Zatrzymane chwile #8

Sierpień był pełen różnych wydarzeń, mnóstwo się działo, czekały na mnie również różne decyzje do podjęcia. Na nudę więc nie narzekałam! Ciekawe, jaki obraz ułoży się ze zdjęć, zobaczmy!

Najpierw wspomnienie z pobytu w Olsztynie. Byliśmy tam razem z Mają z bloga Wiecznie zaczytana oraz Boomerem z bloga Wszędoblogerski na zaproszenie organizatorów Festiwalu Dziedzictwa Browarniczego i było fajnie! Już cola w drodze do Olsztyna przekonywała mnie, że będzie dobrze 😉 Uczestniczyliśmy tam w warsztatach fotografii produktowej (środkowe górne foto) oraz warsztatach wideo. Poza tym mieliśmy okazję brać udział w bardzo smacznej degustacji piw Browaru Kormoran, o których opowiadał nam prawdziwy pasjonat tematu, bardzo dobrze się słuchało jego historii.

Mieliśmy okazję być chwilę na zamku, zwiedzić centrum miasta oraz spotkać się z blogerami książkowymi z Olsztyna. Piękne mieszkanie Uli zrobiło na nas wszystkich wielkie wrażenie, jest tam bardzo klimatycznie!

Pierwsze foto jest symbolem relaksu po naprawdę ciężkim dniu, miałam wtedy ochotę rzucić wszystko i jechać w dzicz hodować alpaki 😉 Na kolejnych widzicie #darylosu od kanału AXN oraz zaproszenie od Wydawnictwa Bellona, dzięki któremu miałam okazję porównać książkę z filmem, o czym pisałam TUTAJ.

Na kolejnym zdjęciu widzicie rezultat sprzątania, gdy boli mnie głowa, to czasami mi odbija na tyle, by zająć się sprzątaniem. Na środku piątkowy gość, który odwiedził nas w pracy i przyniósł sierpniowe premiery. A ostatnie to zdjęcie z miłego wieczoru, który spędziłam u znajomej – miałam okazję zobaczyć gdzie i jak mieszka, pospacerować po urokliwym parku i przegadać kilka godzin. Było bardzo fajnie!

Najpierw kubek, który pomagał mi w przetrwaniu dnia pełnego rzeczy, których nie lubię, a potem sushi – nagroda dla samej siebie za jego przetrwanie. Leniwy niedzielny poranek i popołudnie spędzone w gronie blogerów, czyli blogośniadanie w Miasto i Ogród, a później wizyta na wyścigach na Służewcu.

W sierpniu udało mi się przeczytać drugi (z trzech) komiksów, które swego czasu otrzymałam w prezencie. Niestety, ten zrobił na mnie mniejsze wrażenie. A na koniec jeden z moich ukochanych owocow w ramach kolacji.

Po męczących zakupach w centrum handlowym pozwoliłam sobie na pyszną pizzę na kolację, a co mi tam! Obok widzicie mini-stosik z jednego dnia: prezenty od znajomej, a na spodzie egzemplarz recenzencki. Obok moja „krówka”, czyli drugi storczyk zakwitł i cieszy me oczy!

Na dole sobotnie śniadanie umilone przez ten pięknościowo opakowany dżem. W sierpniu zdołałam też obejrzeć film, który zachwalała większość moich znajomych, nawet ci, którzy generalnie na takie filmy nie chodzą. Faktycznie, gdy wyłączy się mózg i potraktuje go jako najczystszą rozrywkę, to wtedy można się świetnie bawić! A przerwy w myśleniu o ważnych sprawach zapełniało mi czytanie np. tej książki.

Warszawska panna patriotka w parku na Żoliborzu. Obok pyszne piwo, symbol spotkania blogera piwnego z blogerką książkową. Mieliśmy o czym rozmawiać, oj mieliśmy! W dniu, w którym miałam wizytę u mojego ulubionego fryzjera otrzymałam w prezencie nową książkę Cabre. Poprzedniej nie czytałam, zobaczę więc, jakie wrażenie zrobi na mnie ta jego powieść!

Dolny rząd rozpoczyna foto mojej fryzury. Ja jednak kompletnie nie potrafię robić tzw. selfie! Gdy wyjeżdżałam z Warszawy, to było pochmurnie i deszczowo, a gdy dotarłam do Bydgoszczy, to przywitało mnie błękitne niebo i takie chmurki. A potem kilka dni rozmów z rodzicami, omawiania spraw, które wymagały podjęcia decyzji, ale najpierw przegadania ich na wszystkie strony. I zachodów słońca…

I takich cudnych zachodów, jak te dwa. I spełniania życzeń naszej kotki – chodź tu, podrap mnie po brzuszku, no dalej, czekam już całe 10 sekund!!

Nagle też odzyskałam takie wyróżnienie sprzed lat, czyścioszek jeden mały 😉 Jednak „dni burzy mózgów” minęły błyskawicznie i już wracałam do Warszawy, w towarzystwie czytnika i kawy. Po wielu nerwach i wątpliwościach (ci, którzy śledzą mnie na FB wiedzą, o co chodzi) udało mi się jednak polecieć na spotkanie robocze do Szwecji, na wyspę Sandhamn, która momentalnie podbiła me serce, ot chociażby takimi widokami, jak na ostatniej fotce.

Piękny zachód słońca na wyspie, a na pierwszym tle łódka autorki, która nas gościła. A obok nasza droga powrotna, zaczytane owieczki w samolocie 🙂 W ostatnim tygodniu sierpnia miałam okazję przeczytać przeuroczą (jeżeli lubi się takie książki) powieść „Miód na serce”, a to jej początek.

Kubek, który przysłali mi – razem z innymi drobiazgami – organizatorzy imprezy, na którą w końcu nie dojechalam, czyli See Bloggers 2014. Miły gest! Piątkowy wieczór przeleniłam w towarzystwie Wegnera i testowanego napoju. A sobota była bardzo aktywna – sprzątanie, pakowanie, a potem najpierw cudny piknik w gronie blogerów (ponownie Miasto i Ogród), a potem spotkanie z przyjaciółkami i domowej roboty pizza. Mimo początku – to był bardzo fajny ostatni dzień miesiąca!

To byłoby na tyle. Sporo wyjazdów, sporo spotkań, dużo się działo, wiele myślenia i decydowania, miesiąc pełen emocji!

Zatrzymane chwile #7

Mamma mia, to już siedem miesięcy, kiedy, jak!?!

Nie napiszę nic o upływie czasu, bo i tak mam aktualnie różnorakie jazdy a propos tej kwestii, a na dodatek jeszcze życia, celu, kierunków, decyzji etc. Udaję więc, że nie zauważyłam, że ten czas  tak błyskawicznie leci. Ad rem…

W lipcu działo się sporo, co też widać na zdjęciach. Z miesiąca na miesiąc jest ich więcej! Ciekawe, czy zakończenie wyzwania 100 happy days ograniczy ich liczbę, zobaczymy w sierpniu! A, pamiętajcie, że po kliknięciu na dane zdjęcie zobaczycie jego powiększenie.

Najnowsza książka Stephena Kinga jako umilacz chorowania. Chociaż były takie momenty, gdy nie chciało mi się nawet czytać! Nienawidzę chorować, nie wiem, jak można to w ogóle lubić. Zdjęcie po środku to eksperymenty z funkcją makro. Mimo mojego olbrzymiego wstrętu, nie mogłam się oprzeć widokowi pająka na zmoczonej deszczem pajęczynie! Trzy kolejne zdjęcia wyjaśnień nie potrzebują. Uwielbiam zachody słońca, które można oglądać u moich Rodziców, ach i och! A ten ostatni zachód oglądałam w towarzystwie przyjaciółki z liceum, „odnalazłyśmy się” po latach i widujemy się co kilka miesięcy, zawsze jest fajnie. Cieszę się z podtrzymania tej znajomości! Ostatnie są poziomki prosto z krzaczka, zalety posiadania ogródka!

Pierwsze foto prezentuje przeczytaną część kolekcji książek Murakamiego, uwielbiam te wydania i ich kolory, śliczności! Ciekawa jestem, jak będzie się prezentowała całość, jak już kiedyś przeczytam je wszystkie. Kolejny zachód u Rodziców, nie jestem w stanie – będąc tam – nie uwieczniać tych widoków. Te stosy obok to 70 książek, które trafiły do okolicznych bibliotek. Ponoć panie bibliotekarki były wniebowzięte, więc się cieszę, że w końcu się na to zdobyłam!

Dolny rząd otwiera jeden z najprostszych i najsmaczniejszych wiosenno-letnich obiadów, uwielbiam! „Katedra w Barcelonie”, którą opisałam w ostatnią sobotę w towarzystwie ciasta z truskawkami, to było przepyszne zestawienie 🙂 I ostatni dzień chorobowego, tuż przed ruszeniem w podróż do Warszawy – rozpoczęcie lektury „Kobiety z Impetem”.

A w trakcie podróży – po dzikim upale – towarzyszyła nam ulewa za ulewą. Jednak z dobrą kawą i dobrą książką nic nie było mi straszne. Obok świętowanie rozpoczęcia lektury „Niewidzialnej korony”, należy uczcić kolejną książkę ukochanej autorki. Obok radość z pierwszych egzemplarzy „Sierocych pociągów”, które dotarły do naszego podręcznego magazynku.

A na dole wyniki moich kolejnych eksperymentów z krewetkami, jakie to było obłędnie dobre, o mamuniu… W ubiegłym miesiącu mówiło do mnie wiele przedmiotów – kapsli i butelek. Tymbarkowy kapsel sugerował randkę, taki flirciarz 😉 Ostatnie zdjęcie, to symbol naszego pokoju w firmie – jest najgorętszym pomieszczeniem w budynku i od dłuższego czasu ratuję się tylko lodami na przemian z zimną colą.

Dwa pierwsze zdjęcia obrazują niespodziankę przygotowaną w ramach comiesięcznego spotkania pod hasłem „Blogerzy i przyjaciele”. Tym razem organizator załatwił dla nas degustację różnych wersji Johnniego Walkera, to był zacny wieczór! Ambasador tej marki fantastycznie nam o niej opowiadał, słuchaliśmy jak urzeczeni. Właściwy człowiek na właściwym miejscu! A na koniec odśpiewał nam nawet hymn z filmu „Braveheart”!

Następnie jest przesyłka od Karmi – „dla relaksu” 🙂 Dwa z tych piw już za mną, jeszcze muszę sprawdzić ostatnie. Potem moja ulubiona z roboczych serii, czyli „Szmaragdowa Seria”, bardzo fajne książki! Na środku natomiast pyszne naleśniki z serkiem waniliowym i borówkami. A ostatnie zdjęcie to symbol cudownego czasu, który spędziłam w trakcie pobytu u Padmy z Miasta Książek. Cudnie było!

Zachód, jakim po powrocie z Poznania przywitała mnie Warszawa. Chyba się ucieszyła z mego przyjazdu 😉 A obok katedra w Poznaniu, symbol naszego popołudnia, który spędziłyśmy z Padmą pod znakiem książek Elżbiety Cherezińskiej. Jak to literatura potrafi inspirować! „Więzi krwi” to specyficzny film, ale poruszający bardzo ciekawy temat, relacje międzyludzkie to kopalnia pomysłów dla artystów!

Słonecznik na dole to symbol powolnego i uroczego wieczoru, który spędziłam ze znajomą, której nie widziałam chyba z 1,5 roku, jak nie dłużej. Rozmowy, dobre jedzenie, zimne drinki, a potem teatr nad Wisłą – było super! Kolejne zdjęcie pokazuje właśnie jakie tłumy były na tym przedstawieniu nad Wisłą! Ostatnie zdjęcie to ilustracja urokliwego popołudnia z widokiem na centrum Warszawy. Lubię to miasto, dosyć regularnie dopada mnie ostatnio taka właśnie refleksja.

Sushi, którym uraczyli mnie znajomi, było boskie! I pomyśleć, że dopiero za czwartym razem zaskoczyło i dopiero od tamtego momentu polubiłam te wszystkie maki i inne „kwiatki”. A obok kolejny gadający przedmiot, czyli komplement od butelki Coli 😉 Następnie przepiękne niebo witające mnie w pewien wolny, sobotni poranek.

Dolny rząd to smakowite lektury tejże soboty i kawa w przecudownej urody kubku. Nie mogę się na niego napatrzeć! A po powrocie z zakupów, na których byłam z przyjaciółkami powitał mnie taki zachód słońca. Co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że mam pechowo pod tym względem wybrane mieszkanie, bo by móc się rozkoszować zachodami, to muszę być poza domem. Ostatnie zdjęcie to symbol niedzieli, w trakcie której non-stop od rana do wieczora lało i przełaziła jedna burza za drugą. A ja tak marzyłam o dniu w parku, ech…

W trakcie gorących wieczorów chłodziłam się np. piwem-lemoniadką lub lodami na kolację. Uwielbiam lato! Ostatnie foto związane jest z deklaracją w temacie: OFE czy ZUS?

Na dole roboczy kubek – symbol tego, że stuknął mi rok pracy w tej firmie, a ja tę datę przegapiłam i obudziłam się tydzień później! A czasami ostreeeee przekąski dodają energii w trakcie męczącego dnia. Pościg z burzą i ulewą zakończył się tym, że zdążyłam na spotkanie ze znajomą dotrzeć sucha, ale gdy rozchodziłyśmy się do domów, to i tak nas nieźle zmoczyło. Dobrze chociaż, że ciepło było, bo takich ulew kompletnie nikt się tego dnia nie spodziewał.

Pierwsze foto prezentuje mą dumę – storczyk, którego uratowałam od śmierci ponownie mi sie odwdzięcza i ślicznie kwitnie. Jaka to satysfakcja! Wydawnictwo Bellona sprezentowało mi przemiłe czytadełko oraz zaproszenie na przedpremierowy pokaz jego ekranizacji. To już jutro, więc mam nadzieję, że za kilka dni opiszę i jedno, i drugie.A obok opisów pyszności, pyszności na żywo – te kupione na pobliskim bazarze. Tyle dobra i to prawie za połowę ceny w porównaniu do okolicznych sklepów! Szkoda, ze nie mam tego bazaru po drodze z pracy.

A na dole kolejny sobotni poranek z ciekawą książką i smakowitościami. A te wszystkie butelki to bilety wstępu na imprezę urodzinową u Mati. Dosyć monotematyczni jesteśmy 😉 Ostatnie zdjęcie to powrót do dzieciństwa, czyli delektrowanie się smakiem papierówek. Na wieki wieków będzie mi się kojarzył ze szczenięcymi latami i poszukiwaniem tych już dojrzałych, bo inaczej będzie kwaaaaśno!

A chwilę po tych urodzinach Cola mówi mi takie rzeczy! Fajnie było, to fakt, ale każda impreza musi się skończyć 😉 „Banklady” to niesamowita historia pierwszej w historii Niemiec kobiety napadającej na banki. To ponoć właśnie przez nią trafiły do nich tzw. ciche alarmy! Na następnym zdjęciu widzicie mojego nowego przyjaciela – dysk zewnętrzny, który ma za zadanie pomóc mi w ogarnięciu zdjęć i dokumentów rozrzuconych na trzy komputery. Trzymajcie kciuki za sukces!

Na dole jarskie leczo, które uwielbiam, a które zrobiłam pierwszy raz w tym roku. Wyszło mniamuśne! A ostatnie zdjęcie to kwiaty, które kocham całym sercem, a które widuję – szczególnie w miastach – coraz rzadziej. I między innymi dzięki nim uwielbiam dzielnicę, w której mieszkam!

Oż w mordę, duuuużo tego! Ciekawe, czy ktoś w ogóle dotrwał do końca!

Zatrzymane chwile #6

W czerwcu rozszalałam się przeraźliwie, ciekawe, czy to przetrwacie 😉 No nic, zobaczymy! Przez część miesiąca miałam urlop, co też bardziej temu rozpasaniu fotograficznemu sprzyjało. Za to pojawiły się nowe tematy zdjęć, chociaż nadal chyba rządzą ze trzy główne. Ale co tam, zobaczcie sami! Jak zwykle – po kliknięciu na dane zdjęcie, zobaczycie jego powiększenie.

Jajecznica z dobrą wędliną i pomidorami chodziła za mną, chodziła, aż w końcu doszła. Czyli foto z serii „weekendowe rozpuszczanie samej siebie”. Zresztą z tej samej serii jest zdjęcie obok – mój ukochany koktajl truskawkowy, domowej roboty. Truskawki kocham miłością wieczną i niezmienną, co zresztą jasno będzie widać na tych zdjęciach 😉 Obok macie przykład zaczytanych ludków Warszawy. Uwielbiam to, że tak wiele osób tu czyta! Mam wrażenie, że wręcz więcej i więcej. Coraz częściej widzę ludzi czytających w komunikacji miejskiej, na przystankach, w knajpach czy w trakcie czekania tu czy tam (lub wręcz – jak kiedyś podziwiałam – w trakcie wchodzenia schodami na wiadukt, było to lekko przerażające)

Dolny rząd rozpoczynamy zdjęciem z Food Blogger Fest, a konkretnie pralinkami przygotowanymi na tę okazję przez firmę Wedel. Bardzo smaczne i bardzo efektowne. Obok jedna z książek, które w czerwcu zrobiły na mnie największe wrażenie. Lektura dużo lepsza niż się spodziewałam! No i znowu truskawki + książka, połączenie idealne!

U góry pyszny deser, którym ugościli mnie znajomi. Zresztą nie tylko deser był pyszny – cała obiadokolacja była taka. A do tego doborowe towarzystwo oraz nauka gry w Battlestar Galactica (zdjęcie obok). Nie było lekko, nie znam serialu, wszystko dla mnie było bardzo nowe, a zasad trochę jest. Ostatnie zdjęcie to relacja z oczekiwania na umówione spotkanie w Cafe TVN (swoją drogą, ciągle nie przetestowałam tam ciast, a tyle o nich słyszałam od znajomych!), w trakcie którego czytałam świetną książkę, co do której miałam nadzieję, że ją zdobędziemy. Ale chyba ktoś przebił naszą ofertę 😦

Pierwsze zdjęcie z dołu to efekt jednej z wizyt w Lidlu, gdzie obłowiłam się w trakcie tygodnia azjatyckiego, mniam, mniam! Obok zdjęcie z Kawiarni Akademicka, gdzie spotkałyśmy się z trzema innymi blogerkami książkowymi, było bardzo fajnie, dzięki, dziewczyny! No i znowu truskawki, tym razem w wersji de lux, czyli z lodami i pokruszonymi ciastkami czekoladowymi, omnomnomnom…

Hehehe, monotematyczna jestem – tutaj naleśniki z truskawkami i serkiem waniliowym, pychota! Obok tajemnicza – odliczająca czas do końca akcji – przesyłka od Charytatywni Allegro. W tak ciekawy sposób zapraszali do udziału w aukcjach dobroczynnych. A obok zachwyty z początków lektury „Korona śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej, jednej z moich ulubionych polskich autorek. Polecam jej książki z całego serca!

Dolny rząd rozpoczyna zdjęcie przekąsek zakupionych w Lidlu – wszystkie niesamowicie dobre i jak różne od typowych chipsów czy paluszków! Mam nadzieję, że będą w stałej sprzedaży! Środkowe foto obrazuje spotkanie z dobrą znajomą z jednej z poprzednich prac, w trakcie którego testowałyśmy nowe miejsce – kawiarnię OHO, bardzo przyjemne miejsce, polecam! Kończymy fotką „Maja i brokuły”, czyli Wiecznie zaczytana na diecie biegacza. Tutaj po wizycie w Teatrze Syrena, gdzie byłyśmy na świetnej „Skazie”.

„Fotorelacja” z Imienin Jana Kochanowskiego, bardzo przyjemna impreza, szkoda tylko, że w tym roku pogoda była średnia – trochę słońca, trochę chmur, trochę deszczu i burz. A obok pyszne i pewnie niezbyt zdrowe jedzenie, które zafundowałam sobie jako nagrodę po wytrwaniu drugiego trudnego dnia roboczego, czyli niedzieli na Targach Mother and Baby. Nie pytajcie, co tam robiłam, niech Wam wystarczy, że byłam służbowo. Ostatnie zdjęcie symbolizuje pełne wyluzowanie po trzech najtrudniejszych dniach czerwca, relaks ze znajomymi po spotkaniu autorskim, ależ się naśmiałyśmy! Aż mnie mieśnie brzucha i policzków bolały!

Na dole kolejne spotkanie z moimi przyjaciółkami, tym razem w restauracji Leniviec, miejsce przyjemne, ale jedno z wielu takich miejsc. Wybili się z masy kredkami i karteczkami do rysowania, zrobiłyśmy z nich użytek 😉 W środku jeden z moich powrotów do domu, jak ja lubię to miasto, wsiąkłam tu chyba na dobre! A obok już relaks w pełni, czyli doskonała lektura czytana na lotnisku w Modlinie, gdzie oczekiwałam na samolot do Gdańska i rozpoczęcie mego urlopu wizytą u znajomych.

A tu już pełnia relaksu 🙂 Góra to połowa weekendu, czyli dwa dni „hazardzistów”. Przez dwa dni w czwórkę graliśmy w wiele różnych gier planszowych i karcianych. Część była mi już znana, część zupełnie nowa. Tu załapały się na zdjęcia gry już mniej lub bardziej znane. Pierwszy to ulubiona karcianka, czyli Munchkin (jakie te karty są superanckie!), obok moja ukochana planszówka, czyli Carcassonne. Tu w wersji wypasionej – z dwunastoma dodatkami! Rozgrywka zajęła nam cztery godziny, czyli poszło całkiem sprawnie 🙂 Ostatni jest Dixit, o ile dobrze pamiętam z jednym dodatkiem.

Dół to relaks w Trójmieście. Jedno popołudnie spędziliśmy w Centrum Nauki Experyment w Gdyni. Całkiem przyjemne miejsce, dużo wiedzy, frajdy i ciekawostek. Taki trochę młodszy braciszek Centrum Nauki Kopernik. Mnie niezmiennie cieszy, że nauki ścisłe zaczęto przybliżać masom właśnie w taki sposób. Po wizycie byliśmy tak wyczerpani, że musieliśmy zregenerować siły czymś pysznym. Padło na wielkie i bardzo smakowite burgery w Baranola Burger (jadłam Włoską robotę w bułce żytniej i było super!) oraz świetne piwo śliwkowe w Degustatorni. Obydwa miejsca też w Gdyni. A kolejny dzień rozpoczęliśmy późnym, bardzo obfitym i smacznym śniadaniem w Cico w Gdańsku.

Na zakończenie długiego weekendu Gdańsk postanowił rozpieścić mnie słońcem, wybraliśmy się więc do Jelitkowa, pospacerować po okolicy, nasycić oczy widokami, uszy szumem i nawdychać się jodu. Uwielbiam morze! A na środku symbol mojej wizyty – jeden z pięciu kotów moich gospodarzy, niesamowita jest ta ich ferajna 🙂 Ostatnie zdjęcie symbolizuje rozpoczęcie tygodniowego urlopu u Rodziców – czereśnie uratowane przed zakusami szpaków. Wyżarły większość z nich, bezczele jedne!

A teraz to już czyste nicnierobienie i lenienie się. W czerwcu prezentowałam masę zachodów słońca, bo są one tutaj niezmiernie urokliwe, jak to chyba jasno na zdjęciach widać 😉 A na środku kolejne pyszności – truskawki i maliny zjedzone zaraz po zerwaniu ich z krzaczków. Ech… raj!

Czerwiec to niezła pora na pyszności. Porzeczki z ogródka Rodziców oraz jedna z moich czerwcowych lektur, niedawno zresztą opisana na blogu. Pewnego dnia myślałam, że nie będzie zachodu, który mogłabym zaprezentować, nadciągające chmury wyglądały groźnie, ale – jak pokazuje trzecie zdjęcie – natura postanowiła poszaleć i po burzy było jedno z piękniejszych widowisk.

Pewnego dnia miałam szczęście spotkać się z dwiema innymi zapalonymi czytelniczkami – Asią, która jest wierną czytelniczką książek (ale i mojego bloga 🙂 ) oraz Basią z Wrót Wyobraźni. Było cudnie, przegadałyśmy prawie pięć godzin! No i kolejne dwa zachody – jeden łapany z okien autobusu, którym wracałam do domu, a na drugim słońce zaprezentowało się w wąsie i z grzywką 😉

W sobotni poranek, zaczynając lekturę, zachwycałam się, że ta książka pachnie tak, jak te, które pamiętam z czasów wczesnej młodości, piękne to było. A już kilka godzin później zrobiłam fotkę przeczytanej pozycji, dziwiąc się, że „to już?!”. A w niedzielę rozłożyło mnie na dobre choróbsko, wkurzyłam się strasznie, bo kończył mi się urlop i miałam w poniedziałek wracać do pracy. W poniedziałek jednak było tak kiepsko, że rano wybrałam się do lekarza, stwierdził zapalenie zatok i mam przymusowy tydzień na L4. A Mamuśka postanowiła leczyć mnie domowej roboty rosołem, zarąbistym zresztą! A czerwiec pożegnał się ze mną kolejnym uroczym zachodem słońca…

Dotrwał ktoś do końca i przeczytał całość? 🙂 Jak Wam minął czerwiec?

Zatrzymane chwile #5

Naprawdę polubiłam ten cykl! Zdecydowanie wpasował się w chęć „płodozmianu” i mój fotograficzny fioł 😉 Chociaż może powinnam nazwać to raczej „fiołem uwieczniania wspomnień”, bo nie pretenduję do tytułu fotografa roku. Ale to akurat jest mało ważne.

Znowu pobiłam rekord – 41 zdjęć! O dziwo, jest zdecydowanie mniej książkowo, co zresztą sami zobaczycie. Większość tych zdjęć to efekt mojego udziału w wyzwaniu „100 happy days”. Zwracam uwagę na to, co danego dnia poprawia mi nastrój, uszczęśliwia, wywołuje uśmiech na twarzy. Pozwala mi doceniać bardziej te małe szczęścia, jest to bardzo fajna sprawa!

I jakby co – pamiętajcie, że po kliknięciu zobaczycie większą wersję danego zdjęcia.

Długi weekend majowy wiązał się z pobytem u mnie mojej Mamuśki 🙂

U góry po lewej główna bohaterka, czyli moja rodzicielka. Obok wynik łowów „galeryjnych”, moje były bardzo udane, Mamy też niezłe. Oprócz szaleńst zakupowych były też inne, np. teatr. „Oniegin” w tej wersji był świetną rozrywką, polecam! A wieczorem przed wyjazdem otrzymałam prezent pożegnalny – budyń z domowej roboty dżemem. Mniam!

Przekąska, która wzbudziła mój lekki stupor – „Party mix” dla kotów… No nie wiem, może ze mnie schizol, że nie robię naszej kotce imprez? Cytat z tej recenzji, czyli mój kolejny powód do dumy. Na dolnym lewym zdjęciu kreatywna przesyłka od Muzy, czyli skrzyneczka słodkich pomarańczy (pomarańcze pożarliśmy razem ze współpracownikami, ale skrzynkę udało mi się przywieźć do domu, fajna jest) przysłana razem z książką o Italii. A po prawej stronie symbol wieczoru spędzanego z przyjaciółkami, czyli porcja frytek jedzona w pięć osób tuż przed wyjściem na tramwaj/metro/autobus i powrotem do domów. Super było!

Dzień wśród książek, czyli na czytniku tekst przedwydawniczy, a obok dopiero co odebrana książka „Troje” (właśnie kończę jej lekturę). W majowym zabieganiu znalazła się jednak chwila na 10 minut na słonku. Miło było przy tej fontannie, szczególnie, że obok odbywał się uroczy, nieporadny, nastoletni podryw 😉 Na dole bardziej kulinarnie – jeden z pysznych wiosennych obiadów, czyli domowej roboty ogórki małosolne, młode ziemniaki z koperkiem i sadzone jajka, mniam! A ostatnie zdjęcie prezentuje patio jednej z restauracji, w której lubię jadać od czasu do czasu weekendowe śniadania. Generalnie jest przydrogo, ale śniadania mają w cenach do przyjęcia i bardzo różnorodne. A na dodatek mają tak cudnie kolorowo – polecam „Blue Cactus”.

Jak na złość – w trakcie tak zajętego miesiąca – dopadło mnie potężne przeziębienie. Na początku próbowałam je kurować naturalnie – piwem wiśniowym 😉 Oraz oglądaniem kanału Klaudii Klary. Potem pocieszałam się przepysznymi kruchymi rurkami z kremem i tofii (uwielbiam budkę ze słodyczami niedaleko mego mieszkania, mają tam cudeńka!). Przyszło mi jednak wyposażyć się w „chusteczki”, przeziębienie przejęło władzę nad mym ciałem :/ Jednak pod koniec trafił się miły „uprzyjemniacz” w postaci wieczoru w babskim gronie – sałatka, alkohol i dużo rozmów 😉

Po spotkaniu z dziewczynami było kilka innych spotkań – maj był intensywny nie tylko roboczo, ale też towarzysko. Najpierw było czczenie odwiedzin koleżanki, a potem piwo kokosowe z blogerami 🙂 Storczyk, którego uratowałam od śmierci postanowił się odwdzięczyć i po raz drugi od reanimacji wypuszcza liść i łodygę – bazę pod kwiaty. No i w końcu trochę książek, czyli dzielenie się szczęściem z okazji odebrania takich fajnych przesyłek.

Nastał czas pyszności i coraz częściej na mym Instagramie pojawiają się właśnie foty z zakupów, ewentualnie gotowania. Ale oprócz zdrowych przekąsek czasami skuszę się na coś mniej zdrowego – te chipsy jednak szału nie robią, są ok i tyle. Książka, którą dostałam nagle, w trakcie picia piwka ze znajomymi, wszędzie dorwą blogerów 😉 A ostatnie foto to testowanie nowego smaku Somersby przy lekturze drugiej części „Golem i dżin”. Lemoniada (bo piwem jednak tego nie nazwę) jest pyszna, tak samo, jak wersja jabłkowa, luuuuubię!

Wieczór w Teatrze Kamienica zaliczam generalnie do udanych. Sztuka ciekawa, chociaż nie porwała, to jednak zapewniła rozrywkę. Kolejnego dnia rozrywkę zapewniali barmani w trakcie Ballantine’s Bartender Challenge, spróbowałam wtedy wielu interesujących drinków. W ubiegłym miesiącu – jako ekipa, która miała okazję swego czasu wprowadzać tę książkę na rynek – miałam przyjemność obejrzeć jej filmową adaptację. Jaki to fajny film! I jak dobrze, że zrobili go Szwedzi, a nie Hollywood. Naprawdę bardzo mi się podobało, wyszłam zachwycona! Świetnie dobrani autorzy, piękne ujęcia, dużo specyficznego humoru, świetny poprawiacz nastroju. A na ostatniej fotce widać, że ta książka towarzyszyła mi dobrych kilka dni – tak mało miałam czasu na czytanie w ubiegłym miesiącu!

Górnej fotki pewnie nie trzeba nikomu tłumaczyć. Powstała pierwszego dnia Targów, w drodze na nasze stoisko. O matko, ileż się działo przez te 4 dni! Niesamowite! Pierwszego dnia znalazłam jednak chwilę na to, by pójść na przedpremierowy pokaz filmu „Yves Saint Laurent”. Obawiałam się tego filmu, ale niepotrzebnie. Wywarł na mnie spore wrażenie, szczególnie grą aktorów. W targową sobotę otrzymałam niespodziankę od ekipy magazynu „Książki” – już po raz drugi dotarła do mnie szczególna personalizacja. Świetna sprawa, pomysłowości Wam nie brakuje, gratuluję! A ostatnie foto to słodki relaks w niedzielę po zakończeniu targów. O raju, jaka ja byłam wtedy zmęczona…

Dalszy błogi odpoczynek potargowy. Ale już dzień później aktywny wieczór spędzony z przyjaciółmi i Kinectem. Jakie to fajne ustrojstwo, nie wiedziałam, że zapewni nam tyle ruchu, a jeszcze więcej śmiechu 😉 Kolejny wieczór to pyszna obiadokolacja (szpinak, feta, makaron i prażony słonecznik, mniam!), kończenie książki i soundtrack Amelie w tle. A ostatnie zdjęcie to moje zaskoczenie, gdy zobaczyłam, któż to tłumaczył tę cudną książkę. Potem się już nie dziwiłam tym, jak fajnie się ją czyta 😉

Pierwsze zdjęcie było unaocznieniem mej dumy z tego, że tak regularnie robię ćwiczenia na mój zmasakrowany kręgosłup szyjny. Niestety, duma ta krótką była, bo już wybiłam się z rytmu i robię je coraz rzadziej :/ Muszę się poprawić! Kolejne zaskoczenie „darami losu”, czyli słodka przesyłka od Wydawnictwa Prószyński. A ostatnie trzy zdjęcia zrobione zostały na Food Blogger Fest w Agorze, gdzie wybrałam się po to, by odkrywać nowe zakątki blogosfery, tym milsze, że chyba jasne jest to, że i kulinaria całkiem mocno lubię. Na pierwszym zdjęciu z dwójką blogerów książkowych, na drugim lunch z Meat Meet oraz prezentacja świetnego miejsca, stworzonego przez ludzi z wielką pasją, czyli Meat Love. A na ostatnim torby pełne prezentów, czyli „bardziej opłaca się być blogerem kulinarnym, niż książkowym” 😉

I to byłoby na tyle. Tak wyglądał mój miesiąc. Jak Wam się podoba taka wersja? Lepsza taka foto-gadulcowa, czy też bardziej „sterylna” wersja z poprzednich czterech miesięcy?

Zatrzymane chwile #3

To już trzeci miesiąc, który podsumowuję też graficznie, a nie tylko werbalnie. Dżizzz… Nie ogarniam tego, z jaką prędkością ucieka czas! Ledwo się człowiek obejrzy, a już kolejny tydzień za nim. W tym tempie, to pojutrze będę miała 73 lata! 😉

Generalnie jestem kilkutematyczna. Do książek, jedzenia i kwiatów w tym miesiącu powoli dołączyła wiosna. Zaraz zresztą sami wszystko zobaczycie!

Książkowo było tak…

Było też oczywiście jedzeniowo, jakby inaczej! No dobra, jedzeniowo-napojowo-książkowo 😉

Coraz więcej też u mnie zachwytów nad kolorami, kwiatami, zieloniutkimi listkami i wiosną. Uwielbiam tę porę roku!

Było ciut Warszawy (chociaż dużo więcej tego miasta, jak i wiosny, możecie znaleźć w mych albumach na Facebooku!).

Niesamowite to gmaszysko powyżej, prawda? Taki stary, tajemniczy, przepiękny dom, jakbym miała ze 2-3 miliony (bo pewnie tyle kosztuje), to od ręki bym go kupiła!

Trafiła się też niespodzianka od Magazynu Książki, która zupełnie mnie zaskoczyła – raz, że niespodziewana zupełnie (no ok, niespodzianki najczęściej takie bywają 😉 ), a dwa, że taka fajna, spersonalizowana! Zobaczyć swoje nazwisko na okładce magazynu, to było całkiem przyjemne uczucie 🙂

Były też pojedyncze chwile, które uznałam za warte uwiecznienia, np.:

Bardzo się cieszę, że – wnioskując po ilości komentarzy i statystykach z dni publikacji – ta seria cieszy się Waszym dużym zainteresowaniem! Jest to dla mnie wielka satysfakcja, bo jak już dobrze wiecie – uwielbiam utrwalać chwile w ten sposób i cieszy mnie fakt, że i Wy lubicie tu zaglądać, by je obejrzeć i obgadać. Dzięki!

Zatrzymane chwile #2

Po miesiącu wracam do kwestii mojego najnowszego ulubieńca, czyli portalu Instagram i miesiąca ukazanego w zdjęciach. 34 zdjęcia w 28 dni, no, no… Na serio lubię uwieczniać chwile na fotografiach!

A co się działo w lutym? Spójrzmy… Wszystkie zdjęcia idzie powiększyć kliknięciem.

Jak zwykle duuuużo było u mnie książek i przekąsek, to taka dobra kombinacja!

Było też sporo samego jedzenia! Wychodzi na to, że to moja trzecia pasja – po książkach i zdjęciach 😉

Mantruję o „prawdziwą” wiosnę, więc w tym miesiącu zaczęły się również pojawiać na zdjęciach kwiaty. I to raczej będzie stała tendencja przez następne miesiące.

Były też świetne „dary losu” od wydawnictw i agencji PR. W tym miesiącu na serio się postarali! Me serce podbiły szczególnie soczki Tymbark z moją fotą i dopiskiem „Aga, książkowa bogini” 🙂

Była też podróż do Rodziców, dużo czytania po drodze, piękne zachody słońca i moja ukochana sypialnia na poddaszu…

Są też różności, które nie tak łatwo skategoryzować, na przykład:

Dużo tego było! Nic na to nie poradzę, uwielbiam to 😉 Jak tak patrzę na te zdjęcia, to widzę, że to był całkiem fajny miesiąc, dużo dobrych rzeczy, wydarzeń i ludzi. I oby tak dalej!

Zatrzymane chwile #1

Jak wielu z Was używa portalu Instagram? Ja zaczęłam go używać, gdy zdobyłam pierwszego smartfona, więc pewnie nie przesadnie długo, pewnie około 2 lat. Nie pamiętam. Ważne jest to, że portal ten kocham miłością wielką, większą z miesiąca na miesiąc. Idealne miejsce dla takiego człowieka, jak ja – który uwielbia zatrzymywać chwile „ku pamięci”, ale działać na szybko, bez noszenia ze sobą dwukilogramowego aparatu i dopieszczania każdego zdjęcia przez tydzień. Amatorski pamiętnik fotograficzny i poznawanie ludzi o podobnych zamiłowaniach – świetna sprawa! W każdym razie działam tam bardzo aktywnie już od jakiegoś czasu, możecie mnie znaleźć pod nickiem @ksiazkowo.

To właśnie ten portal + blogi modowe i  lajfstajlowe natchnęły mnie pomysłem na to, by spróbować powracać do tego, co działo się w danym miesiącu poprzez zdjęcia. Wiem, że robię podsumowania miesięczne, co zrozumiałe, ciągnie mnie więc i do tego typu akcji. Ale zobaczymy, jak się w tym odnajdę i również od tego, czy Was to chociaż odrobinę zainteresuje. Na początek – styczeń 2014 w obiektywie! Każde ze zdjęć można powiększyć klikając na nie.

Jak widać – miesiąc pełen książek i drobnych przyjemności. Hedonizm w czystej postaci! Podejrzewam, że ten będzie podobny, zobaczymy!

PS. Wszystkie zdjęcia zostały zrobione przy użyciu Samsung S4 Galaxy Zoom.