Odwieczna walka ("Tam gdzie spadają anioły" – Dorota Terakowska)

Fot. Alex (Flickr)
Fot. Alex (Flickr)

Mała dziewczynka, Ewa, zauważa przelatujące nad domem anioły. Przepiękny widok, zapierający dech w piersi. Mała próbuje zwrócić uwagę rodziców, jednakże oni zbytnio są zapatrzeni w swą pracę, nie ulegają prośbie dziecka. Ewa postanawia śledzić lot aniołów samotnie i tak oto zaczyna się cała historia…

Nad głową dziewczynki toczy się walka dobra ze złem. Białe anioły walczą z czarnymi, a w gronie dobrych jest też anioł stróż Ewy. Niestety, w jego przypadku szala przechyla się ostatecznie na korzyść tego złego, biały anioł – Ave – spada na ziemię, zostaje okrutnie potraktowany i skazany na powolne rozmywanie się niebycie. Dziewczynka bez anioła stróża jest bezbronna, a ich losy są połączone. Coraz częściej przytrafiają się jej nieszczęścia, wygląda na to, że i jej lost jest przesądzony. Czy zdoła przetrwać i znaleźć rozwiązanie?

Książkę „Tam gdzie spadają anioły” Doroty Terakowskiej chciałam przeczytać od wielu, wielu lat. Teraz żałuję, że jej nie przeczytałam zaraz, gdy zrodziło się to pragnienie. Mam wrażenie, że mogłabym ją inaczej odebrać. Wcześniej czytałam aż pięć jej książek i wszystkie mi się podobały. A „Ono” i „Poczwarka” zrobiły na mnie swego czasu wielkie wrażenie. Natomiast ta…

Mam dylemat. Wiem, że gdybym tę powieść przeczytała w młodości, to by mnie zachwyciła. Teraz też ją doceniam. Jest pięknie napisana, pomysłowa, ciekawa. Jednakże jednocześnie widzę w niej naiwność, zbyt dużo zapędów moralizatorskich, takim „dydaktycznym smrodkiem” zalatuje, teza silnie przebija na wierzch, nadawałaby się świetnie do aktualnej tendencji lektur „wg klucza”. Dużo złotych myśli, coś w stylu „Małego księcia”. Wiem, pewnie teraz narażam się milionom, ale ta książeczka też mnie nie porwała. I właściwie porównując obydwie, to wolę Terakowską.

Powieść to interesująca, ale do przeczytania w młodości, nie wtedy, gdy jest się dorosłym cynikiem. A może zbyt wiele słyszałam zachwytów, zbyt wiele „książka mojego życia” i miałam oczekiwania, które poszybowały zbyt wysoko w górę? Teraz już do tego nie dojdę, w każdym razie polecam, ale czytelnikom młodym.

A na mnie czeka jeszcze kilka jej książek, ciekawe, jak mi się one spodobają!

Pierwsza książka przeczytana w ramach akcji CzytaMY!

"Lśnienie" – Stephen King

lśnienie

Klasyka horroru, mówili. Horror wszech czasów, czytaj, bo wstyd nie znać, mówili. A ja opierałam się przez długie lata. W końcu jednak otrzymanie drugiego tomu zmotywowało mnie do przeczytania pierwszego. Przeżyłam.

„Lśnienie” to dla mnie historia szaleństwa, opętania, nieufności i miłości. Opowieść o walce z demonami, zarówno wewnątrz siebie, jak i tymi spoza własnej głowy.

Jack to mężczyzna niespełniony. Wydawało się, że jego talent pisarski zawiedzie go ku wielkiej przyszłości, a ukochana kobieta u boku oraz wspaniały synek będą dla niego motywacją, by dążyć ku takiej właśnie przyszłości. A jednak demony, które od dzieciństwa tkwią w jego duszy, nie dają mu spokoju. Jack coraz częściej zagląda do butelki i w ten właśnie sposób decyduje o losie swoim i swoich bliskich. To takie typowe – najpierw impreza od czasu do czasu, potem coraz częstsze popijanie, pierwsze odwołane lekcje, przychodzenie do szkoły ciągle jeszcze pod wpływem alkoholu, a na końcu wydarzenia, które spowodowały, że Jack postanowił zostać abstynentem. Szło mi nawet dobrze, szkoda tylko, że na jego drodze stanęła w pewnym momencie „Panorama”.

W wyniku splotu okoliczności (które post factum wyglądają ja zaplanowane działanie sił, które stoją za wszystkim, co spotkało rodzinę w hotelu) Jack otrzymuje propozycję nie do odrzucenia – razem z rodziną mają przezimować w hotelu „Panorama”, najwyżej położonej ostoi luksusu w Stanach. Ma on być zimowym dozorcą, nadzorującym prace porządkowe, utrzymanie hotelu w stanie używalności, palenie w piecu etc. Dla postanowionego na krawędzi mężczyzny jest to ostatnia szansa na utrzymanie aktualnego życia i rodziny. Jeden krok, a zmiecie wszystko. Tylko czy aby przyjęcie tej posady to nie właśnie taki krok?

Na początku wszystko jest wręcz sielankowo, przynajmniej z punktu widzenia dorosłych. Jack z zapałem porządkuje hotel i jego otoczenie, a wieczorami kończy sztukę, której skończyć nie mógł przez długie miesiące. Wendy krząta się po hotelu, ciesząc się tym, że jej mąż nie pije i że wrócił do pisania. Jedynym, który nie odnalazł w „Panoramie” szczęścia jest ich mały synek – Danny. Mały już przed przeprowadzką zaczął mieć wizje, które tylko narastały po przeprowadzce. Tu widzi atakującego węża zamiast węża strażackiego, tam krew i kawałki mózgu, a w pokoju 217… Ale cicho-sza! Nie będę zdradzać szczegółów. W każdym razie czeka na niego mnóstwo straszliwych chwil, które mogłyby doprowadzić do szaleństwa dorosłego, a co dopiero takiego malucha.

Danny ma szczególny dar, potrafi m.in. widzieć rzeczy, które dopiero się wydarzą. Jego dar jest silny, bardzo rzadko spotykany. I to właśnie on przyciąga uwagę tego czegoś, co włada „Panoramą”. Tylko co to tak naprawdę jest? Jaka to siła czy siły? Skumulowane emocje setek ludzi? A może coś innego? W każdym razie Danny jest na celowniku tego złego, a ono nie zawaha się, użyje wszystkiego, co może by chłopca dorwać. Również jego własnego ojca.

„Lśnienie” to genialne studium psychozy, szaleństwa w czystej postaci. Jack podaruje chyba każdemu czytelnikowi ostrą jazdę po emocjach. I tu wcale nie chodzi o krew, młotek czy duchy, ale o to, jak powolutku i na początku niezauważalnie pojawia się coś, co steruje naszymi myślami, pojawiają się przemyślenia, które w zdrowym umyśle nigdy by się nie pojawiły. Podszepty, namowy… Do tego kusi powrót do alkoholu, który zapewne – tak sobie to tłumaczy Jack – rozwiązałby wszystkie jego problemy. „Panorama” wyciąga na wierzch wszystkie jego złe doświadczenia, koszmary z dzieciństwa, używa każdej słabostki przeciwko Jackowi, a to wszystko po to, by dorwać jego syna. Czy ojciec zwróci się przeciwko własnemu dziecku?

Bałam się czytać tę książkę. Jestem strasznym tchórzem. Drugie wyjaśnienie – zbyt łatwo jestem w stanie wyobrazić sobie to, co czytam. Nie wiem, które jest prawdziwe, wiem tylko, że właściwie nie chciałam jej czytać, bo bałam się, że nie doczytam. Ale otrzymanie drugiego tomu – „Doktor Sen” – spowodowało, że postanowiłam się przełamać. A i tak czytałam tylko w komunikacji miejskiej, w domu bałabym się za bardzo 😉

Ale przezwyciężyłam własne lęki. Przed tym samym staje młody bohater tej książki. Tylko jego wyzwanie jest niewymiernie większe od mojego. Ten maluch wzbudzał we mnie szacunek ilością wewnętrznej siły, był też nad wiek dojrzały, ale to łatwo tłumaczy dar, który posiadał.

Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie postać Jacka. Jak niesamowicie rzeczywisty był ten psychopata! Do tego doskonale opisana została jego droga do szaleństwa. Jedna z najlepiej dopracowanych, najbardziej realistycznych postaci literackich, z jakimi miałam do tej pory do czynienia.

„Lśnienie” – paradoksalnie! – było pierwszą książką Kinga, jaka zrobiła na mnie wrażenie przegadanej i trochę niedokończonej. Zastanawiałam się, o co chodziło z tymi wszystkimi mafiosami, którzy posiadali hotel na przestrzeni lat i czym tak naprawdę było to coś, które się tam zagnieździło. Mam więc nadzieję, że drugi tom zamknie całą historię!

Przegadana czy nie, ta książka i tak zasługuje na miano wyśmienitej lektury! Horror czy nie, ta książka to i tak genialny portret pewnego szaleńca. Polecam!

PS. Ekranizacji nie obejrzę, bo tego nie wytrzymam, ale uwielbiam Jacka i jestem pewna, że zrobił wyśmienitą robotę jako odtwórca głównej roli!

© 

lśnienieWydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2009

Oprawa: miękka

Liczba stron: 520

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

"Trafny wybór" – J. K. Rowling

 vote

Chciałoby się rzec, że to wszystko przez władzę, chęć wpływania na innych, bycia częścią rady gminy. Chcę być ważny, słyszany, dostrzegany, w centrum uwagi…

Ale byłaby to jednak półprawda, bo w tej powieści zazębia się tak wiele różnorakich czynników. Na początku poznajemy niejako gwiazdę małego miasteczka Pagford – Barry’ego Faibrothera. To powszechnie szanowany radny, ojciec czwórki dzieci, szczęśliwy mąż, trener i osoba, która wierzy w dobro w każdym człowieku. To on zajmuje się zbłąkanymi nastolatkami, daje przykład innym i pokazuje, że Pagford to przecież cudowne miejsce do życia.

Jednakże na miasteczko spada okrutny cios od losu – Barry umiera. Cios niespodziewany, bo mężczyzna wydawał się pełen sił, miał wiele planów i marzeń, tylko ostatnio bolała go głowa. Nikt nie przewidywał, że jest to znak ostrzegawczy przed ciosem. Część osób przyjmuje jego śmierć histerią i wszechogarniającym smutkiem, a część cieszy się z tego, że z rady zniknie członek, który stosował niestandardowe metody pracy, wierzył we wspólne istnienie różnych grup społecznych i na dodatek – o zgrozo! – wspierał ludzi z marginesu społecznego.

Śmierć Barry’ego uruchamia lawinę zdarzeń. Zwalnia się miejsce w radzie miejskiej, co otwiera furtkę do walki o władzę. Różne stronnictwa zabierają się do pracy, a kandydowaniem zaczynają interesować się nawet te osoby, które nikt by o to nie posądził. Brutalny nieudacznik, znerwicowany wicedyrektor szkoły, rozpuszczony mamisynek. Czy znajdzie się wśród nich godny kandydat?

Cała machina walki o władzę obserwowana jest również przez młodsze pokolenie – nastolatków, z którymi pracował Barry, córki i synów tych, którzy odgrywają w tej rozgrywce główne role. Młodzi odbijają jakby w krzywym zwierciadle wszystko to, co dzieje się w świecie dorosłych. Ale nie są oni biernymi obserwatorami, o nie! Ich rola w rozgrywce jest bardzo istotna, swymi czynami kształtują to, co dzieje się w świecie dorosłych, wpływają na wydarzenia, chociaż nie zawsze świadomie czy w sposób taki, jaki planowali.

„Trafny wybór” to opowieść o ludziach i relacjach międzyludzkich. Autorka zaprosiła nas do świata, w którym – tak, jak w rzeczywistości nas otaczającej – każdy dom skrywa wiele tajemnic, ludzie prezentują na zewnątrz maski, odgrywają role, a prawdziwe ich twarze ukazują tylko wśród najbliższych lub przyjaciół. Miasteczko pełne jest tajemnic, małomiasteczkowej wizji świata, bardzo wiele tu negatywnych emocji.

J. K Rowling w tej książce ukazała nam bardzo szeroki przekrój społeczny i charakterologiczny. Od przewodniczącego rady miejskiej po zaćpaną matkę oddającą się każdemu, byle tylko dostać kolejną działkę narkotyku. Od gwiazdy klasowej po odrzuconą nastolatkę, która nie potrafi sobie poradzić sama ze sobą, ale wierzy, że zdoła uratować siebie i braciszka z bagna patologii. Bogactwo bohaterów, uczuć, przeżyć, to wszystko gwarantuje nam „Trafny wybór”.

Nie wiedziałam, czego się po tej książce spodziewać, przecież autorkę znałam tylko w teorii, nie czytałam wcześniej przygód Harry’ego. Teraz już wiem, że potrafi pisać. Książka jest według mnie spójną całością, która bardzo ciekawie przedstawia rozwój sytuacji i bohaterów. Trochę mi się momentami dłużyła, ale wynikać to może z faktu, że czytałam ją zrywami, bo czasu wolnego miałam mało i czytanie odbywało się głównie w podróży komunikacją miejską. Jednakże całość oceniam bardzo pozytywnie, a już końcówka wywołała we mnie burzę emocji. Nie mogłam uwierzyć w to, że autoka postanowiła tak zakończyć tę opowieść, chociaż teraz uważam, że rozegrała to fabularnie bardzo dobrze, ale jednak, czytanie bolało.

„Trafny wybór” dosadnie ukazuje to, jacy często bywamy. I nie jest to miły obrazek…

trafny wybórWydawnictwo: Znak, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 512

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

© 

"Gdy poluje lew" – Wilbur Smith

myśliwy

Dawno temu Wilbur Smith należał do moich ulubionych pisarzy. Na jakiś czas rozeszły się nasze drogi, ale dzięki Kalio nabrałam ochoty na sprawdzenie, czy mimo upływu lat będzie nam nadal po drodze. Czy było?

„Gdy poluje lew” to pierwszy tom imponująco długiej przygodowej sagi rodzinnej dotyczącej rodu Courteneyów. XIX wiek, tereny aktualnie należące do Republiki Południowej Afryki. Na dobrze prosperującej farmie żyją dwaj bracia – Sean i Garrick – wraz z rodzicami. Chłopcy spędzają dzieciństwo bardzo szczęśliwie, każdą wolną chwilę wykorzystując na wędrówki, tropienie zwierząt, zabawy z psem, jazdę konno. Wolni i szczęśliwi. Jednakże pewnego dnia wydarza się coś, co rzutuje na całe ich dalsze życie, stosunki rodzinne, na wszystko.

Chociaż początek ukazuje losy całej rodziny, to potem mamy okazję towarzyszyć Seanowi w jego przygodach. Jest ich wiele, Sean nie boi się podejmować ryzyka i chociaż często dostaje po głowie i po tyłku, to najczęściej wychodzi na tym ryzykanctwie dobrze. Co wcale z kolei nie oznacza, że los oszczędza mu tragedii i rozczarowań, o nie!

Wilbur Smith ma rzadki dar snucia opowieści. Tworzy historię tak, że czytelnik ma wrażenie, że stoi obok bohatera, w tym upale pot spływa mu po plecach, muchy brzęczą dookoła, a z daleka dolatuje trąbienie słoni. Na dodatek autor pisze tak, że wodzi czytelnika za nos i co chwilę funduje mu kolejne niespodzianki, angażując go jednocześnie emocjonalnie w akcję książki. Przynajmniej ja tak miałam – kompletnie nie mogłam się oderwać od lektury, przeżywałam wszystko to, co się działo jak szalona.

Muszę też napisać kilka dobrych słów o bohaterach. Są bardzo ludzcy, z całym dobrodziejstwem inwentarza i zróżnicowaniem, jaki nasz gatunek reprezentuje. Smithowi udaje się najczęściej stworzyć postaci w taki sposób, że nie są jednoznacznie dobre czy złe, a na dodatek idzie je lubić. Sean jest pełnokrwistym liderem, urodzonym, by ciągnąć za sobą tłumy, urzekać i przewodzić. Taki charyzmatyczny drań o całkiem dobrym sercu. Główny bohater, któremu chce się kibicować, życzy mu się dobrze i którego porażki przeżywa się mocno razem z nim. Taki, którego losy chce się śledzić jak najdłużej, więc ja bardzo cieszę się, że jeszcze tyle przede mną! Chociaż oczywiście zakładam, że nie wszystkie tomy będą opisywały to, co będzie się z nim działo 😉

„Gdy poluje lew” to nie tylko świetnie napisana i porywająca powieść przygodowa, to także książka, która przy okazji, jakby mimochodem, przybliża nam dzieje tego zakątka Afryki. Możemy poznać jego historię, mieszkańców, konflikty między nimi, to, jak się zachowywali, ubierali, gotowali, zalecali do siebie etc.

Świetna narracja, wciągająca i zaskakująca akcja, bardzo przekonujący bohaterowie i piękne opisy – to wszystko spowodowało, że książkę połknęłam migiem i teraz bardzo żałuję, że aktualnie muszę przeczytać inną książkę z biblioteki (bo akurat nadeszła moje kolejka, a po mnie jest wiele osób oczekujących), a potem muszę przeczytać pożyczoną książkę i dopiero wtedy będę mogła sięgnąć po kolejny tom. Jaka szkoda, bo chciałabym już teraz czytać o tym, co wydarzy się dalej!

gdy poluje lewWydawnictwo: Amber, 1992

Oprawa: twarda

Liczba stron: 415

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 6/6

Cykl: Saga rodu Courteneyów, tom 1

© 

„Pół życia” – Jodi Picoult

Shaun

Luke Warren to człowiek, którego życiem kieruje pasja. Niesamowity przyrodnik, o bardzo nowatorskim podejściu do obiektów swego zainteresowania, czyli wilków. To ich watahy najpierw przez lata obserwuje w parku przyrodniczym, a potem podejmuje decyzję, jakiej nie podjął chyba nikt przed nim – zamierza pojechać w kanadyjską puszczę i postarać się dołączyć do dziko żyjącej watahy! Dla jego bliskich brzmi to jak ogłoszenie „zostawiam Was i jadę zginąć”. Luke nie daje się przekonać do pozostania z rodziną, znika na dwa lata.

I właśnie to wydarzenie bardzo mocno wpłynęło na przyszłość jego najbliższych. Właśnie ta decyzja tak naprawdę zapoczątkowała rozkład jego rodziny. Po powrocie Luke’a do cywilizacji nie potrafili się odnaleźć. Luke kompletnie nie wiedział, jak po tych 2 latach przebywania między zwierzętami, w świecie prostoty i ciszy, jasnych reguł, ma na nowo funkcjonować w świecie ludzi. Nie potrafił także na nowo wejść w strukturę rodziny i podtrzymywać więzi z najbliższymi. Skończyło się typowo – rozpadem rodziny. Syn uciekł na drugi koniec świata, córka zamieszkała razem z Lukiem, a była żona założyła nową, normalnie funkcjonującą rodzinę. Mijają lata…

To jednak jest tylko preludium do rzeczywistej opowieści. Z tą czwórką spotykamy się w momencie szczególnym – Luke odbierał Carę z imprezy, na którą się wykradła, w drodze powrotnej mieli wypadek samochodowy. Cara ma złamany obojczyk, a Luke w bardzo złym stanie trafia na oddział intensywnej terapii. Po wielu zabiegach i badaniach lekarze stwierdzają, że już do końca życia pozostanie w stanie wegetatywnym, że jego mózg właściwie już umarł, a maszyny muszą podtrzymywać wszystkie funkcje jego ciała, włącznie z oddychaniem.

Decyzję o tym, czy zaprzestać podtrzymywania jego życia, czy nie, mają podjąć jedyni – według prawa  – jego krewni, czyli jego dzieci: niepełnoletnia Cara i pełnoletni, ale nieobecny przez lata Edward. Cara zżyta z ojcem, dzieląca po części jego pasję do wilków, mieszkająca z nim przez ostatnie lata. Edward, który uciekł do Tajlandii po gwałtownym konflikcie z ojcem i który wydaje się go nienawidzić, ale który otrzymał od ojca (przed jego wyjazdem do puszczy) upoważnienie do podejmowania decyzji w sprawie jego życia i śmierci. Jak się to potoczy? Czy będą potrafili się porozumieć? Jaką podejmą decyzję?

Niesamowita książka! Po pierwsze – cały czas miałam wrażenie, że czytam historię Shauna Ellisa i jego wilków. Aż żałowałam, że nie miałam książki „Żyjący z wilkami” przy sobie, by móc skonfrontować pewne informacje. Jednak na końcu książki Picoult wyjaśniła, że inspirowała się jego dokonaniami naukowymi, jego wyjazdem w dzicz i życiem z wilkami, generalnie całą strefą zawodową, jednak prywatną nie do końca. Co zresztą jest jasne, bo chociaż Shaun również przeżył kłopoty rodzinne, to nie skończyły się one w taki sposób. Z jednej strony znajomość jego i jego książki była niesamowicie inspirująca w trakcie czytania książki Picoult, z drugiej strony świadomość rozbieżności między życiem pierwowzoru a jego literackiego odbicia trochę mi przeszkadzała.

Nie zmienia to faktu, że czytałam wręcz z zapartym tchem! Picoult ponownie świetnie rozgrywała wielopoziomowe konflikty zapoczątkowane przez laty, zaognione, nierozwiązane i – teoretycznie – pogrzebane. Jak zwykle mamy też spojrzenie na sytuację i jej bohaterów z kilku punktów widzenia, co zresztą bardzo w jej książkach lubię. Tym razem – dla odmiany – niewiele działo się w sądzie, chociaż  w grę ostatecznie wchodziła pani kurator, to jednak nie było ciągnącej się miesiącami sprawy sądowej, wszystko rozegrało się błyskawicznie.

Sama nie wiem, czy to dlatego, że znałam historię Shauna, czy dlatego, że kocham wilki, czy też sama część fikcyjna z kwestiami eutanazji, aborcji, jawnych i ukrytych konfliktów, czy tez kombinacja tego wszystkiego sprawiła, że nie mogłam się od tej książki oderwać! Zarówno poprzednia czytana przeze mnie książka tej autorki („Tam gdzie ty”), jak i ta, są wyśmienite i polecam je wszystkim, którzy lubią przejmujące, angażujące emocjonalnie dobre czytadła obyczajowe.

PS. Okładka według mnie kompletnie nietrafiona, niestety.

PS. Przepraszam,  ale na Wasze komentarze pod poprzednią notką zareaguję trochę później.

© 

pół życiaWydawnictwo: Prószyński Media, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 464

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 6/6


„Miłość, szkielet i spaghetti” – Marta Obuch

Wydawnictwo: SOL, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 334

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

Trzy szalone siostry, jeden genetyk-paleoantropolog, jeden policjant, jedno miasto – Częstochowa. Och, zapomniałam, jeszcze włoska mafia do kompletu. Szalona kombinacja? A jakże, o to przecież chodzi!

Dorota czuje się przytłoczona przez matkę i ciotkę, z którymi mieszka, postanawia się wyprowadzić. Znajduje więc idealną pracę u idealnego mężczyzny – pięknego Włocha zwanego pieszczotliwie Aldente. Ma być jego gospodynią, opiekunką, sprzętaczką i właściwie również kucharką. Na dodatek ma gotować też dla jego współpracowników, razem dla siedmiu krewkich mężczyzn. Dorota jednak nie potrafi gotować, ale od czego ma rodzinę?

Julia, to psychoterapeutka. Na tyle uznana w tym środowisku, że pewnego dnia klient, który próbuje się wkupić w jej łaski i przekonać ją do zajęcia się jego terapią, daje jej prezent – Alfę Romeo. Julia, pozbierana w życiu zawodowym, w życiu prywatnym liże wiele rozmaitych ran. Dlatego bardzo nieufnie traktuje mężczyznę, który pojawia się na horyzoncie.

Ewelina, najmłodsza z sióstr, jest bardzo przebojową, pewną siebie osobą, która zawsze dąży do tego, by dostać to, czego chce. Bezczelnie wsadza nos tam, gdzie tylko może go włożyć. A interesuje ją praktycznie wszystko. Szczególnie jeżeli dotyczy to jej sióstr lub daje jej okazję do zabłyśnięcia i popisania się.

To szalone trio ma równie szalone pomocniczki – ich matkę i ciotkę. Zwariowane starsze panie o wybitnych umiejętnościach kulinarnych. Tym pięciu kobietom na drodze staje włoska mafia. A także tajemnicze odkrycie poczynione w trakcie wykopalisk archeologicznych na Jasnej Górze. Do tego pewne tajemnicze bractwo, tunele łączące Jasną Górę z kilkoma miejscami poza miastem, upozorowanie morderstwa… Sporo będą miały na głowie, oj sporo!

Jeszcze niedawno nie wiedziałam o istnieniu Marty Obuch. Natknęłam się na jedną recenzję tej książki, w której to recenzji ktoś porównywał ją z Panem Samochodzikiem i wczesnymi książkami Joanny Chmielewskiej. Z porównaniem do książek Nienackiego nawet się po części zgodzę, chociaz byłby to bardziej Pan Samochodzik dla kobiet. Autorka wydaje się też faktycznie czerpać ze stylu Chmielewskiej – nagromadzenie absurdalnych sytuacji, wariaccy bohaterowie, nawet styl dialogów bywa dosyć podobny. Jednakże troszkę rozeszło się nam poczucie humoru. O ile „wczesna Chmielewska” budzi we mnie wręcz paroksyzmy śmiechu, nie jest w stanie go krępować nawet obecność innych ludzi (dlatego nie czytam jej książek w podróży 😉 ), to tutaj głównie tylko uśmiechałam się półgębkiem, a tylko kilka razy parsknęłam śmiechem.

Nie zmienia to faktu, że jest to naprawdę przyjemna, lekka, relaksująca lektura. Idealna na przykład na weekend po ciężkim tygodniu. Bardzo dobrze mi się ją czytało i zdecydowanie chcę sprawdzic, jakie wrażenie na mnie zrobią na mnie inne książki Marty Obuch. Brakowało mi do tej pory młodej autorki polskiej, która pisałaby komedie kryminalne, więc sporo sobie obiecuję!

© 

„Okruchy dnia” – Kazuo Ishiguro

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1997

Oprawa: miękka

Liczba stron: 204

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Niektórzy ze stałych czytelników pamiętają zapewne, że już kiedyś – króciutko – polecałam Wam tę książkę. Pisałam o niej TUTAJ, dosłownie w kilku słowach. Teraz nadeszła pora na coś więcej.

„Okruchy dnia” to książka pozornie tylko do opisania. Gdybym chciała tylko pozostać na powierzchni, to mogłabym napisać, że jest to historia życia skostniałego angielskiego kamerdynera, gospodyni, domu w którym oboje służą oraz rodziny, do której tenże dom należy. Tylko wtedy pewnie nikt by nie sięgnął po tą książkę, a na dodatek byłabym dla niej mocno niesprawiedliwa.

Ta ksiażka jest jak cebula, ma wiele warstw, sporo z nich jest tak cierpkich, jak to warzywo, a i osoby bardziej wrażliwe mogą mieć kilka razy mokre oczy. Dlaczego?

To książka o prawdziwym powołaniu do zawodu, o oddaniu, lojalności, poświęceniu. Stevens, to kamerdyner, których już od dawna na świecie nie ma. Służba, zarządzanie domem w taki sposób, by nikt nie odczuł nawet najmniejszej niedogoności, by w ogóle o domu, jego i swoich potrzebach nie musiał myśleć. Godność osobista i bycie najwyższej klasy kamerdynerem wydaje się być niekwestionowanym życiowym celem Stevensa. Od pracy nie jest go w stanie praktycznie nic oderwać, życie prywatne jest jej podporządkowane w zupełności. Służba każdego dnia, od rana do – często – późnej nocy, bez urlopu, bez chorobowego, bez dni wolnych. Tak przez kilkadziesiąt lat wygląda życie Stevensa. Szczęście osobiste zostaje zastąpione przez spełnienie zawodowe. Przez ten czas właściwie nigdy nie przychodzi mu do głowy, że mógłby założyć rodzinę, żyć inaczej. Aż nastają nowe porządki – posiadłość kupuje nieokrzesany Amerykanin, który – o zgrozo! – nie dość, że żartuje ze służbą, to wysyła kamerdynera na wakacje. A tenże decyduje się pojechać na drugi koniec Wielkiej Brytanii, do byłej pannyKenton, zaproponować jej ponowne prowadzenie domu.

I tak zaczyna się ta część powieści, którą można byłoby ośmielić się nazwać opowieścią drogi. I jak to zawsze jest z tego typu opowieściami – służy ona przemyśleniom, oczyszczeniu, dojrzewaniu do decyzji. Tak samo jest ze Stevensem. Pod kołami znikają kolejne kilometry, a w jego głowie przesuwają się kolejne lata, wydarzenia, osoby. Czy jego życiowe decyzje były słuszne? Czy godnie sprawował swoją rolę? Czy powinien oceniać swego pracodawcę? Oraz najważniejsze kwestie – szczęścia osobistego, celu życiowego.

Powieść zamyka przecudownej urody opis spotkania z byłą gospodynią, ale o tym cicho sza… Przeczytajcie sami.

„Okruchy dnia” czytalam powtórnie, po latach. I wtedy, i teraz zrobiła ona na mnie wielkie wrażenie. Tak niewielka objętościowo powieść porusza tak wiele tematów. Oprócz wymienionych wyżej mamy także relacje rodzinne, relacje na linii pracodawca – pracownik, życie arystokracji, politykę, demokrację, rolę każdego człowieka w życiu społeczeństwa, stosunki społeczne. Jest to także bardzo interesujący opis życia wyższych sfer przed II wojną światową oraz – pokrótce – także po niej.

Nie wiem, co w tej powieści jest takiego, że aż tak mnie zachwyca. A postawa Stevensa momentami aż boli. To przerażające, jak bardzo samotnym, a jednocześnie zasklepionym w poczuciu słuszności swego postępowania można być! Jak bardzo można zastąpić życie pracą i tego nie zauważać (lub też nie chcieć zauważyć). Przejmująca opowieść!

Istnieje też doskonały film na podstawie tej powieści. Jednakże polecam obejrzeć go po dłuższej przerwie. Przed laty byłam nim stuprocentowo zachwycona. Teraz obejrzałam go ponownie, krótko po lekturze i natychmiast wszystkie różnice między książką a filmem rzucały się w oczy. Niestety, na niekorzyść filmu. Nadal uważam, że jest doskonale zrobiony i zagrany (ach, ten Hopkins!), ale jednak spłycił książkę. Trudno zresztą byłoby tego uniknąć. Polecam, ale jakiś czas po przeczytaniu książki!

© 

„Na pastwę aniołów” – Jonathan Carroll

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 1994

Oprawa: miękka

Liczba stron: 256

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Wyatt to umierający na raka homoseksualista. Wyczerpał już wszystkie możliwości leczenia, a teraz próbuje wykorzystać jakoś sensownie czas, który mu został. Oraz próbuje zrozumieć swoją sytuację, ułożyć sobie wszystko w głowie. Jest samotny, jedyną bliską mu osobą jest wieloletnia przyjaciółka – Sophie.

Arlen, znana gwiazda filmowa, przez lata świętująca sukcesy, która nagle podejmuje decyzję o zakończeniu kariery i przeprowadzeniu się do spokojnej podwiedeńskiej rezydencji. Skąd taka decyzja? Dlaczego Arlen uciekła od świata, w którym ją wielbiono i zaszyła się w anonimowości?

Ian, Wyatt i Jesse – trzech mężczyzn, których połączyła śmierć. Dwóch o niej śni, a śmierć jest dla nich zagrożeniem, a trzeci jest u jej drzwi, a czy może być ocaleniem dla pozostałych dwóch?

Nie chcę pisać dużo o fabule, bo jej odkrywanie warstwa po warstwie to największa frajda tej książki. Jednak wyobraźcie sobie, że spotykacie śmierć, a ona oferuje Wam układ. Albo spotykacie kogoś, kto Was śmiertelnie zauroczył… Carroll jak zwykle zafundował mi jazdę bez trzymanki. Uwielbiam te jego pułapki na czytelnika. Często na początku wydaje się to być zwykła książka obyczajowa, a dopiero potem, niepostrzeżenie zaczynamy wkraczać w jakąś abstrakcyjną rzeczywistość, przestając ufać własnemu rozumowi. Tutaj jednak od początku jesteśmy wprowadzeni w zadziwiającą sytuację, od pierwszej strony narasta w czytelniku pytanie „ale o co chodzi?”.

Carroll tym razem pokusił się o wprowadzenie na karty książki postaci śmierci. I to nie takiej, do jakiej jesteśmy hm… przyzwyczajeni. Tutaj śmierć jest zadziwiająco ludzka, czyżby inspirowała się tymi, na kogo jest skazana, czyli ludźmi? To tylko od jej osobistej sympatii zależy czy umrzesz szybko i bezboleśnie jako staruszek, czy też czekają Cię męczarnie w kwiecie wieku. Z nielubianymi przez siebie osobami potrafi prowadzi złożone i okrutne gierki, niszczyć ich powoli i metodycznie. Jednocześnie zakończeniem autor znowu sprawił mi niespodziankę, odwrócił sytuację do góry nogami. Ostatnia rozmowa bohaterów to mały majstersztyk.

To była moja pierwsza książka tego autora po dobrych kilku latach przerwy. Bałam się tego spotkania, obawiałam się, że zniknęła magia, którą mnie kiedyś uwodził. Jednak widzę, że ciągle potrafi mnie zaczarować, uwieść swoimi fabułami „od czapy”, czystą abstrakcją niektórych zdarzeń i nieoszczędzaniem bohaterów i czytelników. W związku z tym postanawiam co jakiś czas czytać jego kolejne książki, tym bardziej, że całkiem sporo już czeka na półkach…

PS. Ten tekst, to wręcz modelowy przykład kryzysu typu „bardzo podoba mi się ta książka, chciałabym pokazać wszystkie jej mocne strony, ale tak źle mi się o niej pisze, ech!”

© 

„Księga Diny” – Herbjorg Wassmo

Wydawnictwo: Muza, 1999

Oprawa: twarda

Liczba stron: 636

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

Dina, którą poznajemy na pierwszych stronach książki, to bezbronne, małe dziecko. Dziecko, na którym los położył swą ciężką łapę i przewidział dla niej najcięższe próby. Bo to właśnie ona, przez przypadek, przyczynia się do straszliwej agonii własnej matki. Ojciec nie jest w stanie poradzić sobie ze straumatyzowanym dzieckiem, wysyła je rodzinie zależnych od niego chłopów, gdzie mała rośnie pospołu z krowami i dziećmi gospodarza. W pewnym momencie ojciec wzywa ją ponownie do domu, ale tam ciągle żyje samotnie, spędzając czas w dziczy lub między zwierzętami.

Los, oprócz odrzucenia przez ojca, prowadzi ją w stronę dziwnego, niespodziewanego małżeństwa. Zostaje panią na Reinsnes, dużym majątku w północnej Norwegii. Dzika Dina przez lata wzbudza spore kontrowersje wśród domowników i gości, nie zachowuje się tak, jak powinna zachowywać się kobieta, na dodatek pani na włościach. Sprawia raczej wrażenie mężczyzny w kobiecej skórze. Na dodatek cechuje ją dosyć silny i nieskrępowany apetyt seksualny, co dodatkowo wprawia innych w zdumienie.

Dina jednak konsekwentnie dąży do swych celów, ta inteligentna i zdecydowana kobieta ma wyraźne zdolności do sprawnego zarządzania majątkiem, pomnażania tego, co posiadała wcześniej rodzina męża. Interesy prowadzi twardą ręką, ale bardzo sprawiedliwie. Sprawiedliwość jest dla niej tak ważna, że kompletnie nie przejmuje się tym, co ludzie powiedzą, tylko dąży do wyjaśnienia danej sytuacji.

Na razie obraz Diny jest bez skazy, prawda? Wydaje się, że to taka ciekawa bohaterka. Jednocześnie jest to jedna z najbardziej wkurzających bohaterek, jakie dane mi było poznać. Jest uparta jak osioł, pełna gniewu, zimna jak głaz, nieprzewidywalna. Swe własne dziecko traktuje – moim zdaniem – bardzo zimno, nie dba o więź z synem. Przez to wszystko, mimo że wiedziałam, jak bardzo została skrzywdzona w młodości, nie byłam nawet w stanie jej współczuć. Mało tego, współczułam prawie wszystkim innym bohaterom, że muszą się z nią zadawać.

Ta książka to opowieść – jak tytuł wskazuje – o życiu Diny. Jak już widać z mych opisów, jest to życie nietypowe dla tego typu bohaterek, czasu i miejsca. W końcu ile kobiet w dziewiętnastowiecznej Norwegii zdobyłoby się na to, co robiła Dina? Jest to opowieść o życiu, wyborach, relacjach międzyludzkich. Jednakże tak wielki cień na nią rzucała główna bohaterka, że pewnie oceniłabym ją dużo niżej, gdyby nie jeden – wielki – plus.

Tym plusem są przecudownej urody opisy życia głównie norweskiej prowincji, ale nie tylko. Autorka naprawdę wyśmienicie potrafiła opisywać najdrobniejsze czynności, najbłahsze miejsca, te wszystkie tradycje, opisy mieszkań, obejścia, statków, przyrody – cudeńka! Nie dość, że robiła to prześlicznie i tak wyraziście, że miało się uczucie, że tam się jest, to jeszcze w taki sposób potrafiła np. opisywać pogodę, że w upalnym sierpniu robiło mi się zimno, gdy czytałam o zimie, która dopadła bohaterów książki.

I znowu przez to byłam na rozdrożu, bo gdyby nie ta wkurzająca Dina, to dałabym książce z czystym sumieniem szóstkę. Końskim targiem staje na środku – czytajcie na własną odpowiedzialność. Wiem, że sporo osób uwiodła ta książka jako całość, część z nich nawet pokochała Dinę. Mnie uwiodła otoczka obyczajowa, Dina odrzucała. Jednakże książka jest na tyle unikatowa, że warto po nią sięgnąć. © Agnieszka Tatera

„Mróz” – Marcin Ciszewski

Wydawnictwo: Ender, 2010

Oprawa: miękka

Liczba stron: 416

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Ta książka to idealny przykład tego, że należy omijać ofensywę promocyjną, jaką część autorów zarzuca Facebook, a zamiast tego przeszukiwać inne miejsca w sieci w celu wyławiania ciekawych potencjalnych lektur. Ja w każdym razie cieszę się, że na jego książkę trafiłam. Dlaczego?

„Mróz” to opowieść wielowątkowa. Główne wątki są dwa. Pierwszym jest bardzo sprawnie i profesjonalnie przeprowadzany zamach stanu. Stoi za nią oczywiście bogata klika, która jednak działa  nietypowo i teoretycznie w białych rękawiczkach, tak, że mało kto w ogóle cokolwiek zauważa. A dzieje się sporo – mordy, porwania, powolne przekupywanie posłów, oferty nie do odrzucenia składane w trakcie spotkań z najważniejszymi osobami w Polsce. Ale kto dokładnie stoi za tą rewolucją i jaki jest cel tej grupy?

Jednocześnie w tle toczy się śledztwo w sprawie morderstwa mało znanego naukowca „od pogody”. Kompletnie nie widać motywu. Jednakże do czasu… A w tle zima stulecia przekształca się w zimę tysiąclecia – na zewnątrz -60 stopni, kilka metrów śniegu, kompletny paraliż Polski i krajów ościennych. I jak tu w tych warunkach prowadzić śledztwo?

Obydwa wątki łączy grupa śledcza, której przeznaczono zbadanie tychże dziwnych wypadków. Śledztwa przez nich prowadzone oraz ich życie osobiste to kolejne warstwy tego literackiego tortu. Wszystko się ciekawie zazębia, autor przygotował dla nas wiele niespodzianek.

Korci mnie, by napisać, że język jest „męski”. Ale co tak naprawdę to oznacza? Nikt nie bluzga bez ustanku, czego pewnie część z czytelników by się spodziewała. Ja bym raczej napisała, że jest to język dostosowany do bohaterów i akcji, bardzo zgrabnie pozwalaj na lepsze urealnienie tego, co się w książce dzieje.

Dobrze wyszło Panu Marcinowi skonstruowanie bohaterów. Są bardzo wiarygodni, każdy ma swoje marzenia, zalety, wady, sporo „za uszami”. Wątpią, kochają, walczą, wściekają się, a to wszystko w taki sposób, że ja nie miałabym problemu w uwierzeniu, że są prawdziwi 😉 Są też bardzo różni, każdy czytelnik zapewne znajdzie swoich ulubieńców i tych, których kompletnie nie będzie lubił.

Zarówno właśnie za dobre dopracowanie bohaterów, jak i stworzenie wielowątkowej akcji, osadzonej w ciekawej scenerii – chwała autorowi. Napisał on naprawdę porządny thriller z fikcją polityczną. A to wszystko umiejscowione w Polsce. Dobra robota Panie Marcinie! A „Upał” już czeka na półce na swoją kolej. © Agnieszka Tatera