Zatrzymane chwile #22

Szczęśliwie dla mej schorowanej dłoni i nadgarstka nadeszla pora na kolejne fotopodsumowanie, a to spokojnie mogę zrobić lewą ręką. A pażdziernik był baaaaardzo pracowity i bardzo zabiegany – ważne premiery, spotkania, festiwale, targi, działo się!

 Przede wszystkim starałam się łapać piękne chwile tej jesieni…

Jak zwykle były też książki i czytanie, bo jakżeby inaczej!

Z tego, co widzę, to była też masa kolorowanek. Miałam wydajny miesiąc 😉

Były wyjazdy okołoksiążkowe, spotkania z fajnymi ludźmi i bolączka, że na to zawsze zbyt mało czasu…

Przy okazji wkręciłam garstkę ludzi w to, że zostałam autorką. Ja! Która od zawsze twierdzi, że zna swoje ograniczenia i w życiu mi do głowy nie przyjdzie pisanie książki. Nie słuchacie! 😛

Były też drobiazgi, różności:

Była impreza z okazji zacnej rocznicy istnienia firmy 🙂 Były piękne poranne widoki. Był przedpremierowy pokaz „Marsjanina” (całkiem przyjemna rozrywka!). Były postanowienia życiowe koleżanki zza biurka obok. Była nowa cudna kolorowanka oraz suche pastele do teł, których niestety nie miałam okazji wypróbować w związku z choróbskiem. Ciekawe, kiedy będę mogła wrócić do tej cudnej rozrywki…

Listopad już powinien być spokojny, zobaczymy!

Wiatr zmian („Tam, gdzie nie sięga już cień” – Hanna Kowalewska)

morze jesień wiatr
Fot. marcin ejsmont (flickr)

Są takie książki, które odbieram każdym zmysłem. Które są tak bardzo prawdziwe, że aż mnie to zawsze zaskakuje. Książki – życie w pigułce i mały masjtersztyk. Oto jedna z nich.

Co mam Wam napisać o fabule? Jest ona tak wielowarstwowa, że albo zostanę na zupełnie powierzchownym poziomie, albo zdradzę zbyt wiele. Powierzchownie? Młoda kobieta odbiera pewnego dnia telegram nadany w imieniu ciotki, która ją wychowywała. Telegram o treści takiej, że Inka natychmiast rusza w podróż nad morze. Znajduje ciotkę na łożu śmierci, męczącą się, walczącą momentami o każdy oddech, ale nie dającą się pokonać śmierci dopóki nie porozmawia z Inką. I tu znajduje się pierwszy poziom – co chce jej przekazać?

A z każdą kolejną stroną rozpakowujemy kolejną warstwę. Tak, jakbyśmy odwijali z papierka kolejny cukierek. Tylko tutaj nie jest słodko i pysznie, tylko… gorzko, smutnie, cukierki są wypełnione żółcią, strachem, zdradą, złymi wspomnieniami, złymi językami.

Mała nadmorska miejscowość, która żyje tylko przez krótki czas w roku, a potem zamiera, to miejsce, w którym każdy jest pod obserwacją. Ludzie wiedzą wszystko, a przynajmniej tak im się wydaje. Dorabiają do swojej powierzchownej wiedzy interpretacje, które uznają za jedyne słuszne, nie dbając o prawdę i o to, czy kogoś tym krzywdzą.

Inka artystka, podrzutek, niepasujący tutaj barwny ptak to stały temat plotek, pomówień, jest zbyt nietypowa, by wzbudzać sympatię wielu mieszkańców. A na dodatek „to wszystko przez nią…”. A co wszystko? I dlaczego przez nią?Tego musicie się dowiedzieć sami!

Przyjazd Inki otwiera swoistą puszkę Pandory. Jest przyczyną wielu zmian, kołem napędowym rozmów, wydarzeń, czynów. Burzy spokój wielu osób, zmienia zastałą rzeczywistość. Jej samej jest bardzo trudno – umierająca ciotka, obmawiający ją ludzie, rodzina Berty, która Inki nie akceptuje, plotki, cienie przeszłości, rozliczenia do zrobienia. Dużo tego jak na jedną, samotną osobę. Ale dlaczego budzi ona tyle niezdrowych emocji? Czytelnik jest tego coraz bardziej ciekawy, wprawdzie coś już wie, czegoś się domyśla, ale czyta niecierpliwie, by poznać całą prawdę. I zrozumieć.

Historię Inki poznajemy jednocześnie z poznawaniem opowieści wielu osób. Wszystko się przeplata, zazębia, a przed naszymi oczami przepływa cała rzeka barwnych, bardzo realnych postaci. A autorka snuje swą opowieść tworząc jednocześnie niezapomnianą atmosferę – opustoszałe miasteczko, wiatr, pojedyncze osoby na chodnikach, koty pod nogami, a na plaży staruszka rysująca dla Boga. A to wszystko opisane stonowanym językiem, który – paradoksalnie! – świetnie podkreśla ogrom emocji, jaki się przez tę książkę przewija.

Hannę Kowalewską poznałam kilka lat temu, przy okazji natknięcia się na pierwszy tom cyklu o Zawrociu. I chociaż kompletnie nie była to wtedy książka w moim stylu, to wpadłam w nią po uszy. Powinnam się męczyć, a nie mogłam się oderwać. Mało znam autorów tej klasy, co ona. Jej oszczędny, teoretycznie suchy styl maluje obrazy tak prawdziwe, że walą mnie po głowie jak obuch. Mam wielki problem z pisaniem o jej książkach, bo generalnie chciałabym się ograniczyć do jednego zdania: są wyśmienite i prawdziwe, czytajcie!

„Tam, gdzie nie sięga już cień” to książka gorzka, smutna, pokręcona. Ale jednocześnie tak dobra, tak pięknie napisana, tak dobrze napisana, że życzyłabym sobie, by wśród polskich autorów namnożyło się jak najwięcej tak dobrze piszących osób.

Chcecie poznać świetną polską prozę? Czytajcie książki Hanny Kowalewskiej. To nie lekkie czytadełka. To książki o prawdziwym życiu.

PS. Ostatnio przeczytałam na jakimś blogu, że to takie lekkie, przyjemne czytadło, czy coś w ten deseń. Zdębiałam, bo wiele można byłoby o tej książce pisać, ale lekkim czytadłem to ona nie jest. Niesamowite jest to różne postrzeganie literatury, aż przez kilka minut zastanawiałam się, czy tę samą książkę czytałyśmy 😉

Zatrzymane chwile #11

To był miesiąc! Niesamowity, wyczerpujący, aktywny tak, że bardziej już prawie nie można! A co się działo?

Po pierwsze – nowa praca! Jakiś czas temu dostałam ofertę zmiany firmy. Rozważyłam wszystkie za i przeciw, i ruszyłam do przodu! Nowa firma, nowe obowiązki, sporo nowości, uczę się wiele, mam poczucie, że się rozwijam, dzieje się mnóstwo!

Po drugie – spotkania autorskie. Miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu Anety Jadowskiej oraz zlocie fanów Dory Wilk, było super! Aneta jest fajna i zabawna, jest dobrą reklamą swoich książek! Drugie spotkanie było również spotkaniem pod znakiem uśmiechu – swoją książkę promował Maciej Mazurek, znany wielu pod ksywką Zuch – z Zuch rysuje i Zuch pisze. Maciek jest tak samo fajny na żywo, jak na blogu (i w książce 😉 ), wszystkim serdecznie polecam podczytywanie jego komiksów oraz czytanie tekstów, bo całkiem mądrze pisze.

Po trzecie – działania bardziej kreatywne. Po fajnej kampanii dotyczącej „Miniaturzystki”, w listopadzie padło na „Przebudzenie” Kinga – kalendarz na 2015, filmik odgrywany po najechaniu na grafikę okładki/kalendarza oraz napój energetyczny – chyba nikt tego jeszcze do książki nie robił. Była też przesyłka dotycząca „Marsjanina” – plakat przedstawiający Marsa oraz hm… hełm kosmonauty 😉

Po czwarte – książki. Na zdjęciach przedstawiałam nie tylko książki, które aktualnie czytam, ale również te, które do mnie w tym miesiącu dotarły. Na przykład długo wyczekiwaną kontynuację książki Riggsa. Co za piękne wydanie! Jest też kawałek jednej z półek z książkami przeczytanymi, bardzo tę część półki lubię 🙂

Po piąte – jedzenie i picie. Mniam! Belgijskie czekoladki, prezent urodzinowy od kumpeli. Restauracja Bombaj Masala, w której spędziłyśmy z przyjaciółkami miły, aczkolwiek emocjonujący wieczór. Poranna kawa w fajnym kubku. Nowe odkrycie, czyli słodko-słonawa czekolada. Rogal marciński i fajne piwo jako zaproszenie na Targi Piwne w Poznaniu. Domowej roboty sushi, pychota! A na koniec przepyszna pizza w „Cuda na kiju”.

A teraz zostały już tylko różności z codziennego życia…

Świetna sztuka w Teatrze Współczesnym – „Taniec albatrosa”. Dowcipna, pełna sarkazmu, ciekawa i dobrze zagrana, polecam! Obok zaproszenie na pokaz „Love, Rosie” – fajną komedię romantyczną. Ciepłą, zabawną, lekko wzruszającą, w sam raz na zimowy wieczór po pracy. Środek nocy, czyli pewnie jakaś 17:30 😉 Jak ja tęsknię za dłuuuuugimi dniami!

Dolny rząd to symbol pamięci rodzicielskiej – byli pierwsi, zrobili mi niespodziankę, nie spodziwałam się niczego poza telefonem z życzeniami 🙂 A w któryś weekend zrobiłam porządki w szufladzie z papierami, znalazłam w niej m.in. właśnie to – wspomnienia dawnych, bardziej rozrywkowych chwil. Obok przykład koszmarku okołowyborczego, brrr…

W listopadzie mój storczyk postanowił poszaleć – jeszcze nie skończył jednego kwitnienia, a już zaczął drugie. Szalony taki 😉 A obok dwa portery uroczej jesieni, szkoda, że już się skończyła!

Na dole dwaj nowi lokatorzy mieszkania znajomej blogerki książkowej – Batman i Lucy, fajne maluchy! A obok nich symbol mojego listopadowego padania na twarz, często zdarzało mi się tak, że wracałam do domu tak zmęczona, że ledwo zdołałam zrobić łóżko. W ten wieczór jednak musiałam mieć sił wystarczająco wiele, by zrobić foto 😉

To byłoby na tyle. Szalony miesiąc, test moich sił. Był fajny, ale jednak trochę się cieszę, że się skończył, może w końcu trochę odsapnę?

Zatrzymane chwile #10

Już dziesiąty miesiąc za nami! Kurna, czas przecieka mi przez palce, trochę mnie to dołuje. Ledwo się obejrzę, a będę staruszką 😉 Przejdźmy jednak do milszych rzeczy! O październiku pisać już nie będę, bo zrobiłam to w książkowym podsumowaniu miesiąca, teraz więc prosto do zdjęć!

Miesiąc rozpoczął się tąpnięciem, czyli tekstem w Wyborczej. A po nim zaczęło się dziać wiele 😉 Relaksowałam się więc książką i herbatką zimową, celebrowałam szampanem i ananasem (tu mrugnięcie okiem dla tych, którzy wiedzą skąd ta inspiracja 😉 ).

Pokazałam też moją ulubioną ścieżkę, którą w weekendy chodzę „po bułki”. W październiku miałam też okazję uczestniczyć pierwszy raz w Wielkiej Warszawskiej. Super! Nawet mimo tłumów, których nie znoszę. Ale ten klimacik – kawaleria, warszawskie kapele, pucybut, stylizacje a la lata dwudzieste, miodzio! A ostatnie foto to kolejna przesyłka od miniaturzystki, intrygowała mnie ta akcja coraz bardziej.

W końcu i w Warszawie udało mi się upolować zachód słońca. A to tylko dzięki temu, że – niestety! – robi się coraz wcześniej ciemno i taki widok czekał na  mnie zaraz po wyjściu z pracy. Obok moje zachwyty przecudownym wydaniem książki Moersa, jaka to jest piękna seria! Następnie moje tête-à-tête z prokuratorem Szackim.

Dolny rząd otwiera zdjęcie z jednej z moich ulubionych lokalnych knajpek – OHO. A obok porządki książkowe, które w końcu poczyniłam, by ogarnąć nowe ułożenie, cały jeden regał do zapełnienia 😉 Ostatnie foto symbolizowało mnie chorą i niemożność podziwiania złotej jesieni inaczej, niż tylko przez okno.

Na początek kolejny piękny kąt Ochoty, lubię tę moją dzielnicę! W październiku stuknęło mi 500 obserwatorów na liczniku Instagrama (właściwie już 547) i wydała mi się to ładna liczba do podziękowania za bycie razem ze mną na tym portalu. A obok słodki kalendarz z serii Leniwa Niedziela, podarunek od znajomego.

Dolny rząd otwierają zdjęcia ze spotkania autorskiego Zygmunta Miłoszewskiego, były tłumy! A w trakcie pobytu w Olsztynie (na Festiwalu do Czytania) odkryłam u Wiki takie cudeńka – Murakami po rosyjsku. A na koniec jeden z moich ulubionych widoków tego miasta. Nie wyobrażam sobie, by PKiN mógłby zostać zniszczony, dziwne pomysły mają ludzie w swych głowach, nie ma co! Dobrze, że jest już zabytkiem i jego zburzenie nie jest takie proste.

Krótko przed zmianą pracy odkryłam, że mamy świetnego dostawcę sushi! Jaka szkoda, że pod nowy adres nie dojeżdża, ech… Takie piękności, jak to, co widzicie na środkowym zdjęciu, znajdziecie właśnie w Pałacu Kultury i Nauki, a konkretnie w Teatrze Dramatycznym. Cudeńko! Ostatnie zdjęcie to symbol przygotowań do wylotu do Gdańska. Z którym miałam masę przygód – opóźnienia pociągów, gigantyczne korki w mieście i pod miastem, gnanie taksówką na lotnisko, dojazd 5 minut przed zamknięciem bramki, uffff… Ale się udało!

Dolny rząd otwiera zdjęcie symbolizujące spotkanie autorskie Jacka Dehnela – jak zwykle było cudnie! Uwielbiam tego autora, jego książki, jego erudycję, cięty języczek, niesamowite oczytanie! Na środku trzecia już miniaturowa przesyłka od Wydawnictwa Literackiego, bardzo ciekawa akcja im wyszła! A ostatnie zdjęcie reprezentuje rozpoczęcie Blog Forum Gdańsk, najważniejszej imprezy blogerskiej roku.

Blog Forum Gdańsk w tym roku odbywało się w przeuroczym miejscu – Teatrze Szekspirowskim. Robi wrażenie! Kolejne dwa zdjęcia, to lans na ściance –  na pierwszym razem z Zorką i Zuchem, a na drugim z groźnym misiem pysiem zwanym Opydo 😉

BFG to również rozmaite przyjemnostki. Był np. koncert Patrycji Kosiarkiewicz. Oraz pyszna kawa, ciastka i czekoladki 🙂 A ostatnie foto to już powrót z Gdańska. Tym razem pociągiem, był więc czas na czytanie.

Po wypadku na Trasie Łazienkowskiej Warszawa stanęła. Masakryczny korek ciagnący się na kilometry we wszystkie strony! A obok znowu pyszne sushi, tak na pożegnanie z byłą pracą. Oraz pamiątka z BFG – roześmiana ja na okładce katalogu Ikei.

Grubo, co? Dużo wyjazdów, dużo spotkań, dużo różnorakich wydarzeń. A zdjęć ciut mniej niż normalnie, ciekawa sprawa. W każdym razie, ciągle uwielbiam Instagram i zapraszam do obserwowania mnie tamże – nick ksiazkowo.

Miłego wtorkowego leniuchowania!

Zatrzymane chwile #9

Wrzesień. Miesiąc świetny i okropny jednocześnie. Masa fajnych wydarzeń, miejsc i ludzi vs. masa stresu, złych emocji, złych ludzi. Wychodzi na zero? Sama nie wiem. Na bank był to jeden z najintensywniejszych miesięcy w tym roku, który doprowadził mnie – mimo urlopu! – na skraj wycieńczenia. Ciekawe, czy październik mnie dobije? 😉

Tak się złożyło, że powyższe zdjęcia to piękne świadectwo pierwszej części mego urlopu – wizyty w Trójmieście. Kocham te trzy miasta, uwielbiam tam bywać, zawsze jest to dla mnie najczystsza przyjemność. I mam nadzieję, że widać to również na tych zdjęciach! Było mi tam świetnie i gdyby nie okoliczności rodzinne, to z chęcią przesiedziałabym tam cały urlop. Piękne jest to nasze wybrzeże! ❤

Jak widać na pierwszym zdjęciu – nowe książki potrafiły mnie dogonić nawet na urlopie. Książkę Yrsy już przeczytałam i nawet opisałam. Jest to niezmiennie jedna z moich ulubionych autorek z zimnej części Europy. Jak zwykle w domu rodzinnym miałam okazję ponapawać się – a przy okazji pospamować obserwujących przepięknymi i bardzo różnorodnymi zachodami słońca. No cóż, jestem uzależniona od tych widoków… Chociaż miałam już okazję przyłapać bardziej jesienne widoki – puste pola, szarość skradająca się powoli opłotkami, chociaż ciągle jeszcze kolory wczesnej jesieni walczą i się nie poddają. I mimo obrzydzenia, jakie czuję do pająków, to ponownie stwierdziłam, że są dosyć twarzowymi modelami 😉

Jak widzicie – druga część mojego urlopu była dosyć monotematyczna: zachody słońca vs. jesień, okraszone książkami 😉 W pewne deszczowe popołudnie zaczęłam mą przygodę z „Głosami Pamano”, których ciągle nie zdążyłam opisać, muszę to niedługo nadrobić! A część urlopu spożytkowałam na dalsze porządki na półkach – półki z książkami przeczytanymi są na jakiś czas wyczyszczone z tych, których nie chciałam dłużej trzymać. A nawet pierwsze książki z tych kiedyś zdobytych, a ciągle czekających na swoją kolej znalazły nowych właścicieli. Na niektóre z tych czekających książek, po kilku latach od zdobycia, nie mam już ochoty.

Zanim wyjechałam do Warszawy, to sporo czasu upłynęło na pakowaniu książek i chodzeniu na pocztę. A i tak trochę dostało się lokalnej bibliotece. Na koniec urlopu kolejny zachód i „przystojniaczek” z ogródka, brrrr… Żebyście widzieli, ile wielgachnych (30-40 cm) sieci pajęczych znalazłam w jednym tylko kącie ogrodu po deszczu, gdy były łatwo zauważalne!

Dolny rząd otwiera foto, na którym prezentuję storczyka typowego i „miniaturkę” i nie mogę wyjść ze zdziwienia, co też z tą miniaturką się stało 😉 Na środku książka autorki, która zupełnie z tym gatunkiem mi się nie kojarzy, niedługo sięgnę i przekonam się, czy warto było! A obok prezent od Tesco i MTV, który do dzisiaj bardzo mnie cieszy – fajne słuchawki, które otrzymałam w najlepszym możliwym momencie. Akurat dojrzewałam do zakupu podobnych, jakby mi ktoś w myślach czytał!

Na pożegnaniu lata ja zajadałam się gofrem z kremem kasztanowym, powidłami śliwkowymi i rumem, a Maja ciastkiem z dziurką. Okazało się, że ta impreza ściągnęła różnych znajomych, których wieki nie widziałam, więc wychodziłam zadowolona. Obok symbol tego, że nawet droga do dentystki może być urocza 😉

Jak widać – jesień przynosi nie tylko masę premier książkowych, ale i imprez. Dwie z nich już za mną, trzecia odbędzie się jutro, a jeszcze tyle przede mną! Wyobraźcie sobie moje szczęście, gdy po powrocie z pracy zastałam taki widok! Regał, pierwsze miejsce na książki w mym mieszkaniu! Przez 3 lata upychałam je do szafek wnękowych, szaf, szuflad i na półkę pod ławą, a teraz chociaż część może egzystować w porządnych warunkach. A na koniec zdjęcie, które symbolizuje sobotę spędzoną w gronie blogerów książkowych i pisarzy – spotkanie w Agorze, nowy numer Magazynu Książki oraz bukiecik kwiatów, który dostałam od Eli Cherezińskiej ❤

Najpierw dwie urocze przesyłki – jedna książkowa, a druga to taka „zapowiedź” książki. Fajnie, że wydawnictwom coraz bardziej chcę się tworzyć coś bardziej kreatywnego, coś spoza schematu. A obok zaproszenie na „Klimakterium… i już” w Teatrze Capitol. Poszłyśmy z koleżanką, uśmiałyśmy się do łez! To nic, że d klimakterium mamy jeszcze trochę, to nic, że humor raczej prosty i rubaszny, ale i tak dobrze nam taki wieczór pełen śmiechu zrobił.

Dolny rząd pod wezwaniem Koozy i Cirque du Soleil. Ciągle jestem tak samo pełna zachwytu, jak zaraz po przedstawieniu, kompletnie mi to nie mija. Przecudowny spektakl, polecam z całego serca! A ostatnie foto prezentuje łóżko, które trafiło się mnie i Eli w trakcie Festiwalu Pióro i Pazur. Całkiem godnie przyjmują tam blogerów, nie ma to tamto 😉

Zdjęcie z gali wręczenia nagród festiwalowych. Na scenie bomba energii, pomysłów i pozytywnej energii, czyli przesympatyczna Mariola Zaczyńska. A obok pan aktor, o którym nie warto wspominać 😉 W końcu udało mi się przeczytać felieton uroczego Mariusza Szczygła, który to tekst wzbudził u niektórych osób wielkie oburzenie. Do dzisiaj nie rozumiem dlaczego. A poniżej prezent, który wprawił mnie w osłupienie – bilet na listopadowy koncert Lisy Stansfield!

A dolny rząd to już tylko przygotowania do i sama premiera serialu „Zbrodnia”. Telewizja AXN zaadaptowała jedną z naszych październikowych książek i nakręciła na Helu polską wersję szwedzkiego serialu. Na ostatnim zdjęciu razem ze Zwierzem Popkulturalnym i Wiecznie Zaczytaną.

Tak wyglądał mój wrzesień. Październik zapowiada się na chyba najbardziej szalony miesiąc roku, ale zobaczymy, może się mylę. Na razie przynosi mi ogrom negatywnych emocji, które próbują zabić mój – bardzo ostatnio dobry – nastrój. Ale nie dam się!

PS. Jeżeli ktoś ma ochotę śledzić me zdjęcia na bieżąco, a może nawet rozmawiać ze mną o nich, tego zapraszam na Instagram, czekam tam pod nikiem @ksiazkowo.

Tego pragnę, tego pożądam…

zaczytana
Fot. Garrett (flickr)

Jesień jest pełna premier. I to by mnie generalnie średnio ruszało, gdyby nie fakt, że wychodzi sporo książek pisarzy, których bardzo lubię i których książki zdecydowanie chcę mieć. Ba! Jest nawet wysokie prawdopodobieństwo, że w końcu solidnie naruszę swoją zasadę niekupowania nowych książek!

Żeby móc sobie poukładać co i jak, postanowiłam zrobić tutaj spis tego, co wpadło na moją listę „koniecznie muszę mieć, bo inaczej padnę!”. Oto ona:

Wszystkich tych autorów uwielbiam niezmiennie od lat i jestem przeszczęśliwa, że pojawią się ich nowe książki. Każdą muszę mieć i przeczytać jak najszybciej. Tak rzekłam! Czyli nie mogę nic przez najbliższe miesiące zamawiać do recenzji 😉

 Na dodatek jeszcze sporo innych książek przykuło mą uwagę. Kiedyś pewnie będę chciała po nie sięgnąć. Jednak trzy spośród nich są na dobrej drodze, by dołączyć do tego sprawdzonego i lubianego od lat grona.

Pewnie o czymś zapomniałam lub czegoś nie znalazłam, no ale cóż, życie. Miała się tu jeszcze pojawić najnowsza powieść Roberta M. Wegnera, która miała ukazać się w październiku, ale niestety, premiera została przełożona na czas nieokreślony. Już sama nie wiem, który to raz 😦

Nooo… to ja wiem, co chcę czytać do końca roku! A Wy robicie takie wielomiesięczne plany? Na co wyczekujecie? Może również na któryś z tych tytułów?