zrobiłam pierwszy raz w tym roku. Wyszło mniamuśne! A ostatnie zdjęcie to kwiaty, które kocham całym sercem, a które widuję – szczególnie w miastach – coraz rzadziej. I między innymi dzięki nim uwielbiam dzielnicę, w której mieszkam!

Oż w mordę, duuuużo tego! Ciekawe, czy ktoś w ogóle dotrwał do końca!

Wpadam na Warmię!

Olsztyn
Fot. Wikipedia, użyt. Mazaki

Chciałam tylko dać znać, że w piątkowe południe zawitam w Olsztynie, gdzie zostanę do niedzielnego popołudnia. Zamierzam się szkolić w foto i wideo, ale przede wszystkim korzystać z uroków Festiwalu Dziedzictwa Browarniczego 😉

Będę również cieszyć się towarzystwem blogerów. Grupa będzie bardzo różnorodna, ale znajdą się także blogerzy książkowi. Będzie np. Maja z Wiecznie zaczytana, Wiktoria z Przeczytaj mnie, Ula z Pełnego Zlewu,  Marcin z Koziolkuj, może Robert z Zakładnika książek.

Jeżeli jakiś molik książkowy, bloger czy nie, nieważne – ma ochotę się spotkać – piszcie tutaj czy na FB. A może jakieś sugestie a propos tego, czego za żadne skarby nie powinnam w Olsztynie pominąć?

Ja już się cieszę na mój przedłużony weekend, a Wam życzę udanej końcówki tygodnia!

Zatrzymane chwile #6

W czerwcu rozszalałam się przeraźliwie, ciekawe, czy to przetrwacie 😉 No nic, zobaczymy! Przez część miesiąca miałam urlop, co też bardziej temu rozpasaniu fotograficznemu sprzyjało. Za to pojawiły się nowe tematy zdjęć, chociaż nadal chyba rządzą ze trzy główne. Ale co tam, zobaczcie sami! Jak zwykle – po kliknięciu na dane zdjęcie, zobaczycie jego powiększenie.

Jajecznica z dobrą wędliną i pomidorami chodziła za mną, chodziła, aż w końcu doszła. Czyli foto z serii „weekendowe rozpuszczanie samej siebie”. Zresztą z tej samej serii jest zdjęcie obok – mój ukochany koktajl truskawkowy, domowej roboty. Truskawki kocham miłością wieczną i niezmienną, co zresztą jasno będzie widać na tych zdjęciach 😉 Obok macie przykład zaczytanych ludków Warszawy. Uwielbiam to, że tak wiele osób tu czyta! Mam wrażenie, że wręcz więcej i więcej. Coraz częściej widzę ludzi czytających w komunikacji miejskiej, na przystankach, w knajpach czy w trakcie czekania tu czy tam (lub wręcz – jak kiedyś podziwiałam – w trakcie wchodzenia schodami na wiadukt, było to lekko przerażające)

Dolny rząd rozpoczynamy zdjęciem z Food Blogger Fest, a konkretnie pralinkami przygotowanymi na tę okazję przez firmę Wedel. Bardzo smaczne i bardzo efektowne. Obok jedna z książek, które w czerwcu zrobiły na mnie największe wrażenie. Lektura dużo lepsza niż się spodziewałam! No i znowu truskawki + książka, połączenie idealne!

U góry pyszny deser, którym ugościli mnie znajomi. Zresztą nie tylko deser był pyszny – cała obiadokolacja była taka. A do tego doborowe towarzystwo oraz nauka gry w Battlestar Galactica (zdjęcie obok). Nie było lekko, nie znam serialu, wszystko dla mnie było bardzo nowe, a zasad trochę jest. Ostatnie zdjęcie to relacja z oczekiwania na umówione spotkanie w Cafe TVN (swoją drogą, ciągle nie przetestowałam tam ciast, a tyle o nich słyszałam od znajomych!), w trakcie którego czytałam świetną książkę, co do której miałam nadzieję, że ją zdobędziemy. Ale chyba ktoś przebił naszą ofertę 😦

Pierwsze zdjęcie z dołu to efekt jednej z wizyt w Lidlu, gdzie obłowiłam się w trakcie tygodnia azjatyckiego, mniam, mniam! Obok zdjęcie z Kawiarni Akademicka, gdzie spotkałyśmy się z trzema innymi blogerkami książkowymi, było bardzo fajnie, dzięki, dziewczyny! No i znowu truskawki, tym razem w wersji de lux, czyli z lodami i pokruszonymi ciastkami czekoladowymi, omnomnomnom…

Hehehe, monotematyczna jestem – tutaj naleśniki z truskawkami i serkiem waniliowym, pychota! Obok tajemnicza – odliczająca czas do końca akcji – przesyłka od Charytatywni Allegro. W tak ciekawy sposób zapraszali do udziału w aukcjach dobroczynnych. A obok zachwyty z początków lektury „Korona śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej, jednej z moich ulubionych polskich autorek. Polecam jej książki z całego serca!

Dolny rząd rozpoczyna zdjęcie przekąsek zakupionych w Lidlu – wszystkie niesamowicie dobre i jak różne od typowych chipsów czy paluszków! Mam nadzieję, że będą w stałej sprzedaży! Środkowe foto obrazuje spotkanie z dobrą znajomą z jednej z poprzednich prac, w trakcie którego testowałyśmy nowe miejsce – kawiarnię OHO, bardzo przyjemne miejsce, polecam! Kończymy fotką „Maja i brokuły”, czyli Wiecznie zaczytana na diecie biegacza. Tutaj po wizycie w Teatrze Syrena, gdzie byłyśmy na świetnej „Skazie”.

„Fotorelacja” z Imienin Jana Kochanowskiego, bardzo przyjemna impreza, szkoda tylko, że w tym roku pogoda była średnia – trochę słońca, trochę chmur, trochę deszczu i burz. A obok pyszne i pewnie niezbyt zdrowe jedzenie, które zafundowałam sobie jako nagrodę po wytrwaniu drugiego trudnego dnia roboczego, czyli niedzieli na Targach Mother and Baby. Nie pytajcie, co tam robiłam, niech Wam wystarczy, że byłam służbowo. Ostatnie zdjęcie symbolizuje pełne wyluzowanie po trzech najtrudniejszych dniach czerwca, relaks ze znajomymi po spotkaniu autorskim, ależ się naśmiałyśmy! Aż mnie mieśnie brzucha i policzków bolały!

Na dole kolejne spotkanie z moimi przyjaciółkami, tym razem w restauracji Leniviec, miejsce przyjemne, ale jedno z wielu takich miejsc. Wybili się z masy kredkami i karteczkami do rysowania, zrobiłyśmy z nich użytek 😉 W środku jeden z moich powrotów do domu, jak ja lubię to miasto, wsiąkłam tu chyba na dobre! A obok już relaks w pełni, czyli doskonała lektura czytana na lotnisku w Modlinie, gdzie oczekiwałam na samolot do Gdańska i rozpoczęcie mego urlopu wizytą u znajomych.

A tu już pełnia relaksu 🙂 Góra to połowa weekendu, czyli dwa dni „hazardzistów”. Przez dwa dni w czwórkę graliśmy w wiele różnych gier planszowych i karcianych. Część była mi już znana, część zupełnie nowa. Tu załapały się na zdjęcia gry już mniej lub bardziej znane. Pierwszy to ulubiona karcianka, czyli Munchkin (jakie te karty są superanckie!), obok moja ukochana planszówka, czyli Carcassonne. Tu w wersji wypasionej – z dwunastoma dodatkami! Rozgrywka zajęła nam cztery godziny, czyli poszło całkiem sprawnie 🙂 Ostatni jest Dixit, o ile dobrze pamiętam z jednym dodatkiem.

Dół to relaks w Trójmieście. Jedno popołudnie spędziliśmy w Centrum Nauki Experyment w Gdyni. Całkiem przyjemne miejsce, dużo wiedzy, frajdy i ciekawostek. Taki trochę młodszy braciszek Centrum Nauki Kopernik. Mnie niezmiennie cieszy, że nauki ścisłe zaczęto przybliżać masom właśnie w taki sposób. Po wizycie byliśmy tak wyczerpani, że musieliśmy zregenerować siły czymś pysznym. Padło na wielkie i bardzo smakowite burgery w Baranola Burger (jadłam Włoską robotę w bułce żytniej i było super!) oraz świetne piwo śliwkowe w Degustatorni. Obydwa miejsca też w Gdyni. A kolejny dzień rozpoczęliśmy późnym, bardzo obfitym i smacznym śniadaniem w Cico w Gdańsku.

Na zakończenie długiego weekendu Gdańsk postanowił rozpieścić mnie słońcem, wybraliśmy się więc do Jelitkowa, pospacerować po okolicy, nasycić oczy widokami, uszy szumem i nawdychać się jodu. Uwielbiam morze! A na środku symbol mojej wizyty – jeden z pięciu kotów moich gospodarzy, niesamowita jest ta ich ferajna 🙂 Ostatnie zdjęcie symbolizuje rozpoczęcie tygodniowego urlopu u Rodziców – czereśnie uratowane przed zakusami szpaków. Wyżarły większość z nich, bezczele jedne!

A teraz to już czyste nicnierobienie i lenienie się. W czerwcu prezentowałam masę zachodów słońca, bo są one tutaj niezmiernie urokliwe, jak to chyba jasno na zdjęciach widać 😉 A na środku kolejne pyszności – truskawki i maliny zjedzone zaraz po zerwaniu ich z krzaczków. Ech… raj!

Czerwiec to niezła pora na pyszności. Porzeczki z ogródka Rodziców oraz jedna z moich czerwcowych lektur, niedawno zresztą opisana na blogu. Pewnego dnia myślałam, że nie będzie zachodu, który mogłabym zaprezentować, nadciągające chmury wyglądały groźnie, ale – jak pokazuje trzecie zdjęcie – natura postanowiła poszaleć i po burzy było jedno z piękniejszych widowisk.

Pewnego dnia miałam szczęście spotkać się z dwiema innymi zapalonymi czytelniczkami – Asią, która jest wierną czytelniczką książek (ale i mojego bloga 🙂 ) oraz Basią z Wrót Wyobraźni. Było cudnie, przegadałyśmy prawie pięć godzin! No i kolejne dwa zachody – jeden łapany z okien autobusu, którym wracałam do domu, a na drugim słońce zaprezentowało się w wąsie i z grzywką 😉

W sobotni poranek, zaczynając lekturę, zachwycałam się, że ta książka pachnie tak, jak te, które pamiętam z czasów wczesnej młodości, piękne to było. A już kilka godzin później zrobiłam fotkę przeczytanej pozycji, dziwiąc się, że „to już?!”. A w niedzielę rozłożyło mnie na dobre choróbsko, wkurzyłam się strasznie, bo kończył mi się urlop i miałam w poniedziałek wracać do pracy. W poniedziałek jednak było tak kiepsko, że rano wybrałam się do lekarza, stwierdził zapalenie zatok i mam przymusowy tydzień na L4. A Mamuśka postanowiła leczyć mnie domowej roboty rosołem, zarąbistym zresztą! A czerwiec pożegnał się ze mną kolejnym uroczym zachodem słońca…

Dotrwał ktoś do końca i przeczytał całość? 🙂 Jak Wam minął czerwiec?

Niespokojnie, w ciągłym poszukiwaniu ("Neuland" – Eshkol Nevo)

israel

Czytałam tę książkę 19 dni, to chyba rekord! Czytałam, czytałam i wściekałam się coraz bardziej…

Mani kochał swoją żonę całym sercem. Po jej śmierci nie potrafi sobie z tym poradzić. Ze znanego, świetnie prosperującego biznesmena zamienia się… w niewiadomo kogo. Nie potrafi sie odnaleźć bez swej ukochanej. W końcu postanawia wyjechać w podróż po Ameryce południowej. I znika.

Jego syn, Dori, postanawia – mimo niesprzyjających warunków – wyruszyć na poszukiwania ojca. Z pomocą lokalnego specjalisty od poszukiwań zaginionych osób przemierza setki kilometrów szukając najmniejszych śladów obecności Maniego. To, na co się natykają coraz mniej przypomina ojca, którego znał Dori. Co się z nim dzieje i kim tak naprawdę jest?

Na dodatek, na drodze Doriego staje Inbar. Kobieta, powodowana impulsem, nie wsiadła do powrotnego samolotu z Berlina, tylko poleciała w podróż w nieznane. Tam, gdzie zaprowadzi ją los. A los postanowił zetknąć tych dwoje i w ten sposób klamrą złączyć to, co działo się na przełomie kilkudziesięciu lat.

Bo to historia nie tylko o dwojgu zagubionych trzydziestokilkulatków z bagażem z przeszłości. To również historia ich rodziców, ich dziadków, historia Izraela, Żyda Wiecznego Tułacza. To marzenie o budowie idealnego świata, ale także o zwykłym życiu z ukochaną osobą u boku. To także jedno wielkie rozliczenie z przeszłością, zarówno na poziomie nacji czy rodziny, jak również na poziomie indywidualnym. Dla Doriego ta podróż to możliwość poznania samego siebie, zrozumienia swoich relacji z ojcem, siostrą, dzieckiem i żoną. Zrozumienia tego, co tkwi w nim samym. Inbar w trakcie tej podróży dojrzewa do decyzji związanych z jej związkiem i pracą, analizuje relacje rodzinne. Podróż tutaj widziana jest jako swoiste katharsis, lek na różnorakie psychiczne okaleczenie pierwszego i drugiego pokolenia Żydów Izraela.

W „Neuland” autor porusza także wątek budowy społeczeństwa idealnego. Idea oparta o „Altneuland”, wynikająca z rozczarowania codziennością w Izraelu, połączona z traumami wynikającymi z wojen, tutaj jest zaczątkiem utopijnego społeczeństwa. Tylko czy ma ono w ogóle szanse się rozwinąć i przetrwać? A może skończy tak samo, jak Izrael i inne ziemie obiecane i wyczekane ojczyzny? A może możliwe jest jednak zapomnienie o historii, traumach, wojnach i zacząć wszystko od nowa?

„Neuland” to powieść napisana z olbrzymim rozmachem. Tyle wątków, tyle przemyśleń, tyle tematów. Ryzykowna konstrukcja, której wielu autorów nie dałoby rady udźwignąć. Jednakże Nevo radzi sobie świetnie. Podróżujemy nie tylko po różnych krajach, ale i po różnych czasach. Opowieść snuje się od czasów drugiej wojny światowej, a autor pięknie zamyka ją spotkaniem i tym, co rozwija sie między Dorim a Inbar. Nie ma tu taniego sentymantalizmu czy ckliwości. Jest piękna relacja dwojga dorosłych ludzi postawionych nagle przed ścianą podsumowań i wyborem – zburzyć mur dotychczasowego życia i podjąć ryzyko czy pozostać w dotychczasowych związkach i tylko śnić. Bo przecież sny to alternatywa dla rzeczywistości…

Ględzę, a nie napisałam jeszcze o tym, dlaczego się tak wściekałam! Dlatego, że nie dano mi tej książki czytać w spokoju, a na to właśnie zasługuje. Opowieść tak wielowątkowa, osnuta na kanwie tak wielu wydarzeń, łącząca tak wiele osób, historii, a na dodatek napisana w tak przepiękny sposób warta jest tego, by czytać ją powoli, wyłapywać niuanse, móc zatrzymać się nad wyjątkowo pięknym zdaniem czy ślicznie napisanym akapitem. A ja – szczególnie przez pierwszą połowę czytania – podczytywałam ją po kilka stron, musiałam odkładać i czytać inne teksty, wracałam na chwilę i byłam coraz bardziej wściekła. Dlatego dobrze radzę – czytajcie ją wtedy, kiedy spodziewacie się dosyć spokojnej lektury!

Zapewne w pełni zrozumieć tę książkę może tylko ktoś, kto dzieli podobną rzeczywistość, jednakże i mnie ona porwała! Z każdą kolejną stroną czułam, że wciąga mnie do środka coraz bardziej. Pytania, które zadaje autor tłukły się (i tłuką dalej!) w mej głowie. Urzekało mnie piękno języka, kunszt opowieści. Naprawdę, niewielu znam autorów, którzy daliby sobie radę z taką książką, dlatego z mej strony pełen szacunek dla Eshkola Nevo.

Polecam, nawet bardzo polecam, dajcie się zabrać w tak niecodzienną podróż!

neulandWydawnictwo: Muza, 2014

Oprawa: twarda

Liczba stron: 624

© 

Chyba mam kryzys

Kryzys wszystkiego. Czytania, pisania, koncentracji, chęci, życia. Jestem już tym baaaaaardzo zmęczona psychicznie, ale też nie wiem, jak to zmienić. Na niczym się skoncentrować nie mogę, zaczynam czytać i po 10 minutach odkładam książkę. Notkę rozgrzebałam i wisi czekając na mą chęć lub litość. Ciągnie mnie do ludzi i rozmów, ale na spotkanie ze znajomymi nie poszłam. Jakaś taka jestem „nietaka”. Normalnie, zaraz się wykończę chyba.

No, to sobie pomarudziłam. Jednocześnie chciałam tylko dać znać, że postaram się napisać coś o którejś książce już niedługo. Trzymajcie jednak kciuki, bo jedyne, na co mam ochotę, to spakować się i ruszyć gdzieś daleko, przed siebie, bez planu i oglądania się na nic…

australia_droga_2