A było tak…

time-3038213_1920.jpg

W 2018 działo się naprawdę dużo! Uwaga, wpis wprawdzie w punktach, ale długi, nie dla pokolenia #TL;DR 😉

  • Nareszcie zaczęłam odpuszczać ludzi, na których mi zależało, a którzy mnie mają w odwłoku, a zaczęłam cenić tych, którym zależy na mnie, chociaż trochę. W 2019 planuję rozwijać taką postawę.
  • W końcu zaczęło do mnie tak naprawdę docierać, że nie wszyscy muszą mnie lubić i akceptować, a mnie to nie musi martwić. Dla osoby wychowanej w postawie „rób wszystko, by zyskać akceptację i sympatię innych” to prawdziwe wyzwanie i jednocześnie wyzwolenie. Też do rozwoju w 2019.
  • Rok, w którym wydarzyło się sporo trudnych zdarzeń. Najtrudniejszą zdecydowanie był udar mojego Taty. Zmienił postrzeganie rzeczywistości, zwrócił uwagę na różne rzeczy i zmienił nasze życie już na zawsze.
  • W kwietniu rozpoczęłam wolontariat w @Teatr WARSawy i była to jedna z najlepszych decyzji tej dziesięciolatki! Spotkałam tam cudownych ludzi, nawiązałam fajne relacje, regularnie spędzam tam interesująco czas, oglądam ciekawe sztuki i koncerty, spotykam mniej lub bardziej pasjonujących artystów, a przede wszystkim – zaglądam za teatralne kulisy, mam okazję trochę „pożyć” teatrem. Cudowna przygoda!
  • Ten rok to był rok mocnej pracy nad relacjami międzyludzkimi. Nie nad tymi powierzchownymi, „znajomościowymi”, ale nad tymi głębszymi. I oprócz udaru Taty było to chyba najtrudniejsze, co mnie w tym roku spotkało. Odkrywanie siebie i innych, zrozumienie zachowań, ich powodów, przejście od emocji (a jestem ostry choleryk!) do rozumu, zrozumienie, co oznacza „być z kimś mimo czegoś, a nie za coś”, oj wyzwanie roku! A to nie koniec, ciągle dużo przede mną!
  • Miałam okazję zrealizować zawodowo kilka naprawdę ciekawych projektów, oby tak było i w 2019 roku! Były to duże wyzwania, kosztowały mnie wiele pracy i nerwów, ale uświadomiły mi zarówno w czym jestem dobra, jak i to, nad czym jeszcze muszę popracować. Przede wszystkim jednak były to ciekawe lekcje i rozwojowe tygodnie, więc zdecydowanie na plus.
  • To pierwszy rok, gdy nie mam zielonego pojęcia, ile książek przeczytałam, ile spektakli zobaczyłam, generalnie: liczenie i spisywanie w zupełności zniknęło z mego życia. Nie będzie też w związku z tym żadnych podsumowań.
  • Jednak o dwóch spektaklach mogę napisać, bo zdecydowanie biją się o miano tych najczęściej oglądanych. To barwny, cudowny, pełen pozytywnej energii „Kinky boots” oraz diabelnie inteligentny tekst, złośliwy humor i świetna interpretacja w „Kompleksie Portnoya”. W 2019 zamierzam kontynuować ich oglądanie, a co!
  • To był diabelnie aktywny rok – praca na etat, stałe zlecenie, które konsumuje mi sporo czasu wolnego, dyżury wolontariackie, a w wolnym czasie ćwiczenia, spotkania ze znajomymi, teatr i sto innych rzeczy, które chciałam lub musiałam ogarniać. Były tygodnie, gdy leciałam na pysk, muszę więc przeanalizować, czy czegoś w 2019 roku nie odpuścić.
  • Był to rok zmian we mnie. Jeszcze długa droga przede mną, ale widzę fajne zmiany, małymi kroczkami idę do przodu, lubię siebie coraz bardziej, jest we mnie więcej wewnętrznego spokoju i wszystko to bardzo mi się podoba. Niech 2019 przyniesie jeszcze więcej takich pozytywnych zmian!
  • Miałam też okazję mniej lub bardziej poznać (i najczęściej jeszcze bardziej polubić, chociaż rzadko – odwrotnie) kolejnych ulubieńców teatralnych, zdobyłam nowych. To jest niesamowite, zaczynając przygodę z teatrem nie sądziłam,że tak wiele z osób, które podziwiam na scenie trafi do grona moich trochę „oswojonych” znajomych. Bardzo to przyjemne, nie będę wciskać kitu, że jest inaczej 😉
  • To rok, w którym – niestety – przestałam właściwie gotować, a zaczęłam na nowo podżerać pierdoły, więc kończę go ze zniszczonymi osiągnięciami wagowymi, jest znowu kilka kilogramów do przodu, trzeba będzie nad tym popracować, bo wcale mi się to nie podoba. Tak samo ma się kwestia z aktywnością fizyczną, która w ostatnim czasie mocno u mnie spadła. I też mi się to nie podoba, więc do zmiany.
  • Właściwie zaprzestałam blogowania. Trochę mi szkoda, ale nie mam już jak tego wcisnąć w grafik. Mogłabym, ale odbywałoby się to kosztem chyba snu lub czytania, na które mam też tak mało czasu, że czytam głównie przy obiedzie w pracy/w komunikacji miejskiej o ile usiądę/czasami w weekend. Więc brak mi chęci oddania czytania w zamian za blogowanie. Ciekawe, czy to się ma szansę zmienić w 2019…
  • Cieszę się z podtrzymywania relacji (oraz kilku nowych) z ludźmi, którzy mają pasję. To jednak niesamowite, jak bardzo pasja potrafi napędzać ludzi i wpływać na ich życie. Że potrafią jeździć po Polsce (i nie tylko!) za ulubionym artystą, poświęcać większość czasu wolnego na to, by śledzić swoich ulubieńców i ich dokonania, chodzić na koncerty/spektakle po xx razy, obdarowywać swoich ulubieńców prezentami czy wręcz przebierać się za bohaterów, których odgrywają. To takie pozytywne, aktywne szaleństwo, które pięknie mi równoważy wizję, że większość ludzi spędza wolny czas siedząc przed telewizorem 😉 I nie musi to być tylko tego typu pasja, każda pasja jest super – haftowanie, zbieranie gadżetów z ukochanego filmu, hodowla roślinek w słoikach, gry planszowe etc. Generalnie coś, co wnosi do naszego życia coś nowego i dodaje pozytywnej energii 🙂
  • To był też rok, gdy zaczęłam interesować się zagadnieniami związanymi z psychologią, czytać magazyny i książki. Niezmiernie to wszystko ciekawe!
  • A z negatywów – był to rok, gdy coraz częściej przerażali mnie inni ludzie: nieskończonymi zasobami niechęci, hejtu, nienawiści, braku empatii, skupieniem tylko i wyłącznie na sobie, agresywnością. Ja żyję w dużej części w takim „bąblu szczęśliwości”, ale gdy z niego wyglądam, to coraz częściej jestem zaniepokojona lub wręcz przestraszona. Boję się pod tym względem przyszłego roku. Boję się go także pod względem materialnym, bo wprowadzane zmiany bardzo mocno się na nas odbiją.

A jaki będzie 2019? Się zobaczy! Mam nadzieję, że będę dla siebie dobra, ale nie odpuszczająca. I że dalej będą następować zmiany w środku, na lepsze dla mnie. A poza tym? Płynę z prądem rzeki, lekko czasami sterując 😉

Świetna robota, Taterko!

the-eleventh-hour-758926_1280

Bądź sobą. Bądź taka, jaką chcesz być. Uwierz w siebie. Polub siebie. Jesteś zajebista, jesteś najlepsza, uwierz w to!

Takie rady dostaję od wielu lat, kolejne przyjaciółki i przyjaciele powtarzają mi to samo, a ja nadal nie potrafię, nadal tkwię w gorsecie ograniczeń, które nabyłam z czasem, przywalona workiem kompleksów. Od kilku dni słucham soundtracku z musicalu „Kinky boots” (o polskiej wersji wystawianej w Teatrze Dramatycznym kiedyś napiszę, na razie odżałować nie mogę, że nie ma polskiej wersji muzycznej do posłuchania) i – o dziwo – właśnie to, razem z rozmowami z dwiema wspaniałymi kobietami, natchnęło mnie do napisania tego tekstu.

Przez lata byłam grubasem (trochę historii TUTAJ). Może jeszcze nie w dzieciństwie, wtedy byłam bardzo aktywnym i normalnie zbudowanym dzieckiem. Jednak zmiany hormonalne w czasie dojrzewania i zmiana trybu życia na kompletnie nieruchliwy (zwolnienie z lekcji WF-u, czytanie setek książek etc.) zaczęły skutkować zmianami wagi. A gdy zaczęło się liceum i docinki klasowych prowodyrek, kompleksy zaczęły się rozwijać jeszcze bujniej, jeszcze więcej siedziałam w domu, więcej przekąsek pod ręką, zero ruchu. Takie błędne koło…

Gdzieś we mnie musiała być jednak baza, która pozwoliła tak bujnie wyrosnąć tym wszystkim kompleksom. Tak czy siak, rozkwitły, przejęły we władanie większość aspektów mojego życia, a już samoocenę wysłały w najgłębsze otchłanie niebytu. Jednocześnie w nawyk weszło mi udawanie, więc pewnie tak de facto mało kto zorientował się – na powierzchownym poziomie – jak źle o sobie myślę, jak wiele we mnie niepewności, obaw, czarnowidztwa, jak to mówi jedna ze wspierających mnie od pewnego czasu kobiet – „samopałowania”. Agnieszka? Taka może zbyt pulchna, ubrana w dżinsy i za duże swetry, ale uśmiechnięta, wyglądająca na zadowoloną i wręcz pewną siebie. Yup, taka byłam latami. A w środku? Lepiej nie mówić… I tak mijały lata, lata i lata. Właściwie spokojnie można powiedzieć, że połowa życia przepadła mi w dużej części w czarnej dziurze przez to, jak bardzo ja (ale też życie i ludzie) ustawiłam sobie ograniczenia wewnątrz siebie. I dopiero od niedawna dociera do mnie, że nie, nie chcę tak dłużej. Chcę wykorzystać pozostałe lata na maksimum, a nie męczyć się sama ze sobą. Dosyć!

I pewnie z tego (chociaż wtedy nie zdawałam sobie świadomie z tego sprawy) wynikały powoli wszystkie te zmiany – fizjoterapia, ćwiczenia wzmacniająco-rozwijające, ćwiczenia budujące formę, zmiana odżywiania etc. A gdy przyszły efekty i zachłysnęłam się chociażby tym, że w końcu mogę się ubierać właściwie we wszystkich sklepach, to powolutku zaczęły się zmieniać inne rzeczy. Zaczęłam baczniej zwracać uwagę na to, jak wyglądam – jakie ciuchy noszę, zaczęłam testować, czy radzę sobie w szpilkach, kupiłam kilka kosmetyków, których wcześniej nie używałam. Zrobiłam się bardziej wyrazista, odważna, zaczynam przyciągać wzrok innych ludzi, powoli jestem gotowa na to, by dać sobie radę z tym, że jestem oceniana przez innych. To małe kroczki, ale jest to codzienna droga do przodu. Nie może być powrotu i koniec!

Ciągle mam problem z tym, że w dużej części ludzie budują mą ocenę samej siebie. To ludzie są lustrem, w którym się przeglądam. Gdy widzę pozytywny odbiór – pochwały co do zachowania, wyglądu, spojrzenia pełne uznania, zachwyty różnego rodzaju – jest mi łatwiej, czuje się lepiej, moja motywacja do działań wzrasta. I to właśnie muszę przepracować, bo tak de facto wiem, że robię to sama dla siebie, a nie dla innych, tylko za długo żyłam według reguł „ważne jest to, żeby innym było dobrze, rób wszystko, by inni Cię lubili”. Zawsze inni byli najważniejsi. A guzik z pętelką! To ja jestem najważniejsza i do tego powoli staram się dorosnąć. Lepiej późno…

Muszę tylko nie przegiąć w drugą stronę – pozytywna motywacja jest ok i niech z jednej strony dalej odgrywa rolę w moim życiu, jednak nie chcę zawędrować w rejony, gdzie ja i tylko ja będę centrum wszechświata (i tak mam z tym problemy 😉 ), chcę tylko poczuć w pełni to, że ja sama jestem dla siebie wartościowa, złapać więcej balansu w życiu. Tylko i aż, bo to cholernie trudne.

W każdym razie ten wpis jest po to, by pokazać, że się da. Zajmuje to mnóstwo czasu i sił, jest to codzienna walka, ale da się! Powolutku widzę zmiany w sobie samej, wiem też, że są one dostrzegane przez znajomych. Mniej więcej od roku często słyszę od różnych osób sformułowanie „Błyszczysz!”. Długo zbywałam je uśmiechem i tyle, jednak w końcu dopuściłam do siebie myśl, że: hej, coś jest na rzeczy, tyle dobrego wypracowałam, tyle fajnych zmian wprowadziłam w życie, czemu do diaska tego nie doceniam? Czemu nie mówię sobie: świetna robota, Taterko!?

A przecież robię zarąbistą robotę! Radzę sobie świetnie – pracuję w fajnej firmie, robię ciekawe rzeczy z interesującymi ludźmi; mam ekstra pasje, które cały czas dostarczają mi przeróżnych emocji i przygód; mam swoje mieszkanie (które oczywiście spłacam, ale to świadoma decyzja); utrzymuję się samodzielnie; przetrwałam wiele „czarnych” momentów; schudłam kilkadziesiąt kilo; wyrobiłam sobie o jakieś 20% więcej mięśni, niż miałam (teraz już prawie połowa mojej wagi to mięśnie!); nie mam już zadyszki przy wchodzeniu na 4 piętro czy podbieganiu do autobusu; wyglądam dobrze, a będę wyglądać jeszcze lepiej; uczę się siebie samej i pracuję nad sobą; pracuję też nad relacjami z ludźmi; zmieniłam nastawienie do wielu rzeczy i wielu zachowań. Grzebię w samej sobie, przepracowuję różne rzeczy, rozwijam się. To od cholery powodów, dla których warto być dumnym, a do wczoraj kompletnie tego tak nie rozpatrywałam! Dopiero jednoczesne konwersacje z dwiema wspaniałymi kobietami mi uświadomiły to samo: mam wiele powodów do dumy, powinnam siebie zacząć doceniać! Świadomie cieszyć się z tego, co już mi się udało i na to, co jeszcze mi się uda! I tak, mam jeszcze bardzo wiele do przepracowania, ale mam też wiele powodów do zadowolenia i dumy. Idę w dobrym kierunku!

I tak, jak uważam, że każdy może zrobić to samo, co ja zrobiłam dla siebie fizycznie (zmiany z przywoływanego wcześniej wpisu), tak samo sądzę, że większość z nas potrafi też zacząć zmieniać to, z czego nie jest zadowolonych. Tylko trzeba do tego dojrzeć, poczuć, że „do diabła, męczę się ponieważ to czy tamto, czy dalej chcę się tak męczyć?!”. Właściwy moment na zmiany pozwoli utrzymać motywację, bo jak dobrze wszyscy wiemy, większość z nas boi się ryzyka, zmian, pracy, która ich czeka. A jeżeli ja jestem w stanie to zrobić, to i Ty także! Warto, oj, jak bardzo warto!

Kiedyś dojdę do momentu, gdy spojrzę w lustro i powiem: jesteś zajebista, Taterka, kocham Cię! I będę tak z całego serca czuła.

PS. A do tego wpisu natchnęły mnie te dwie dzisiejsze rozmowy + fragment jednej z nich, który niezmiernie mnie wzruszył, a przy okazji walnął obuchem przez łeb tym, jak bardzo jest prawdziwy. Kasia Sawicka, moja przyjaciółka, napisała tak:

I przyznaję, że jestem z Ciebie dumna.Pamiętam tego małego upartego osiołka i wszystko na nie. Jakbym siebie widziała 😉 a potem się okazało, że potrafisz przezwyciężyć własne nawyki. Zmienić. Rozpracować swoje słabości.

Dziękuję, Kasiu! :*

Wybaczcie!

Skandaliczna cisza tutaj zapanowała. O książkach nie pisałam wieki, a jak już – bardzo rzadko! – się coś pojawia, to jest to teatr. Cóż, ta pasja aktualnie najbardziej mnie pociąga, jednakże latem wiele teatrów nie pracuje, więc jest szansa na to, że znowu wyrównam liczbę wpisów o książkach.

W każdym razie chciałam prosić o wybaczenie, brak postów to nie efekt olewania i lenistwa, tylko kompletnego wariactwa życiowego. Szukanie mieszkania, negocjacje, zakup, załatwianie spraw urzędowych, remont, wybór mebli, wszystkie te montaże, dowozy, sprzątanie, pakowanie, rozpakowywanie, układanie… Do tego Targi Książki, mnóstwo spotkań autorskich, różne związane z pracą zadania. Na okrasę trochę spotkań ze znajomymi i oczywiście wyjścia do teatru. Ledwie zipię! A pojutrze wprawdzie ruszam na dwutygodniowy urlop, ale spędzam go u rodziców, bo mama ma operację i będę kursować między domem a szpitalem. Mało urlopowo, co?

W każdym razie chciałam tylko dać znać, że żyję, pamiętam o blogu i o Was, tylko potrzebuję chwili na ogarnięcie życia. Dzisiaj w końcu przeniosłam wszystkie pierdoły do nowego mieszkania, najważniejsze rzeczy wepchałam do szaf i klapnęłam na tyłek. Mebli mam połowę, książki stosami zalegają na podłodze, bo jeszcze nawet nie zamówiłam półek, ale co tam, pomyślę o tym w lipcu, po powrocie. A na razie świętuję pierwszą noc na swoim!