The boys are back and they’re looking for trouble („Król” – Monika Strzępka, Paweł Demirski)

W Dzień Kobiet poszłyśmy we trzy na spektakl, który okazał się być najlepszym prezentem, jaki mogłam sobie wymarzyć! Na adaptację „Króla” Szczepana Twardocha szłam właściwie z zerowymi oczekiwaniami, wiedziałam tylko, że książka zrobiła na mnie wrażenie i że grający tam drugoplanowe role Paweł Tomaszewski to zdolny aktor. Nic poza tym, recenzji nie czytałam, pozostałej obsady nie znałam. Liczyłam się z tym, że może być kiszka, może być fajnie. A było… Fantastycznie!

Po spektaklu zaprosiłam do wspólnego opisania wrażeń jedną z towarzyszek – Paulinę, a oto nasza przeplatanka wrażeń!

The boys are back and they’re looking for trouble

Krol20401

Kiedy zapytałaś, czy nie chciałabym opisać swoich wrażeń po spektaklu na Twojego bloga, zgodziłam się od razu (chociaż potem żałowałam). Oczywiście chciałam, żeby powstał wybitny tekst, więc pisałam, i pisałam, i pisałam… aż stwierdziłam, że nie chodzi o to, żeby napisać jak najwięcej i o wszystkim. Dlatego zaczynam od nowa.

Dawno temu jedna aktorka powiedziała, że sztuka musi wzbudzać emocje, a ja do tego dodam, że spektakl musi zaskakiwać. Jest cała masa dobrych, zwyczajnych spektakli, ale jeśli brakuje im tego jednego elementu, okazuje się, że po wyjściu z teatru niewiele pamiętamy, a po kilku tygodniach zapominamy, że w ogóle byliśmy w teatrze. Gwarantuję, o „Królu” nie da się zapomnieć.

Ja mogę się z tym tylko zgodzić (generalnie będę bardzo zgodliwa w tej naszej współpracy!), jest to adaptacja wyjątkowa. Wiadomo, nie da się przełożyć powieści na scenę 1:1, jednak tym twórcom udało się mnie zaskoczyć dobrych kilka razy, chyba najbardziej koncepcją, jaką przyjęli dla całości adaptacji. Czułam się, jakbym oglądała rasowy film gangsterski, tylko z silnymi powiązaniami politycznymi. Kilka wątków jest bardziej podkreślonych, niektóre są zarysowane, jednak całość jest przekonująca, ja to kupiłam od ręki! Nawet wątki z teraźniejszości udało się bardzo zgrabnie spleść z wydarzeniami z przeszłości. Przemyślane i spójne.

Krol20414

To jak ten spektakl został zrealizowany, zachwyciło mnie najbardziej. Oglądając, ma się wrażenie, że wszystkie elementy tej układanki zostały precyzyjnie przemyślane przez Monikę Strzępkę i naprawdę nie ma tu żadnego przypadku, poczynając od aktorów, przez scenografię, światła, muzykę, na efektach specjalnych kończąc. Paweł Demirski przygotował bardzo dobrą adaptację powieści – aż nieprawdopodobne wydaje się, że zmieścił tyle wątków w zaledwie 3,5-godzinnym spektaklu.

Kto czytał „Króla” ten wie, że akcja powieści dzieje się w wielu lokalizacjach, a dodatkowo mamy do czynienia z przenikaniem się teraźniejszości z przeszłością. Anna Maria Karczmarska, która odpowiada za scenografię, wybrnęła z tego zadania po mistrzowsku. Na obrotowej scenie zbudowano makietę ściany kamienicy, przed nią ustawiono samochody, a z drugiej strony ring bokserski. Do tego krzesło, stół i maszyna do pisania po jednej oraz kanapa i pianino po drugiej stronie proscenium. O miejscu akcji informują nas wyłącznie napisy wyświetlane na ścianie i w jednej chwili ustawiony przed kamienicą luksusowy samochód zamienia się w burdel, a ring bokserski jest zakładem krawieckim czy więzieniem. Genialny w swojej prostocie zabieg.

Scenografia wydaje się na początku prosta, jednak dopiero z czasem widzimy, jak bardzo dopracowany został każdy pomysł. Jest dynamicznie, przechodzenie między scenami jest gładkie, często wręcz efektowne. Cudowna jest np. scena, gdy banda Kuma idzie na manifestację, grupa mężczyzn, podświetlona reflektorami aut, we mgle, powoli jak lamparty, nadchodzi, by rozprawić się z wrogami… Albo te wszystkie świetnie skomponowane sceny, w których używane są samochody, np. przejścia między rolami Pawła Tomaszewskiego. Interesująco przeplatają się także sceny z przeszłości z teraźniejszością, to wszystko bardzo dobrze prowadzi akcję. Nie wiem, jak całość odbierają osoby, które książki nie czytały, ale dla mnie użyte pomysły pomagają wyciągnąć maksimum z fabuły i pokazać to w ciekawy sposób.

Nie sposób nie wspomnieć o muzyce. Nadawała tempo poszczególnym scenom i świetnie komponowała się z tym, co się działo. Dodatkowo Tomasz Sierajewski wplótł piosenki z repertuaru Nicka Cave’a i Dropkick Murphys, a każde ich odsłuchanie powoduje, że przed oczami mam poszczególne sceny spektaklu.

Reżyseria świateł jest moim zdaniem wciąż niedoceniana w teatralnym świecie. O ile przeciętny widz oprócz aktorów jest w stanie zauważyć i docenić scenografię i kostiumy, o tyle o światłach raczej się nie wypowiada. A wbrew pozorom to nie jest takie proste dobrze oświetlić scenę i aktorów. Robert Mleczko (odpowiedzialny również za projekcje wideo) zrobił w „Królu” kapitalną robotę. Są sceny, które wyglądają jak kadry filmowe – dlatego pod względem wizualnym jest to wyjątkowy spektakl.

Znowu muszę się zgodzić z Pauliną, i to w obu kwestiach. Muzyka jest fantastycznie dobrana, chociaż gdyby ktoś mi to powiedział przed spektaklem, to bym nie uwierzyła. No bo, jakże to tak? Ostre współczesne brzmienia i przedwojenna warszawska historia? To się nie może udać! A jednak, nie tylko się udaje, ale wręcz muzyka ta świetnie podkreśla wydarzenia na scenie (co zresztą pokazuje dobitnie uniwersalizm i fabuły, i oprawy muzycznej!). Zarówno zresztą muzyka, jak i światła świetnie współgrają z całością, dzięki nim niektóre sceny są wręcz niezapomniane! To jeden z nielicznych przypadków, gdy obserwowałam grę świateł zerkając (ok, na sekundy, bo za dużo działo się na scenie!) na zestawy reflektorów i obserwując, co się dzieje.

Chciałabym też dodać do powyższych pochwał ruch sceniczny, który również robi wrażenie. Zaskoczyło mnie regularne używanie slow motion, rzadko widuję je fajnie użyte w teatrze, a tutaj zostało bardzo dobrze dobrane na potrzeby danych scen i jeszcze do tego porządnie przećwiczone, wszystko do siebie pasuje. I to zarówno widać w ruchu pojedynczych osób, jak i w scenach grupowych. Mam zresztą nieodparte wrażenie, że cała ekipa tutaj naprawdę pracuje w ścisłym porozumieniu, wszystko mają przemyślane, przepracowane, nie ma nic zbędnego. Wszystko mogę tylko pochwalić, brawa!

Największe zaskoczenie tego spektaklu? Kiedy w głównej roli oglądasz aktora, którego nazwiska nawet nie znasz a twarz kojarzysz wyłącznie z telewizji i nagle okazuje się, że to jest najlepszy Jakub Szapiro, jakiego mogłeś sobie wymarzyć. Nie byłoby „Króla”, gdyby nie Adam Cywka.

W punkt! Dawno nie trafiło mi się takie zaskoczenie, jak przy tej ekipie! Aktorzy, których do tej pory kojarzyłam tylko jako twarze seriali czy ogólnie „telewizyjne” tutaj pokazali duży talent i „diabła za skórą”. Adam Cywka zrobił na mnie wielkie wrażenie, od piątku wracają w mej pamięci przeróżne sceny, zachwyt trwa. On nie grał Jakuba Szapiry, on nim był! Fantastyczne, kompletne wcielenie, przekonał mnie w zupełności! To bardzo dopracowana kreacja, mimicznie, ruchowo, głosowo, generalnie całokształt wymiata. Według mnie to idealne dopasowanie aktora do roli i roli do aktora, naprawdę warto zobaczyć Adama Cywkę w roli Jakuba. Charyzma, pewność siebie, wdzięk groźnego drapieżnika, oczu nie idzie oderwać! A jednocześnie przebija momentami ta niepewność, co do przyszłości, miks pragnień, obaw i oczekiwań. Jak to napisała Paulina: Jakub Szapiro chciał zostać królem Warszawy, a Adam Cywka jest królem tego spektaklu!

Jednak nie tylko on nas pozytywnie zaskoczył. Dużym zaskoczeniem był też Krzysztof Dracz w roli Kuma, jest w niej naprawdę świetny! Bez problemu jestem w stanie uwierzyć, że Kum porywałby prostaczków na Nalewkach i szliby za nim w ogień. Gdy potrzeba groźny, gdy potrzeba odgrywający dobrego wujka, rubaszny, sprytny, tak zwany równy gość! Paweł Tomaszewski z kolei nie był dla mnie zaskoczeniem, bo wiedziałam, że po nim mogę się spodziewać świetnych wcieleń w każdej z drugoplanowych ról, bo to aktor o dużym talencie (co pokazuje chociażby w „Idiocie” w Teatrze Narodowym). Tutaj jego kreacje były mocno przerysowane, zakładam jednak, że takie miały być, w każdej był świetny (przyczepiłabym się tylko, że w roli weterana dostał za dużo krwi do „przetrzymania” w ustach, co trochę jednak wpłynęło na artykulację). A jak pięknie przechodził z jednej roli do drugiej! Z panów swym wcieleniem zaskoczył nas jeszcze Marcin Bosak. Mnie do tej pory „przechodził bokiem”, jakoś nie miałam okazji zobaczyć go w tak ciekawej roli – i tak charakterystycznej! – jaką miał tutaj. Spisał się świetnie, jego doktor Radziwiłek jest mocno zeschizowany, mroczny, okrutny i przerażający, dokładnie taki, jakiego zapamiętałam z książki. To jego spojrzenie w niektórych momentach wywoływało u mnie ciarki na plecach! Z pań największe wrażenie zrobiła na nas Barbara Kurzaj, której przypadła symbolicznie zrobiona rola Litaniego, kaszalota z książki. Daje jej ona możliwość pokazania się z wielu różnych stron, gra przejmująco i przekonująco. A taka rola to jednak duże wyzwanie dla aktora, więc tym bardziej doceniamy! Swymi kreacjami nowe twarze ukazali nam również Mirosław Zbrojewicz oraz Krzysztof Kwiatkowski.

Pewnie dla części widzów (szczególnie tych, którzy książki nie czytali) będzie momentami zbyt brutalnie, obrzydliwie, czy też kobiety będą zbyt podle traktowane, ale to po pierwsze zgodne jest z książką, a po drugie – z tamtą rzeczywistością.

Według mnie jest to bardzo udana adaptacja „Króla” Szczepana Twardocha, którą śmiało mogę polecić fanom książki! Barwna, bardzo plastyczna, z wieloma świetnie zrobionymi i bardzo filmowymi scenami, wyśmienicie zagrana i pozwalająca na zupełne wejście w opowiadaną historię! Trzy i pół godziny minęło niepostrzeżenie, mało tego, żałowałyśmy, że to już koniec!

A Paulina dodała na koniec wisienkę…

Spędziłam 5 lat w teatrze amatorskim i mogę śmiało powiedzieć: zagrać w takim spektaklu to marzenie każdego aktora.

PS. Ja dodatkowo poczułam się, jakbym była w środku filmowej gangsterskiej opowieści, bardzo mi się to podobało! Taki europejski Tarantino sprzed wojny 😉

Fot. Magda Hueckel / Teatr Polski w Warszawie

Świata tworzenie („Tchnienie” – Grzegorz Małecki)

Czarne ściany, czarna podłoga, brak rekwizytów, scenografii, muzyki, proste oświetlenie. Tylko oni – Justyna Kowalska i Mateusz Rusin. To właśnie oni sprawiają, że najmniejsza scena Teatru Narodowego w trakcie tego spektaklu staje się miejscem magicznym! To tu tworzy się świat cały, zmienia, rozpada i powstaje na nowo. (Re)konstrukcja wszechświata zaserwowana w najbardziej minimalistyczny, a przez to tak bardzo przemawiający do widza sposób!

Para młodych ludzi jest tak uniwersalnie przedstawiona, że mogliby mieszkać w Berlinie, Nowym Jorku, Londynie, Rzymie czy Warszawie. Dzięki temu łatwo jest się z nimi identyfikować, bo przecież większość z nas staje przed podobnymi wyzwaniami, pytaniami, problemami. Zaczyna się dosyć typowo, od kwestii posiadania dziecka. I ta właśnie kwestia staje się pretekstem do wielopoziomowych rozważań. Od kwestii dojrzałości, przez relacje międzyludzkie, sens życia, rozmnażania się, wartości najwyższego rzędu, wyzwań codziennego życia, lęków, których doświadczamy aż do stanu naszej planety i odpowiedzialności społecznej każdego z nas. Prawdziwy ogrom treści w tym krótkim (1:40 h) spektaklu!

Czy nie możemy przez chwilę żyć w tej małej bańce szczęścia?

A to wszystko przedstawione w prosty, skromny, wręcz minimalistyczny, a jednocześnie piękny, czuły, zabawny i wzruszający sposób. Na dodatek z dużą dozą humoru. Tu nie ma show, tu jest tylko treść. I tym właśnie powala widza, to jego siła! Minimum środków, maksymalny efekt, to cudownie odświeżające przeżycie po tych wszystkich spektaklach, które bywają przeładowane do bólu efektami, gadżetami, łapaniem się przeróżnych metod, by tylko zrobić wrażenie, że jest „na bogato”, a najlepiej przy okazji jeszcze widza jakoś zaszokować. Ale nie o tym chciałam…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. Tomasz Urbanek / East News / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego.

Forma to jedno. Inna sprawa to tekst autorstwa Duncana Macmillana – świetny, jakże aktualny, będący swoistym lustrem naszej rzeczywistości. Owszem, część osób się obruszy, że to nie ich rzeczywistość, bo oni nie zajmują się rozważaniem o śladzie węglowym, celowości rozmnażania czy odpowiedzialności za nasze czyny. Tylko te pytania to tylko furtka, przyczynek do szerszego spojrzenia. Nie zastanawiacie się czasami nad celem Waszego życia? Po co żyjecie, gdzie zmierzacie, czy ta osoba jest tą odpowiednią? I czy to, co chcecie zrobić jest najlepszą decyzją? To różnice w formule, ale głęboki sens pozostaje tak de facto ten sam. Jak żyć, gdy świat tak pędzi, po co? Bohaterowie są trochę zagubieni, niedojrzali, poszukujący swego miejsca na świecie, celu w działaniach, trochę pod wpływem tego, co aktualnie modne, ale w głębi serca wrażliwi i dobrzy. Są tacy, jak wielu z nas. Czuć też, że zarówno aktorzy, jak i przede wszystkim reżyser (Grzegorz Małecki) poświęcili treści dużą uwagę, mocno pracowali z tekstem. Mam wręcz poczucie, że go polubili, tak samo, zresztą, jak bohaterów. Z całości bije czułość w stosunku do bohaterów. I wielka wrażliwość.

Justyna Kowalska i Mateusz Rusin mają diabelnie trudne zadanie! To wyzwanie, któremu wielu aktorów by nie podołało. Bo jak często zdarza się spektakl, gdzie nie mogą się niczym posiłkować, za nic „schować”, cała odpowiedzialność spoczywa na ich barkach?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. Tomasz Urbanek / East News / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego.

A oni sobie z tym radzą śpiewająco! Wspólnie tworzą świat cały, w fantastyczny sposób radzą sobie z każdą zmianą akcji, miejsca, czasu. W trakcie spektaklu prowadzą widzów jak na sznurku, od lekkiego chichotu, przez zaparty dech, aż do łez w oczach. Reakcje publiczności zresztą były jednoznaczne, nieważne, czy chodziło o młodą parę w wieku bohaterów, czy też o starsze małżeństwo – wszyscy reagowali podobnie, a na koniec z zapałem bili brawo. Takiego ogromu emocji i wciągnięcia w akcję, odczucia realności tego, co dzieje się na scenie, nie miałam już dawno. Żeby tak znokautować widownię samą grą, bez żadnych „wspomagaczy”, to trzeba mieć duży talent i świetny warsztat. Pozostaje więc pogratulować! Szczególnie Justynie Kowalskiej, która dopiero zaczyna swą aktorską karierę. Już w „Idiocie” pokazuje na co ją stać, jednak w „Tchnieniu” rozwija skrzydła i porywa.

Przy tak minimalistycznym założeniu jeszcze silniej oddziałuje na widza piękno pojedynczych scen. Te wszelkie przejścia, skrótowce między jedną akcją a drugą, wspaniale pokazujące jej rozwój. Na przykład scena, gdy po powrocie ze szpitala bohaterka teoretycznie jest tylko wtulona w ramiona bohatera, a tak naprawdę mijają dni całe, w trakcie których walczą oni z nieszczęściem, życiową tragedią – toż to majstersztyk wyciskający łzy z oczu! Tak proste, tak czułe, pełne miłości, wspaniałe! Tak samo, jak i inne – moment czekania na wynik testu ciążowego, spotkanie po miesiącach niewidzenia się, rozmowa po zerwaniu z narzeczoną, czy też ta o oczekiwaniach i dojrzewaniu, dorastaniu. A ta końcowa… Cudowne, przemyślane, mądre sceny. Tak samo zresztą, jak i cały spektakl.

TCHNIENIE_galeria_13_fot. Tomasz Urbanek_East_News
Fot. Tomasz Urbanek / East News / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego.

„Tchnienie” skradło moje serce powolutku, niepostrzeżenie. Byłam tam razem z bohaterami, czułam z nimi, każdy ich krok był moim. Mądry, przejmujący, aktualny i pełen podstawowych życiowych pytań tekst. Delikatne, pełne wrażliwości podejście reżysera. Wspaniała, porywająca gra aktorska. Jak dla mnie jest to najlepsza premiera od dawna w tym teatrze. Brakowało takiego spektaklu! A Grzegorz Małecki tak udanym debiutem intryguje i skłania do tego, by przyglądać się rozwojowi tej części jego kariery. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że aktorem jest doskonałym, może i reżysersko poradzi sobie równie świetnie? O tym przekonamy się w przyszłości, a na razie zapraszam wszystkich do oglądania „Tchnienia” – to jest naprawdę poruszający, interesujący spektakl, który warto poznać!

Opowieść o strachu przed miłością („Bent” – Natalie Ringler)

Jest spektakl, który boli. Po którym siedzi się w milczeniu, patrząc na scenę i trawiąc to, co się właśnie obejrzało. Serce płacze pod wpływem emocji, rozum nie chce się zgodzić na to, że tak bywało, a dusza podziwia aktorski majstersztyk, który oglądało się jeszcze chwilę wcześniej.

by_kasia_chmura_print--28

Teoretycznie to nic dla mnie nowego, tematykę, którą porusza spektakl „Bent” w Teatrze Dramatycznym, znam od lat. Swego czasu zaczytywałam się historiami związanymi z obozami koncentracyjnymi, drugą wojną światową etc. Wydawało mi się więc, że idę przygotowana, że nic mnie nie zaskoczy. Jakże się myliłam!

„Bent” zaczyna się w Berlinie, w latach 30. Kluby dla gejów, kabarety, dancingi, przygodny seks, lejący się szampan, wspaniali młodzi mężczyźni. Główny bohater – Max – lubi takie właśnie życie, nie dba o to, że żyje z dnia na dzień, od imprezy do imprezy, z przygodnymi kochankami, nie dbając o przyszłość. Nagle jednak do jego mieszkania wpadają faszyści i tak zmienia się wszystko…

 

 

 

 

 

Martin Sherman ukazał w swym dramacie losy homoseksualistów w czasie wojny. To, jak traktowani byli gorzej od zwierząt, że byli najgorszą kategorią więźniów w obozach koncentracyjnych, jak na nic nie zasługiwali i nic im nie było wolno. Nawet kochać. Pomijając już panujące myślenie, że przecież „ci gorsi od zwierząt nie mają uczuć”, przyjaźń czy miłość była niebezpieczna, łatwo mogła sprowadzić śmierć na obydwie osoby. A przecież to właśnie posiadanie bliskiej osoby mogło chociaż odrobinę uczłowieczyć pobyt w tak przerażającym miejscu. Jaki to straszny dylemat!

Scenografia „Benta” jest bardzo skromna, często mocno symboliczna, a jednocześnie bardzo trafna i działająca na wyobraźnię. Trochę rekwizytów, gra świateł i voila! Z łatwością przenosimy się w kolejne miejsca akcji – z berlińskiego salonu przez klub nocny, pociąg towarowy, aż do obozu. Brawa za tak przemyślaną i dopracowaną prostotę.

by_kasia_chmura_print--15Jednakże tym, co sprawia, że ten spektakl jest tak przejmujący, jest gra aktorów. Wszyscy, oprócz grającego główną rolę Mariusza Drężka, mają po dwie lub trzy postacie do zagrania, z czym radzą sobie bez problemu, są przekonujący. Szczególnie ciekawe role drugoplanowe ma Maciej Wyczański, robi wrażenie. Piotr Bulcewicz, jako obozowa miłość Maxa porusza, mamy nadzieję – przynajmniej przez chwilę – że może im się uda, że los nie będzie aż tak podły!

Jednak to Mariusz Drężek jako Max porywa, to jest jego spektakl! Jego Max jest prawdziwy, od uroczego lekkoducha, birbanta, przez negującego wszystkie uczucia i związki międzyludzkie buntownika, aż do człowieka zrozpaczonego, złamanego, bez nadziei na cokolwiek. Niesamowicie przejmująco ukazał proces odczłowieczania, łamania ducha. Wspaniała gra aktorska, świetnie ukazująca umiejętności tego aktora. To właśnie on sprawił, że po zakończeniu spektaklu siedziałyśmy z koleżanką w ciszy, nie mogąc jeszcze wyjść z sali, potrzebując chwili na ochłonięcie. Taki poziom aktorstwa chciałoby się widywać jak najczęściej!by_kasia_chmura_print--20

To właśnie dzięki aktorom i ich umiejętnościom ten dramat nabiera takiego wymiaru, że zostaje z widzami na długo, w ich sercach i głowach. Co innego wiedzieć o czymś, co innego to widzieć, mało tego, wręcz swoiście współodczuwać. Świetnie zrobione, gratulacje dla obsady i ekipy! Swoją drogą, właśnie w tym spektaklu dane mi było widzieć jedną z ciekawszych scen erotycznych obejrzanych na deskach teatrów. Aktorzy w ubraniach, nie mogąc nawet na siebie spojrzeć, słowami tworzą niesamowitą atmosferę, pełną erotycznego napięcia. To dla mnie kolejny dowód na to, że golizna tak de facto rzadko czemuś naprawdę służy na scenie, często jest w naszych teatrach używana zupełnie bezmyślnie, taki kwiatek u kożucha. Gdy w przemyślanej scenie wystarczy aktor i jego umiejętności. I słowa…

I znowu będę polecać z całego serca! Muszę wybrać w końcu do opisania jakiś słabszy spektakl, bo to się niedługo zrobi nudne. Tak czy siak, „Benta” oglądajcie, bo warto! Życzę Wam, byście też w milczeniu musieli przetrawić to, co się wydarzyło na scenie. I rozmyślać o tym, jak to jest pokochać i zaraz tę miłość utracić.

Fot. Katarzyna Chmura – Cegiełkowska, materiały prasowe.

 

 

 

Czego mam się najpierw pozbyć? Miłości czy nienawiści? („Kompleks Portnoya” – Aleksandra Popławska, Adam Sajnuk)

Aleksander Portnoy, lat 33, biały mężczyzna, wychowany w żydowskiej rodzinie. Ciągle poszukujący swojej drogi, swej tożsamości. Od lat nie może pogodzić się ze swym żydowskim pochodzeniem, gardzi ojcem, walczy z nadopiekuńczością matki, jednocześnie nie może się odnaleźć, odciąć się od dziedzictwa. Przyciąga go ono i odrzuca. Jest jednocześnie Żydem i antysemitą. Postrzega swą rodzinę i znajomych jako ograniczonych bałwochwalców, a jednocześnie nie potrafi się od tego odseparować.

Do tego dochodzi brak psychicznej dojrzałości bohatera, jego zafascynowanie własnym ciałem, upojenie seksem, jak również swobodą obyczajów gojek (tak różną od moralności, jaką wpajała mu rodzina). Aleksander przeżywa wewnętrzny konflikt między cielesnością a duchowością, czuje się ograniczony. Nie potrafi odnaleźć własnej życiowej ścieżki, nie wie, jak poczuć się wolnym. Tylko czy tak naprawdę można poczuć się w pełni wolnym?

Portnoy1
fot. Katarzyna Chmura – Cegiełkowska

Spektakl powstał w oparciu o książkę Philipa Rotha – „Kompleks Portnoya” i od początku przyciągał tłumy do Teatru WARSawy. Mnie było dane obejrzeć go dopiero niedawno, ale w pełni rozumiem już, dlaczego przez te lata niezmiennie przyciąga widownię. Jest fantastyczny!

Scenografia jest skromna, tworzy zarys domu rodzinnego Aleksandra. Tu krzesło, tam toaleta, gdzie indziej namiastka sypialni, wszystko używane przez aktorów w trakcie spektaklu w bardzo przemyślany i interesujący sposób. Dodatkowo podwójny trójkąt używany adekwatnie do życiowego momentu bohatera – czasami jako obrotówka, czasami jako gwiazda Dawida. Skromne, a jakże efektowne. To wszystko łączy się zgrabnie z przemyślanym ruchem scenicznym i oświetleniem, tworząc spójną całość.

Portnoy2
fot. Katarzyna Chmura – Cegiełkowska

Jednak to, co najważniejsze – oprócz genialnego tekstu Rotha – to gra aktorów. O mamuniu!

Po pierwsze – Adam Sajnuk jako Aleksander Portnoy. Muszę być kolokwialna, nie mogę inaczej: o w mordę, co za genialny popis aktorski! Czapki z głów i szampan dla Adama! Nie ośmielę się twierdzić, że to jego rola życia (bo widziałam go na razie chyba w czterech spektaklach), ale jest w tej postaci taka autentyczność, taka naturalność i luz, jakby nie grał, a był swoim bohaterem. Obrazuje Portnoya brawurowo, przez dwie godziny nie można oderwać oczu od sceny śledząc losy tego zagubionego w życiu mężczyzny, zabłąkanego człowieka. Jest w nim jednak masa wdzięku i uwodzicielskiego uroku. Oraz duża doza sarkastycznego humoru jakby rodem z filmów Allena. Charyzmatyczny Piotruś Pan na kozetce u psychoanalityka…

Portnoy3
fot. Katarzyna Chmura – Cegiełkowska

Jednak pozostała część ekipy jest również wyśmienita! Monika Mariotti jako nadopiekuńcza matka-kwoka jest niesamowita, niezmiernie wiarygodna, jednocześnie nieziemsko wkurzająca i urocza. Chyba wszyscy znamy takie matki, babki, ciotki… Bartosz Adamczyk jako ojciec Aleksa jest również wiarygodny, marzy by być podporą rodziny, a przez syna jest postrzegany jako przegrany fajtłapa. Wyśmienita jest Anna Smołownik, która najpierw gra siostrę Aleksa, a potem kolejne jego kochanki. Młoda aktorka brawurowo wchodzi w kolejne role, błyskawicznie i z temperamentem przeistacza się z jednej osoby w drugą, ten spektakl to prawdziwy test jest umiejętności. Z którego wychodzi zwycięsko, bawi, wzrusza, irytuje, uwodzi.

„Kompleks Portnoya” w Teatrze WARSawy to cacuszko, dwie godziny uczty, która nie tylko ani przez chwilę nie nuży, ale wręcz widz nie chce, by się skończyła! Porywająca adaptacja, wyśmienite aktorstwo, interakcja z widzem i sporo materiału do przemyśleń. Kim jesteśmy? Co tworzy naszą tożsamość? Jak odnaleźć własną życiową ścieżkę?

Z całego serca polecam! Ja już nie mogę doczekać się kwietniowego terminu, by zafundować sobie powtórkę!

Każdy ma w głowie jakąś rzeźnię ("Obrzydliwcy" – Marek Kalita)

Marek Kalita opowiadał przed premierą, że nie chce tego określać wprost, tylko zależy mu na stworzeniu na scenie Przodownika męskiego klubu, trochę jak w filmie „Podziemny krąg” Davida Finchera. To się udało, bowiem otrzymaliśmy zaproszenie do dziwnego, skąpanego w półmroku miejsca, gdzie pękają wszystkie bariery wstydu i upokorzenia. „Obrzydliwcy” w Przodowniku, podobnie jak proza Wallace’a, to wyzwanie do podjęcia na własną odpowiedzialność. Warto zaryzykować.  Dziennik Gazeta Prawna

Muszę się zgodzić z każdym słowem powyższego akapitu. Gdy wchodzimy do sali pierwsze, co rzuca się w oczy, to oszczędna, lekko obskurna i obsceniczna scenografia, intrygująca widza od samego początku. Zapada ciemność, a wtedy na scenę wchodzą oni… Obrzydliwcy.

W ich role wcielają się: Waldemar Barwiński, Mariusz Drężek, Henryk Niebudek, Piotr Siwkiewicz i Sebastian Stankiewicz. Obsada – jak okazuje się w trakcie oglądania – idealnie dobrana i jakże świetna aktorsko!

Spektakl powstał na podstawie „Krótkich wywiadów z paskudnymi ludźmi” Davida Fostera Wallace’a. Książki tej nie miałam okazji jeszcze poznać, ale zdecydowanie mam teraz ku temu motywację! To, co wybrano do scenariusza intryguje, porusza, odrzuca, fascynuje. Na scenie spotkało się pięciu bardzo różnych mężczyzn, przyszli, by uczestniczyć  w sesji terapeutycznej. Oni są pacjentami, zaś terapeutami właściwie jesteśmy my – widzowie. Właśnie takie rozegranie scenariusza dodaje przedstawieniu mocy, gdy słyszymy ich monologi kierowane do nas, nie da się pozostać obojętnym. Pięć niesamowitych historii, pełnych obsesji, fantazji, traum, wewnętrznych konfliktów, różnorakich poszukiwań. Ich głos to często swoiste wołanie o pomoc, gdyż – jak to mówi Mariusz Drężek – „każdy z tych bohaterów ma w głowię jakąś rzeźnię”.

Pisałam wyżej, że aktorsko obsada jest wyśmienita, pora na garść szczegółów. Mam dwa przypadki, które zupełnie mnie podbiły, zachwyt mój nie ostygł, mimo upływu kilku dni.

Pierwszy to Mariusz Drężek w roli Marianny, transseksualisty. Na początku uwagę zwraca oczywiście sam wygląd zewnętrzny, ale gdy aktor zaczyna swój pierwszy monolog z każdą sekundą wciągamy się mocniej w jego opowieść. Jest hipnotyzujący, jak to określiła koleżanka, z którą byłam – magnetyczny, nie można oderwać oczu od sceny. Na początku mocno przerysowany, później wydobywa ze swej postaci niezmierzone pokłady delikatności, wręcz kruchości, wzrusza. A monolog o kobietach i mężczyznach… Cudo! Tak samo zresztą, jak końcowa piosenka, nie zdawałam sobie sprawy, że dysponuje takimi możliwościami wokalnymi. Wyszłyśmy oczarowane!

Drugi zachwyt dotyczy Waldemara Barwińskiego i jego roli nieśmiałego, pełnego nerwic dziwaka, który prawie cały czas się uśmiecha. Fantastyczne dopracowanie każdego gestu, tiku nerwowego, spojrzenia, ruchu, to wszystko zbudowało szalenie wiarygodną postać. Postać, która powolutku odkrywała swe tajemnice, by przywalić widzom między oczy wyjątkowym monologiem, opowieścią rozpoczynającą się w czasach dojrzewania. Nie chcę Wam zdradzać szczegółów, uwierzcie tylko, że był porywający!

Jednak i pozostała trójka aktorów jest wyśmienita! Piotr Siwkiewicz wydaje się być mrocznym sadystą, wręcz psychopatą. Do czasu jednak, gdy odsłoni tajemnicę swej przyszłości. Słuchanie jego monologu wzbudzało dreszcze, bolało. Henryk Niebudek jako wydawałoby się jowialny, dobrotliwy przeciętniak. Jednak myślimy tak tylko do momentu, gdy zaczyna mówić o mrocznych zakamarkach swej duszy. A Sebastian Stankiewicz jako osobliwy konferansjer, swoisty komentator dramatów dziejących się na scenie jest świetny. Momentami niepokojący, obrzydliwy, wręcz obleśny, chwilami przejmujący, jest spoiwem tej opowieści.

Nie jest to spektakl łatwy i przyjemny. Nie jest to spektakl dla każdego, a już na bank nie dla tych, którzy szukają płytkiej, prostej rozrywki. On wymaga uwagi, zagłębienia się w niezbyt miłe miejsca ludzkiej psychiki. Ale jest znakomicie zagrany, ciekawie zainscenizowany, z wielką siłą rażenia, ważnym przekazem. Chciałabym widzieć więcej takich spektakli! Idźcie, oglądajcie, napiszcie, jak Wam się podobało!

Fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

Spektakl „Obrzydliwcy” wystawiany jest na Scenie Przodownik Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Boylesque & Burlesque Show, czyli o niespełnionej nocy zmysłów

Tego jeszcze nie było! 11 lutego miałam okazję uczestniczyć w „Boylesque & Burlesque Show” w Teatrze Druga Strefa. Od wieków chciałam zobaczyć jakąś ciekawą burleskę. Wydarzenie to zrobiło na nas duże wrażenie, jednak nie jestem pewna, czy o tego typu efekt chodziło twórcom…

Rozmowy przeprowadzone w przerwie i po spektaklu zaowocowały pomysłem stworzenia recenzenckiego dwugłosu! Do rozmowy o tym wieczorze zaprosił mnie Włodzimierz Neubart, czyli Chochlik kulturalny (krytyk, który w niecały rok blogowania został dostrzeżony i doceniony przez branżę teatralną). Stworzyliśmy więc dla Was tekst o wydarzeniu, które miało zagotować naszą krew. Czy tak się stało?

*****

bur5Włodek: Bawiłaś się dobrze na walentynkowym spektaklu burleskowo/boyleskowym?

Agnieszka: Niestety, nie. Może miałam zbyt wygórowane oczekiwania (styl Dity von           Teese), jednak to, co otrzymaliśmy było dalekie od poziomu, który myślałam, że zostanie zaprezentowany.

Włodek: Zaraz, zaraz… Przecież wiedziałaś, że nie idziesz oglądać Chippendales`ów…

Agnieszka: Tak (i właściwie dobrze, bo według mnie to już jest poziom niżej niż taka burleska, którą uprawia wspomniana wyżej Dita), tylko zabrakło mi tutaj dopracowania, spójności, dbałości o szczegóły, nawet momentami umiejętności. Najzwyczajniej w świecie poziom był zdecydowanie niższy od oczekiwanego. Momentami show sprawiał wrażenie prowizorki.

Włodek: Ja szedłem z nadzieją, że będzie wesoło. Nie szukałem tu Dity, bo wiedziałem, że to nie ten rodzaj burleski. Spodziewałem się, że będzie to kawał solidnej roboty i zabawne numery ubrane w płaszcz burleskowego świata.

Agnieszka: A co otrzymałeś?

Włodek: Hmm… Czy ja wiem? – samej burleski było tu niewiele. Co gorsza – nie widziałem sztuki…

Agnieszka: O, właśnie! Ja też po wyjściu z teatru powiedziałam dokładnie to samo: zabrakło mi sztuki w sztuce. Wesoło może i było, przynajmniej dla części widowni, niektórzy przecież wyli, tupali, śmiech się niósł…

Włodek: Ale – wybacz – wieczór nie był dla Ciebie chyba aż tak nieudany? Bawiłaś się śietnie! Zawiązała się zdaje się w pierwszym rzędzie mała loża …

Agnieszka: Oczywiście, wieczoru nie mogę nazwać nieudanym, ponieważ towarzystwo, w którym go spędzałam było bardzo zacne i bawiłam się w nim świetnie. Obawiam się, że byliśmy taką lożą szyderców, jednak to była reakcja na to, co się działo. Reakcja obronna. Jednakże był to efekt uboczny.

Włodek: Zachowywałaś się kiedyś w teatrze w ten sposób? Bo ja nie…

Agnieszka: Nie, nigdy! Na palcach jednej ręki można pewnie policzyć spektakle, na których wypowiedziałam więcej niż jedno zdanie. A tutaj gadaliśmy i gadaliśmy, komentarze były wymieniane nieustannie. Owszem, np. na „Fredraszkach” czy „Ślubach panieńskich” zdarza mi się serdecznie śmiać, ale to jednak inna „bajka” niż to, co działo się w trakcie tego show.

bur4Włodek: Zastanawiałem się długo, co nas do tego sprowokowało. Powtarzaliśmy w trakcie występów, że brakowało w nich jakości. Mówiłem wręcz, że gdyby wyciągnąć kogoś z widowni, wyglądałoby to pewnie o niebo lepiej. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ruch sceniczny był tak toporny. Pamiętasz, pokazywałem na żywo, jak można byłoby niektóre gesty wykonać. Robiłem to siedząc, od niechcenia, a wyglądało jakby lepiej…

Agnieszka: Też się zastanawiałam. Czy to wynika z braku spójnej wizji, jak ma wyglądać całość? Czy też z braku artystów na tym rynku? A może ma tu znaczenie też nikła potrzeba publiczności, by oglądać wysokiej jakości występy? Zobacz, jakie były reakcje większości widzów – wydawało mi się, że naprawdę wielu osobom się podobało. A przecież część z występujących niezbyt nawet potrafi tańczyć – bardzo drewniane, toporne ruchy, przejścia między tańcem a rozbieraniem typu „a przystanę sobie i rozwiążę wstążki”, brak pomysłu na to, by dany numer był perełką. Mnie zabrakło właśnie talentu i chęci olśnienia innych, włożenia w to serca, by zapewnić widzom show na najwyższym poziomie.

Włodek: Aaa… , żeby była jasność – nie do wszystkich występujących mam takie same zarzuty. Niektórym wychodziło to jednak trochę lepiej niż innym. Tak czy owak, dla mnie to było tak szalenie niedopracowane. Nawet jak był jakiś pomysł na numer, to nie wypalał. Czegoś zabrakło. Umiejętności? Prób?

Agnieszka: O właśnie, też się zastanawiałam, czy były w ogóle jakieś próby!

Włodek: Były, tu gwarantuję, było sporo prób.

Agnieszka: Tym bardziej dziwi mnie efekt. Dla mnie przykładem braku talentu i pomysłu były pokazy, które zaprezentował Kim Lee. Tam nie było absolutnie nic ciekawego, a poziom tańca okazał się bardzo niski. Miałam wrażenie, że to osoba „z ulicy”, która dostała szansę na występ.

Włodek: Kim mnie również rozczarował najbardziej. Miałem wrażenie, że sam nie wie do końca, co ma tam robić…

Agnieszka: Jakby go ktoś postawił na scenie i powiedział: występuj.

bur2Włodek: Rozczarował mnie też Gąsiu, słuchałem wcześniej fantastycznego wywiadu radiowego, w którym opowiadał o sztuce boyleski. Podobało mi się. A potem wyszedł na scenę i… OK, rozumiem, była kontuzja, ale cała otoczka, te przybrudzone czerwone stringi, te gesty, ten pomysł na numer… Dramat!

Agnieszka: Tak, ja też o nim słyszałam wcześniej i też przyznaję, że niestety poczułam się rozczarowana.

Włodek:    A jeszcze te zapowiedzi, że będzie nas reprezentował na jakimś boyleskowym konkursie… Pamiętasz naszą reakcję?

Agnieszka: Tak, pamiętam reakcję, chociaż w głębi ducha liczyłam właśnie, że może w końcu coś się zadzieje, co zmieni mą wizję całości. Też miałam wrażenie, że nie był do końca przygotowany i trochę „szył” bez pomysłu. Do tego właśnie ten pomysł „brutala-agresora” do mnie nie przemówił, to zmemłanie papierosa i wyplucie go na scenę – nie, nie kupiło mnie to. Do tego może drobiazgi, ale brak przewidzenia, że źle będzie się otwierało puszkę z piwem w rękawiczkach… Albo ta gumka przy skrzydełkach, która pękła i nie wiedział wtedy, co zrobić. Ewidentnie brakowało mu planu B na momenty, w których coś nie wychodziło

Włodek: Takie rzeczy, jak skrzydła – mogą się przytrafić każdemu, ale trzeba wtedy to ograć…

Agnieszka: Dokładnie. Plan B.

Włodek: Mówisz o Planie B, ja mam problem z zauważeniem planu A.

Agnieszka: Fakt, też nie zauważyłam, by były tam spójne pomysły na te występy, na opowiedzenie nimi jakiejś historii, a nie tylko powtarzanie po trzy razy różnych elementów choreografii.

bur3Włodek: Zatrzymajmy się przy tym… Opowiadał Master B, opowiadała Red Juliette… Wciąż to samo: panopticum i panopticum…

Agnieszka: Panopticum i małe dziewczynki…

Włodek: Aaa…, tak! Pamiętam, popłakałem się ze śmiechu.

Agnieszka: Niestety, ta opowieść robiła na mnie wrażenie kolejnej prowizorki i wymyślania ad hoc, bez potrzeby tworzenia spójnej historii, a już w ogóle bez potrzeby wzbogacenia jej o jakieś ciekawe detale adekwatne do danej części opowieści.

Włodek: Pomińmy też fakt, ze potem te jego/jej opowieści najczęściej nijak się miały do treści następnego numeru…

Agnieszka: A pomysł sam w sobie był całkiem ciekawy, można było zrobić naprawdę interesujące i spójne show, a nie przypadkową zdaje się zbieraninę tego, co mogli zaproponować poszczególni wykonawcy.

Włodek: Nie widzę problemu w tym, by to był zbiór różnych etiud, historię zabawną zawsze się da do tego opowiedzieć…

Agnieszka: Zgadza się, da się, mnie jednak tu coś przeszkadzało: raz panopticum, tajemnica, Azja, palacze opium, a za chwilę plastikowy i różowy Ken rozwieszający pranie, jakoś mi to nie zagrało. Powiedz, w czym zatem widzisz problem?

Włodek: W jakości. Może się coś nie udać, może jeden wykonawca być słabszy od drugiego, ale żeby aż tak się sypało? W zasadzie jedna tylko Red Juliette zachowała pozory klasy. Też tam w roli „zapowiadacza” nie wypadła najlepiej, scenę ze zbieraniem róż wymyślono jej przaśnie, ale kiedy zaczynała już właściwy numer, było dobrze, może nie jakoś wybitnie, ale było na co popatrzeć. I – odnoszę wrażenie – tylko u niej nie było widać tremy.

Agnieszka: Tak, Red Juliette i według mnie trochę ratowała całość. Jako prowadząca niestety nie, bo aktorsko nie ma wystarczającego talentu, scena z różami też faktycznie była przaśna. Ale dziewczyna potrafi tańczyć i łączyć taniec z pozbywaniem się kolejnych części garderoby. Widać, że w tańcu czuje się dobrze, ja też nie zauważyłam tremy i sztuczności. No i jej numery były jednak – w porównaniu z innymi – dużo bardziej dopracowane i ciekawsze.

Włodek:   Tak, tam była jakaś opowiedziana historia, wykorzystane elementy scenografii (rura, schody), Red Juliett była wszędzie i robiła wrażenie. Nie wiem, na ile to było dobre wrażenie na złym tle, ale jednak.

Agnieszka: Była historia i nie było to trzykrotne powtarzanie tych samych zestawów kroków. I faktycznie, stosunkowo ciekawie korzystała ze scenografii. Poza tym ma naturalne ruchy, nie sprawia wrażenia sztywności (może związane jest to właśnie z brakiem tremy?). A jak widzisz Santa Evitę?

Włodek:   Wymazuję z pamięci. Dziewczyna miała minę, jakby żałowała, że w ogóle jest na scenie…

Agnieszka: Oj tak, Santa Evita była tak spięta, że miałam wrażenie, że zaraz się rozsypie. I to niestety przekładało się na jakość tańca, który wypadał nienaturalnie.

Włodek: Pewności siebie nie brakowało gościowi z zagranicy – tyle, że u niego też brakowało mi jakości. Był króciutki układ, powtórzony trzy razy przy zmieniającej się jednak muzyce…

Agnieszka: Semir chociaż robił z mięśniami brzucha takie rzeczy, których mu zazdroszczę 😉 A już bardziej serio – w porównaniu z częścią wykonawców tragedii nie było, ale faktycznie mogło być dużo lepiej.

Włodek: Tyle, że nie było to klasyczny taniec brzucha… dla mnie takie trochę występy dla turystów w hotelu w Złotych Piaskach – dwadzieścia lat temu. Byłem, widziałem, wiem, co mówię…

Agnieszka: Tak, masz rację. I o to właśnie może chodzić. My szukaliśmy tam sztuki, a dostaliśmy „polsatowsko-złotopiaskową” rozrywkę.

Włodek: Ech… A kostiumy, scenografia, muzyka?

Agnieszka: W większości wygląda to tanio. Rozumiem, że budżet nie był wielki, jednak np. chwiejąca się, niestabilna rura, to już zagrożenie dla wykonawców. O muzyce nie mówmy, bo część utworów bardzo lubię, a teraz już zawsze będą mi się kojarzyły z tym show. Oj, chyba nie polubią mnie występujący…

bur1Włodek: Ludzie, którzy stoją na scenie, mają wpisane w zawód to, że są oceniani, jednym się ich praca podoba, innym nie. Takie życie. Nie umrą od tego, że ktoś o nich źle napisał. Jeśli zrozumieją nasz przekaz, wezmą się do ciężkiej pracy, może kolejne spektakle będą już o niebo lepsze. Trochę jednak wątpię, bo to wszak nie był pierwszy burleskowo/boyleskowy spektakl w tym miejscu.

Agnieszka: To się wiąże z faktem, że niestety oczekiwania społeczne co do sztuki są dosyć niskie, najczęściej ma śmieszyć i ekscytować, a to zapewne mogło wywierać takie wrażenie na części publiczności. Mało osób stara się poznawać szerokie spektrum możliwości, jakie oferuje chociażby sam teatr.

Włodek: Uczciwie przyznać trzeba, że widownia była wypełniona do ostatniego miejsca.

Agnieszka: Tak, wręcz dostawiano sporo krzeseł.

Włodek: Wyszła tylko jedna pani. Właśnie – dlaczego Ty nie zrobiłaś podobnie?

Agnieszka: Dobre pytanie. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wyjść ze spektaklu, o ile dobrze pamiętam. Ale tak sobie teraz dumam i wychodzi mi na to, że zwyczajnie bardzo przyjemnie oglądało mi się to show razem z Wami (było nas w teatrze aż czternaście znających się mniej lub bardziej osób – przypomnienie Chochlika) i gdyby nie fakt, że mieliśmy taką lożę szyderców, to mogłoby się wydarzyć, że byłby to pierwszy raz.

Włodek: Ten spektakl miał bawić, ale można bawić i bawić. Nawet w zwyczajnych farsach można zagrać tak, że ludziom spadają buty z wrażenia, a szczęki opadają do kolan…

Agnieszka: Oj tak! Tylko pewnie można wychodzić z założenia: po co wchodzić na wyższy poziom, jeśli ten jest dla ludzi wystarczający. To dla mnie trochę takie naczynie połączone – artyści/ekipa i widownia.

Włodek: Nie jest moim celem pastwić się teraz nad twórcami burleskowo/boyleskowego spektaklu. Pominę już zatem dziesiątki błędów, które mnie tak bardzo raziły. Powiem krótko: burleska to nie tylko Dita i kielichy, nie tylko piękne stroje i ciała. Może być też zupełnie inaczej. Tylko – błagam – niech to będzie dobrze zrobione!

Agnieszka: Mnie tez przecież nie chodzi o to, by sprawić komuś przykrość, jednak przemilczenie tego, ze nie był to dobry spektakl nie służy nikomu. Wierzę w to, że mogą zrobić coś dużo lepszego i bardziej dopracowanego i ufam, ze nasza rozmowa może się do tego przyczynić.

Włodek: Zobaczymy… Zastanawiam się, jak ten spektakl ocenić. Wszak nie widziałem chyba dotąd słabszego przedstawienia. Tekst (treść przedstawienia) – hmm… mówiliśmy coś o chochlikach ujemnych… Ale z uwagi choćby na Red Juliette – może jeden?

Agnieszka: Zdecydowanie. Tekstu bym w ogóle nie brała chyba pod uwagę, bo był totalną zbieraniną przypadkowych pomysłów, które przychodziły do głowy twórcom, a przynajmniej takie to sprawiało wrażenie. Aktorsko – dwie osoby w miarę dawały radę, ale reszta!

Włodek: Reżyseria: tu nawet nie ma dyskusji!

Agnieszka: Jeszcze mówiąc o aktorach: Red Juliete według mnie nie dawała rady – i prowadzący i prowadząca – robili błędy językowe na poziomie mocno podstawowym, do tego dochodziła „nerwica rąk”, która mnie samą doprowadziła do zdenerwowania.

Włodek: No tak, przypominam sobie…

Agnieszka: Mam nadzieje jednak, ze kredyt zaufania, który ciągle u mnie mają (może niesłuszny, ale nie lubię skreślać niczego i nikogo po pierwszym razie) zostanie wykorzystany i w przyszłości zobaczymy bardziej dopracowaną wersję.

Włodek: Cieszę się, że to mówisz, bo właśnie myślę podobnie. Pewnie jeszcze kiedyś spróbuję powtórzyć to doświadczenie, może nie od razu, ale tak. Być może zadziało się tu coś przedziwnego, o czym nie mamy pojęcia. Powiedzmy jeszcze o jednej ważnej kwestii – przerwie! Trwała pół godziny! Myślałem, że tam się cuda rozkładają na scenie, a tu – niespodzianka – jedna lampka…

Agnieszka: Tak, ja też nie zauważyłam innej zmiany poza tym oświetleniem w ultrafiolecie, ale przerwa dała nam chociaż możliwość ochłonięcia i nabrania sił przed drugą częścią.

Włodek: Tylko ja już w zasadzie straciłem nadzieję, że tam coś się zadzieje. Finał mnie dosłownie zabił….

Agnieszka: O tak, finał był szczególny. Lubisz oglądać obroty?

Włodek: Tyle o ile.

Agnieszka: Jednak chodzenie na krzyż, robienie obrotów jak w tańcu ludowym i machanie „skrzydłami” to nie jest koncepcja wielkiego finału, która mogłaby porwać.

Włodek: Tu ważna informacja – owacja była w dużej mierze na stojąco. Wielu widzom naprawdę się podobało…

Agnieszka: Możesz mieć rację, widać było, że część publiki jest wierna i zintegrowana z ekipą, ludzie muszą bywać tam stosunkowo często, wiec jest to w zgodzie z ich estetyką i potrzebami artystycznymi. Muszę jednak powiedzieć, że choć widać, że części ekipy występującej w spektaklu sprawia to frajdę i „czują ten klimat”, to jednak nie rozumiem, dlaczego tak się denerwowali?

Włodek: No właśnie, to jest dobre pytanie. Nie wiem, może ze względu na widzów, a może dawno ze sobą takiego show nie robili?

Agnieszka: Możemy tylko gdybać, jednak mam wrażenie, że Master Bee czuje się na swoim miejscu (przynajmniej momentami, gdy nie denerwował się za bardzo). Ja przyznaję bez bicia – na burleskowo-boyleskowy spektakl raczej długo nie pójdę!

Włodek: Ale – i tu Cię zdziwię – spektakle dramatyczne w Teatrze Druga strefa są naprawdę pierwsza klasa! W listopadzie jeden zrobił na mnie takie wrażenie, że chyba wybiorę się na niego ponownie. Noc Helvera” – szczerze polecam. Bilety bardzo tanie, a wrażenia gwarantowane. Najbliższe spektakle – już 10 i 11 marca o godz. 20.00.

Agnieszka: Wierzę, ze to nie jest reprezentatywne wydarzenie dla całości działań Teatru Druga Strefa. Z chęcią poznam inne ich spektakle, z przyjemnością dam się porwać. Na „Noc Helvera” zwróciłam już uwagę, więc może to przeznaczenie?

Włodek: Uznajmy więc burleskę/boyleskę z 11 lutego 2017 r. za wypadek przy pracy.

Agnieszka: W taką konkluzję chętnie uwierzę. Może za jakiś czas będę piała z zachwytu, a o tym wieczorze zapomnę? Chociaż nie, właściwie nie chcę zapominać, bo bawiłam się z Wami wyśmienicie, a po drugie – to też buduje moją tożsamość widza.

Agnieszka Tatera i Włodzimierz Neubart

*****

Podsumować mogłabym tak samo, jak Włodek u siebie na blogu:szkoda, że tak się stało, jak się stało. Jednak wielu osobom bardzo się podobało, a może po naszej rozmowie kwietniowe show spodoba się też i osobom szukającym w teatrze czegoś więcej niż przypadkowy zestaw nie do końca dopracowanych występów? Wierzę w ekipę Teatru Druga Strefa, obserwuję ich działania na Facebooku i sprawdzę ich repertuar dramatyczny. A kto wie, może za jakiś czas wrócę i na burleskę, z której wyjdę olśniona? Zobaczymy!

Włodkowi dziękuję za zaproszenie do rozmowy. Tekst rozmowy znajdziecie równie na blogu Chochlik kulturalny (z wprowadzeniem i podsumowaniem autora).

fot. Anushka Wojtecka // Fottoo.pl

Rozmaitości kulturalne #1

Od jakiegoś czasu mój tryb życia odjechał od czytania, zaczepił o kolorowanie, a potem o inne atrakcje związane z kulturalnym spędzaniem czasu 😉 Coraz bardziej brakowało mi tutaj miejsca, gdzie mogłabym napisać o różnych moich zachwytach i rozczarowaniach nieksiążkowych. Postanowiłam więc sprawić sobie przyjemność i tak oto powstaje nowy cykl! A o czym na pierwszy ogień?

„Fortepian pijany” w Teatrze Narodowym

Kompletnie nie wiem, jak to zakwalifikować. W repertuarze stoi: musical. Dla mnie to swoista improwizacja koncertowa z luźną fabułą. Zbiór bardzo rozmaitych typów śpiewa piosenki  Toma Waitsa. Układają się one w opowieść o życiowych wędrówkach, głębokich i przelotnych miłościach, wzruszeniach i żądzach mieszkańców miasteczka Whittier.

Rzecz to przedziwna i nierówna, chociaż jak się później dowiedziałam – połowa ekipy tego spektaklu była w tym momencie nieźle chora, niektórzy wyszli na scenę z wysoką gorączką. Więc ciekawa jestem, jak to wygląda normalnie. Momentami przeszkadzał mi poziom dźwięku, ale generalnie jestem na tak.

A ocena emocjonalna? Robert Jarociński mógłby mi tak mruczeć do ucha. Ale i tak staję się psychofanką (styl pensjonarski 😉 ) Marcina Przybylskiego, ten głos, to spojrzenie, świetna rola zapaleńca, dla którego najważniejsza jest TA muzyka i wszystko jej podporządkowuje. Anna Markowicz ociekająca seksapilem, dobry Karol Dziuba. Ci aktorzy rzucili mi się w oczy/uszy najbardziej.

Suma: spektakl to specyficzny, nie dla każdego, ale warto spróbować.

„W mrocznym, mrocznym domu” w Teatrze Narodowym

Dwaj bracia i kobieta. Świat trzeszczy żwirem pod butami i trzeszczy w posadach. W psychologicznym thrillerze – Marcin Przybylski, Grzegorz Małecki i Milena Suszyńska. Grażyna Kania bierze na warsztat tekst głośnego dziś amerykańskiego autora Neila LaBute’a. Dramat wstrząsu i trwogi. Wycieczka w tajemnice dzieciństwa wolno odsłania dawne krzywdy i niegojące się rany. Trudno będzie rozpoznać, kto jest katem, a kto ofiarą. Kto Kainem, a kto Ablem.

Powyższy opis to esencja tej sztuki. A wrażenia?

O mój Boże… Miazga ze mnie została, tyle powiem! To powalaja sztuka, tak pełna emocji, że wyszłam z bolącym żołądkiem. Z całym szacunkiem dla Mileny Suszyńskiej (chociaż świetnie i bardzo realistycznie wyszło jej granie szesnastolatki!), to jest spektakl dwóch mężczyzn. I mimo całej mej wielkiej sympatii dla Marcina Przybylskiego i jego talentu, to w tym przypadku muszę przyznać, że pozamiatał Grzegorz Małecki! Chapeau bas, panowie! Tak prawdziwie zagrane, tak przejmujące, że nie mogłam oderwać wzroku od sceny. Muszę koniecznie iść jeszcze raz i obejrzeć na spokojniej. Ciekawe tylko, czy to faktycznie będzie „na spokojniej”…

Suma: genialnie zagrany spektakl, polecam z całego serca!

lyzwy

 „Kings on Ice. Tribute to Chopin” – Stadion Narodowy

I dla odmiany coś innego! Światowej klasy show na lodzie w wykonaniu najlepszych łyżwiarzy, w tym mistrzów olimpijskich! Jewgienij Pluszczenko, Stéphane Lambiel, Tomáš Verner, Brian Joubert i wielu innych wspaniałych łyżwiarzy (pełna lista tutaj).

Nie jestem obiektywna, bo od dzieciństwa uwielbiam oglądać mistrzowskie wykonania, brawurowe, przepiękne, często niewiarygodnie dobre i niebezpieczne. Tutaj miałam wrażenie, że mistrzowie dali z siebie mniej niż rok temu (oprócz Jouberta), ale za to ci mniej znani łyżwiarze pokazali sporo ciekawych numerów, więc generalnie jestem zadowolona. Pluszczenko nadal jeździ mistrzowsko, a Lambiel ciągle jest wcielonym wdziękiem i żywą muzyką, uwielbiam człowieka!

Włodek Pawlik zagrał wyśmienicie, szkoda, że ta część związana z Chopinem, w której on grał była de facto tak krótka. Edvin Marton i jego bezcenne skrzypce Stradivarius kolejny raz zapewniły widzom piękne chwile.

Pewnie, było zimno jak w psiarni (ale nie spodziewałam się niczego innego w lutym na stadionie, nad lodowiskiem), ale emocje były takie, że rozgrzały mnie od środka. A te piski dziewcząt i kobiet, gdy na lód wyjeżdżali ich ulubieńcy… 😉 Chcę więcej, mam nadzieję, że za rok będzie kolejna edycja. Zobaczcie sami!

Suma: Polecam! Tylko ciepło się ubierzcie i zabierzcie koc!

*****

Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta formuła, bo mam wielką ochotę ją kontynuować, za dużo fajnych rzeczy w tym roku oglądam, by o nich milczeć 😉

PS. Zdjęcia pochodzą ze stron spektakli Teatru Narodowego.