„Zawsze piękne. Życie, śmierć i nadzieja w slumsach Bombaju” – Katherine Boo

slumsy

Przy czytaniu tej książki zadziwiłam sama siebie, bo miałam wrażenie, że czytam powieść. Styl autorki, to, jak przedstawiła bohaterów i wydarzenia, cały czas sprawiały na mnie takie właśnie wrażenie. Dopiero w posłowiu autorka wyjaśniła, że to nie jest powieść, że wszyscy bohaterowie są prawdziwi, a ona albo była obserwatorem przedstawianych wydarzeń, albo słyszała o nich od naocznych świadków. A miała sporo możliwości poznawczych, spędziła w Annawadi ponad 3 lata.

Annawadi to symbol nędzy. Jeden z wielu slumsów otaczających największe miasta w Indiach, w kraju, w którym mieszka 1/3 najbiedniejszych mieszkańców naszej planety. Gdzieś w sieci wyczytałam, że ponad 30% mieszkańców żyje tam za 4 zł dziennie, co daje 1460 zł rocznie! Jestem pewna, że dla potężnej większości osób czytających ten tekst jest to wręcz niewyobrażalne. A dla setek milionów osób jest to codzienność…

Katherine Boo przedstawia nam w swej książce kilkoro wybranych – dzieci i dorosłych. Spotykamy dzielnego Abdula, który dzięki swemu talentowi do segregowania śmieci może utrzymać wieloosobową rodzinę. Jednakże los wystawia ich na próbę – sąsiadka rzuca na nich oskarżenie, które sprowadzi na nich wielkie kłopoty i cofnie ich ponownie na skraj śmierci głodowej. Ale Abdul i jego rodzina to nie jedyni bohaterowie. Jest też Asha, która bezwzględnie prze do przodu, próbuje wykorzystywać każdą okazję, by dorwać się do władzy, a potem ją powiększać. Chce koniecznie wyrwać się ze slumsów, nie patrząc na koszty. Jest też jej córka – Manju, jedyna dziewczyna ze slumsów, która studiuje. Stara się też utrzymywać malutką szkółkę, w której uczy dzieci podstaw angielskiego. Jednocześnie przeżywa wiele momentów zwątpienia obserwując to, co wyczynia jej matka oraz to, jak toczy się życie jej najlepszej przyjaciółki. Są też dzieci-śmieciarze – Kalu i Sunil. Jeden sprytnie zdobywa śmieci z okolicy lotniska, a drugi balansuje na betonowej półce, na którą nikt większy od niego nie jest wstanie wejść. Dzięki zbieraniu i sprzedaży śmieci są w stanie przeżyć kolejne dni. Jednakże kwestia zdobycia pożywienia to tylko jedna sprawa. Jeszcze trzeba unikać różnorakich niebezpieczeństw, dbać o swoich, unikać obcych, znaleźć spokojne miejsce do spędzenia nocy. Losy tych bohaterów przeplatają się ze sobą, ale w trakcie opowieści przewija się ich bardzo wielu – policjanci wyłudzający od biedaków ostatnie grosze w zamian za spisanie korzystnego zeznania, biedak zbierający pieniądze na operację, która uratuje mu życie, dziewczyna, której jedynym życiowym wyborem, którego może dokonać samodzielnie jest połknięcie trutki na szczury…

Przed sięgnięciem po tę książkę nie wiedziałam o niej praktycznie nic. Czytałam ją z dużym zainteresowaniem, ale – jak pisałam wyżej – z przekonaniem, że to fikcja literacka. I dlatego posłowie autorki dało mi popalić. Autorka potrafiła pozostać niewidoczna przez całą opowieść, odsunęła siebie i swe przekonania zupełnie na bok, a głos oddałą mieszkańcom Annawadi. Jeszcze nigdy nie czytałam reportażu napisanego w taki właśnie sposób. Tak, jakby autorka oddała całą siebie tylko jako pośrednika, przenośnik obrazów z życia innych. Niesamowite!

Abstrahując od samego tematu książki, to Katherine Boo bardzo sprawnie posługuje się piórem. Potrafi pisać tak obrazowo, że widzi się wszystko, co opisuje. Tworzy opisy nie tylko barwne, ale angażujące emocjonalnie, co przy takiej tematyce wywiera jeszcze większy efekt. Wiele razy pomyślałam sobie „o nie…!” w trakcie czytania czy też kibicowałam bohaterom z całego serca.

Ta książka to opis życia w świecie poza światem. Tam, gdzie prawie nikomu nie udaje się znacząco polepszyć swojego życia, gdzie cieszy fakt, że można zbudować półkę do gotowania. Gdzie żyje się niewiarygodnie ciężko, dookoła jest pełno bezwzlędności i bezprawia. Ale gdzie ludzie ciągle uważają, że życie jest piękne. Zawsze piękne…

© 

 

Zawsze piękneWydawnictwo: Znak, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 344

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6


„Intrygantki” – Eric-Emmanuel Schmitt

intrygantki

Eric-Emmanuel Schmitt w wersji dramatycznej. Tyle można byłoby powiedzieć o najnowszej książce znanego autora. Jednakże jak nikle odzwierciedliłoby to zawartość zbioru!

„Intrygantki” to tom zawierający cztery dramaty, dwa dłuższe i dwa w wersji mini – „Noc w Valognes”, „Gość”, „Knebel” oraz „Szatańska filozofia”.

„Noc w Valognes” to świetny dramat o miłości, przebaczeniu, zrozumieniu siebie i innych, poznaniu, spisku i osądzeniu. Spotykają się tutaj Don Juan i pięć jego ofiar, uwiedzionych przez niego kobiet. Pewnej nocy odbywa się sąd czterech dam nad tym znanym wszem i wobec  uwodziciela. Ma zostać skazany na karę, która wydaje im się najgorsza z możliwych – bycie wiernym jednej kobiecie, już na zawsze. Czy ten misterny plan ma szansę się udać?

Zdrada! Zdrada! Wciąż to krzyczycie z pianą na ustach. Ale to wy, kobiety, więcej w sobie macie fałszu. Trzeba wam obiecać przywiązanie do grobowej deski, byście nam zechciały dać pięć minut rozkoszy. A przecież wszyscy wiedzą, że to tylko układ – słowa w zamian za kilka czynności. I nie ma w tym zdrady, to tylko mowa, a zdrajcą jest ten, kto udaje, że tego nie rozumie. (str. 70)

Bardzo udany to dramat, pełen pasji, z interesującym, przekornym zakończeniem. Autor zresztą przez cały dramat stosuje elementy zaskakiwania czytelnika, zmienia bieg akcji, odkrywa elementy, których się nie spodziewaliśmy. Interesująco przedstawił też postać Don Juana, trudno jednak mi ją opisać bez zdradzania istotnych elementów fabuły, więc musicie mi uwierzyć na słowo i sprawdzić sami.

Jedyne, co mnie momentami dziwiło, to bardzo nowoczesne słownictwo i styl w stylizowanym przecież na starą sztukę dramacie. Raziło mnie używanie niektórych słów, nie pasowało mi do wizji, która jakoś tam przez lata osadziła się mi w głowie. Ale to mój jedyny zarzut.

Zgrzybiałość przywróciła mi bezkarność. Po prostu mówią: „Stara ma w głowie kompocik” i nikt nie ma do mnie pretensji. (str. 87)

„Gość” to opowieść o opowieść o spotkaniu Freuda z pewnym nieznajomym. Nieznajomym, który udaje(?) Boga, a który zjawia się u twórcy psychoanalizy w momencie, gdy Gestapo zabrało córkę Freuda na przesłuchanie, a on sam zastanawia się, czy się zeszmacić podpisując uwłaczający jego godności dokument, który zezwoli jemu i jego rodzinie na wyjazd z nazistowskiej Austrii, czy też ocalić godność, ale oddać życie. W takim momencie rozmowa o życiu, o wierze, o Bogu, o potędze myśli, o śmierci… Interesujące zestawienie.

Nikt nie wymarzył dla niego życia. Nikt nie pochylał się nad jego kołyską, obiecując mu świetlaną przyszłość, sukcesy i najpiękniejsze miłości. Wszyscy wariaci to dzieci, dla których życia nikt nie wymarzył. (str. 171/172)

„Knebel” to niesamowity minidramat. Wstrząsająca opowieść o miłości zakazanej, nieakceptowanej przez społeczeństwo, cichej i wiernej do końca. A nawet przekraczającej granice śmieci. Bardzo mi się podobał!

„Szatańska filozofia” to kolejny minidramat, mocno przewrotnie ukazujący ludzi i nasze podejście do życia. Odwiedzamy diabła, załamanego trywialnością zła, które codziennie dzieje się na świecie. Potrzebuje on czegoś nowego, czegoś stymulującego, czegoś, co będzie złem wyjątkowym. W pewnym momencie – dzięki swym sługom – znajduje pomysł na to, jak pogłębić swe wpływy między ludźmi. Bardzo ludzki pomysł…

„Intrygantki” to kolejna książka Schmitta, która przypadła mi do gustu. I mimo tego, że jego twórczość jest nierówna, to zdecydowanie bardziej ją lubię, niż nie lubię. Pozostaję więc nadal fanką tego autora i już czekam na kolejne jego książki. Koniecznie z tak uroczymi okładkami, jak ta (oraz kilka poprzednich), z przyjemnością się na nią patrzy!

Nauczyłam się, że rozkosz smakuje mdło, jeżeli nie jest doprawiona złem, że po pieszczotach zawsze następuje policzek, a pocałunek zapowiada ukąszenie… Nauczyłam się, że łapie się mężczyzn za ogon, ale rani się ich w serce…  (str. 118)

©

intrygantkiWydawnictwo: Znak, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 236

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

Inne książki autora:

„Kiki van Beethoven”

„Historie miłosne”

„Trucicielka”

„Moje ewangelie”

Mam 3 latka

… trzy i pół, sięgam brodą ponad… stos 😉 Niestety, nie znalazłam polskiej wersji takiego fajnego znaczka:

W życiu nie spodziewałabym się, że wytrwam 3 lata w pisaniu bloga o książkach! Nie spodziewałam się, że będzie mi to sprawiało taką frajdę (chociaż są i momenty mocno kryzysowe, ostatnio było blisko zaprzestania pisania w ogóle!), że pozwoli mi to na poznanie wielu cudownych ludzi, również w Realu! Że powstanie z tego tyle różnych konkursów, dyskusji, a na dodatek też Złota Zakładka.

Przez te 3 lata napisałam 635 wpisów, w 80 kategoriach. Padło 7910 komentarzy. Odwiedziło mnie prawie 260 000 osób z kilkudziesięciu różnych krajów. To wszystko wprawia mnie w zdumienie, bo – mimo że kocham moje wirtualne dziecko  – nie uważam, że mój blog wyróżnia się jakoś mocno spośród całkiem wielu innych blogów. Chyba nie mam manii wielkości, jak niektórzy blogerzy 😉 I mam nadzieję, że nigdy nie będę wpadać w ten wyścig blogowych szczurów, oby mnie to ominęło!

Ale schodząc z gorzkich tematów (ostatnio sporo dziwnych akcji miałam okazję obserwować i to mnie tak natchnęło) – chciałabym serdecznie podziękować wszystkim odwiedzającym, czytającym, komentującym! A szczególnie tym, którzy są ze mną bardziej na stałe, bywają w miarę regularnie, towarzyszą mi w smutkach i radościach okołoblogowych 🙂 Bez Was wszystkich pewnie nie starczyłoby mi motywacji na 3 lata blogowania. Chwała Wam za to!

Czy ktoś potrafi stworzyć takie cukiernicze dzieło sztuki? Jeżeli tak – poproszę! 🙂 Poczęstujemy się razem, chociaż to aż szkoda zjadać!

Blogaskowi 😉 życzę wielu kolejnych lat funkcjonowania i to jak najbardziej sprawnego, jak najmniej kryzysów, a jak najwięcej cudnych chwil 🙂 A, żeby podzielić się szczęściem, to postanowiłam obdarować 3 osoby książkami – po 1 na każdy rok blogowania 🙂 Rozdam książki:

  1. „Wilkołak” Jonathan Maberry – z własnej półki.
  2. „Chłopiec z sąsiedztwa” Irene Sabatini – od Wydawnictwa Świat Książki 🙂
  3. „Zła krew” Arne Dahl – z własnej półki.

Wszystko, co musicie zrobić, to zgłosić się w komentarzu, zaznaczając  do której książki się zgłaszacie. Zgłaszać się można do środy (15.08.12) do północy.

Cieszę się bardzo z tej rocznicy i mam nadzieję, że będę miała dość siły, motywacji, wytrwałości, by prowadzić tego bloga przez jeszcze długi czas  A Wam dziękuję za to, że u mnie bywacie, czytacie to, co piszę, wspieracie!

„Kiki van Beethoven” Eric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak, 2011

Oprawa: twarda

Liczba stron: 146

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

O ileż łatwiej byłoby mi ocenić tę książkę, gdyby podzielić ją na dwie osobne! Trudno mi złożyć te dwa teksty w całość, mimo tego, że obydwa dotyczą tego jakże znanego kompozytora. Ale przejdźmy do rzeczy!

Pierwsza część książki to tekst pod tym samym tytułem, co książka. Fascynujący, uroczy tekst o Kiki i jej przyjaciółkach. Tytułowa Kiki pewnego dnia kupuje maskę Beethovena i stwierdza, że już nie słyszy żadnej melodii gdy na nią patrzy, gdzieś zapodziała się ta magia dźwięków, która towarzyszyła jej w młodości! Zdesperowana spotyka się z przyjaciółkami, prosi, by one spróbowały i okazuje się, że i one utraciły tę zdolność słyszenia utworów kompozytora gdy patrzą na jego maskę. Przygnębione kobiety starają się dojść do tego, co się stało z nimi i ich życiem, że straciły tę cudowną umiejętność. Prowadzi to do rozrachunku z przeszłością, do stawiania sobie trudnych pytań i podejmowania decyzji, których jeszcze niedawno starały się unikać. I tak powoli, stopniowo każda zmienia coś w swoim życiu. Do czego je to doprowadzi? Czy usłyszą znowu muzykę Beethovena?

Schmitt stworzył w tej krótkiej opowieści galerię bardzo ciekawych postaci! Bardzo spodobały mi się wszystkie bohaterki – zwariowane starsze panie, jak i bohaterowie drugoplanowi, np. brat Kiki czy młodzieniec, którego spotyka ona kilka razy w parku, gdzie próbuje słuchać utworów Beethovena z przenośnego odtwarzacza. Autor każdą z postaci obdarzył charakterkiem, cechami szczególnymi, zaletami i słabostkami, komponując to w taki sposób, że czyta się ich istorię niezmiernie przyjemnie. To jest Schmitt w bardzo dobrej formie…

Druga część tej książki to z kolei felieton, w skład którego wchodzą osobiste przemyślenia autora związane z tym kompozytorem. Wspomnienia, refleksje związane z różnymi utworami, nawiązania do społeczeństwa, kultury etc. Tekst jest obszerny, momentami wchodzący w bardziej szczegółowe dociekania autora, w filozofowanie dotyczące życia. Niestety, dla mnie jest on zwyczajnie o wiele mniej interesujący od powieści Schmitta. O ile powieści bardzo lubię, to ten tekst był nudny i mimo tego, że Beethovena lubię (może nie znam bardzo dogłębnie jego utworów, ale te, które znam lubię), to jednak nie na tyle, by wchodzić w związku z nimi na poziom wręcz metafizyczny.

Podsumowując: Kiki van Beethoven – bardzo na tak, felieton osobisty Scmitta – niekoniecznie. Przez takie właśnie połączenie jest to książka raczej dla fanów autora, a nie dla osób zaczynających swoją z nim przygodę. © Agnieszka Tatera

„Historie miłosne” – Eric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak, 2010

Oprawa: twarda

Liczba stron: 460

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Lubię Schmitta. I sama tak do końca nie wiem dlaczego! Może za delikatność jego prozy, która jednak potrafi w sekundę przywalić jak obuchem? Za pokręconych bohaterów? A może za to, że nie udaje lepszego niż jest i tworzy książki właściwie dla każego?

„Historie miłosne” to zbiór siedmiu opowiadań wzbogacony dramatem „Tektonika uczuć”. Dramat ten został wydany jako osobna książka, a opowiadania – z tego, co słyszałam – pokrywają się częściowo z tymi ze zbioru „Odette i inne historie miłosne”. Ja miałam to szczęście, że żadnego z tych utworów wcześniej nie czytałam, więc przeżyłam małą ucztę.

Schmitt czuje się dobrze i w krótkich opowiadaniach, i w tych, które się kwalifikują prawie że na powieść, tak samo dobrze odnajduje się w dramatach i powieściach. Czysta uniwersalność. A ten zbiór zawiera same dobre utwory, nie myślałam, ze jest to możliwe. Oczywiście jedne podobały mi się bardziej, inne trochę mniej, ale generalnie wszystkie są dobre, sukces!

Pogrążyłem się w myślach na temat ulotności sukcesu, przemijającego charakteru każdej popularności. Perspektywa ta zupełnie mnie dobijała. Może dzisiaj mam czytelników, ale czy będę ich miał jutro? W swojej głupocie pisarze uznawali, że udaje im się uciec przed losem śmiertelników, ponieważ zostawiają coś po sobie, ale czy to coś przetrwa? O ile potrafię się zwracać do czytelnika z XXI wieku, to cóż mogę wiedzieć o czytelniku z XXIII wieku?

„Marzycielka z Ostendy” urzekła mnie od pierwszych stron. To świetna opowieść o niewiarygodnej miłości, barwna, z mnóstwem wdzięku.  Urzekła mnie ta historia jak z bajki, do końca kibicowałam Emmie, jednocześnie zastanawiając się co też przygotował dla niej autor. Bardzo mi się to opowiadanie podoba, trafiło do ulubionych utworów tego autora.

„Zbrodnia doskonała” to z kolei opowieść o obsesji, o braku wiary w siebie i ukochanego, a w końcu również o wyrzutach sumienia. Cały czas zastanawiałam się nad tym, jak bardzo lub jak mało jesteśmy w stanie wierzyć innym, jak wielki to wywiera wpływ na nasze życie i w jak niewielkim stopniu najbliższe sobie osoby potrafią się tak naprawdę komunikować ze sobą.

„Kobieta z bukietem” – hm… Ta historia jest dziwna, ale przejmująca tym czekaniem przez lata. Kobieta czekająca dzień w dzień na peronie nr 3, z bukietem kwiatów w ręku. Na co czeka? Takiego zakończenia się spodziewałam, jednak nie wzbudziło mego entuzjazmu.

„Odette Jakkażda” to kolejne opowiadanie, które niezmiernie mi się podobało. Piękna historia wiernej miłości, wsparcia, zagubienia i odnalezienia w życiu tego, co ważne. A do tego cały czas zastanawiałam się, czy aby autor nie pokusił się tutaj o wstawki autobiograficzne i/lub przemyślenia a propos literatury, pisania, krytyki literackiej etc. Zresztą te momenty zastanowienia dopadały mnie nie tylko w trakcie czytania tego opowiadania, zdarzyło się i w innych momentach, ciekawe na ile Schmitt umieszcza własne przekonania w książkach, a na ile tylko kreuje światy swoich bohaterów.

„Piękny deszczowy dzień” – ciekawa opowieść o zmienianiu się człowieka, wkurzająca główna bohaterka, ale też nieszczęśliwa kobieta.

„Bosa księżniczka” – cóż to za przejmująca opowieść z bolesnym zakończeniem, taka jedna noc szczęścia, a potem… Brrr! Króciutkie opowiadanie, które mocno dało mi po łbie.

„Wszystko, czego potrzeba do szczęścia” to kolejna bardzo smutna opowieść o miłości, która nie potrafi sobie poradzić z rzeczywistością. Przerażające było brak komunikacji między małżonkami, niemożność szczerej rozmowy, która doprowadziła do ostatecznej tragedii. Jak bardzo niedoceniamy możliwości komunikacji!

„Tektonika uczuć” – pod wpływem tego dramatu przyszło mi do głowy, że miłość, nienawiść i znowu miłość dzielić może przeraźliwie cienka linia oraz truizm: gdybyśmy znali konsekwencje swoich czynów, to zdecydowanie byśmy dużej części z nich nie robili.

Książki Schmitta często działają na mnie w dobry sposób, przypominają o pięknych chwilach, które trzeba cenić. Ktoś powie, że to samo robi Coelho, nie wiem, czytałam tylko jedną jego książkę, nie zachwyciła mnie, więc nie kontynuowałam znajomości z tym autorem. Schmitt mi wystarcza w tym aspekcie 😉 © Agnieszka Tatera

„Kobieta z wydm” – Kōbō Abe

Wydawnictwo: Znak, 2010

Oprawa: twarda

Liczba stron: 214

Moja ocena: 3,5/6

Ocena wciągnięcia: 3/6

*****

Nauczyciel i wielbiciel owadów – Niki Jumpei – postanawia zrobić sobie mały urlop od rzeczywistości i pojechać w nadmorską okolicę, gdzie w gorących piaskach planuje poszukiwać owada, który zapewniłby mu miejsce w encyklopedii odkrywców. Na poszukiwaniach schodzi mu niespodziewanie cały dzień i nagle zdaje sobie sprawę, że nie zdoła nigdzie pojechać, by zdobyć nocleg. Gdy stara się dotrzeć do głównej drogi natyka się na dziwnie wyglądającą wieś. Domy usadowione są jakby w szerokich dołach, a dookoła nich unoszą się góry piasku.

Mężczyźnie zaoferowano nocleg w marnej chatynce usytuowanej w jednym z dołów. Domek ledwo się trzyma, kobieta w nim żyjąca pędzi ubogie życie, posłanie i strawa są marne, ale Niki stwierdza, że jeden dzień wytrzyma. Mężczyzna nie zdaje sobie sprawy z tego, jak długo zostanie w tym miejscu i co go czeka…

Rano okazuje się, że drabinka linowa prowadząca na wolność została zdjęta i nikt nie zamierza odpowiadać na pytania zagubionego więźnia. Kobieta albo milczy, albo udziela enigmatycznych informacji, które jeszcze bardziej zaciemniają obraz sytuacji. Mało tego, okazuje się, że Niki każdej nocy ma pomagać kobiecie w wykopywaniu spadających z hałd gór piasku, który to odbierany jest regularnie przez mężczyzn ze wsi. Syzyfowa praca – wygarnianie, spadanie lawin piasku, wygarnianie, spadanie, wygarnianie… I tak każdej nocy!

Mężczyzna przeżywa katusze psychiczne.  Podejmuje próby ucieczki, ciągle liczy na to, że uda mu się odzyskać wolność. W międzyczasie – jakby mimochodem – rozwija się dziwny układ między nim a kobietą z wydm. Układ dziwny, bo właściwie jedna strona nie zna motywów drugiej, pobudki są niejasne, a i czyny bywają wyrachowane i robione w celu zmylenia drugiej osoby. W końcu przed mężczyzną staje otworem droga ucieczki, a jak on reaguje?

W „Kobiecie z wydm” sporo jest filozofowania, jak dla mnie nawet zbyt wiele. Nie jestem wielką wielbicielką filozofii, więc dla mnie było to coraz bardziej nużące. Abe jednak świetnie odmalowuje atmosferę zagrożenia, zniewolenia,  klaustrofobii. W trakcie czytania czułam się zasypywana piaskiem, spocona, wręcz pogrzebana żywcem pod zwałami piasku, miałam ochotę uciekać. Jednakże w tym samym czasie były to tak intensywne wrażenia, że męczyłam się w trakcie czytania na tyle, że musiałam dzielić lekturę na krótkie urywki. I te dwa czynniki – filozofowanie oraz zmęczenie – spowodowały u mnie nie do końca pozytywny odbiór książki. Czułam się zbyt nią zmęczona.

Protected by Copyscape Duplicate Content Detection Software

Jednakże doceniam zarówno fabułę, jak i – generalnie, poza filozofowaniem – jej wykonanie. W trakcie czytania można znaleźć wiele punktów stycznych z życiem. Bo czyż nasz kierat typu dom – szkoła – zajęcia inne – nauka – sympatia – dom czy też dom – dziecko – praca – dziecko – obowiązki domowe – rozwój profesjonalny – dziecko – dziecko – dom nie przypominają czasami tego wybierania piasku każdej nocy? Czy stawiamy sobie cele czy bezmyślnie odtwarzamy zwyczajowe czynności? Jaki jest nasz kierat i czy jesteśmy go świadomi? Czy w ogóle mamy kierat?

Doceniam talent Kōbō Abe, jednakże potrzebuję dłuższej przerwy zanim sięgnę po podobną książkę. Czuję się jak wyżęta przez wyżymaczkę, muszę zregenerować siły. © Agnieszka Tatera

„Dziewczyny wojenne” Łukasz Modelski

Wydawnictwo: Znak, 2011

Oprawa: twarda

Liczba stron: 300

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 6/6

*****

Jedenaście dziewcząt. Wiek od czternastu do dwudziestujeden lat. Mieszkają w różnych miejscach Polski, pochodzą z różnych sfer, różny mają status społeczny i finansowy, różne wykształcenie. Łączy je jednak radość z życia, odważne plany na przyszłość – nauka, praca dla społeczeństwa, realizowanie planów. Różne, ale jednak troszkę podobne. Prą śmiało do przodu…

Natykają się jednak na barierę – na drodze do realizacji ich marzeń staje II Wojna Światowa, która wybucha dookoła, niszcząc wszystko, co spotka na swej drodze. Nagłe rozdzielanie rodzin, utrata bliskich, głód, brak miejsca do mieszkania, ciągły strach. Złapią czy nie złapią? Czy to już dziś?

Bohaterki tej książki to młode, a wręcz bardzo młode dziewczęta. Wiele osób starszych od nich załamało się, schowało się gdzie tylko mogło, czy uciekło z Europy. A one nie, one postanowiły, że będą działać. Rosła w nich potrzeba akcji, niechęć do bierności, nie potrafiły bezczynnie obserwować wojny. Każda z nich w ten lub inny sposób przyłączyła się do ruchu oporu. Były sanitariuszkami, zajmowały się śledzeniem Niemców i ich współpracowników, rozbrajaniem bomb, były łączniczkami, kurierkami, przeprowadzały ludzi przez granicę, przewoziły lotników ledwo trzymającymi się kupy samolotami. Tak młode, a tak dojrzałe i odważne. Zastanawiałam się non-stop – jak ja bym postąpiła w ich sytuacji? Ja, która jestem od nich starsza o dobre kilkanaście lat? Czy poczułabym też potrzebę przyłączenia się do działania, nawet za cenę swojego życia? Czy jednak nie byłabym tak silna psychicznie? A inne osoby z mojego środowiska? Jak one by postąpiły? Mam wrażenie, że stajemy się coraz bardziej powierzchowni, coraz bardziej leniwi i idący na łatwiznę, co nie napawa optymizmem a propos podjęcia się takiej próby. Mam jednak wielką nadzieję, że nigdy nie będziemy musieli się o tym przekonać.

Autor postąpił najlepiej, jak potrafił – pozostawił opowiadanie tych historii bohaterkom. Łukasz Modelski odzywał się rzadko, najczęściej tylko po to, by wzbogacić narrację o kilka słów wyjaśnień, poza tym narratorkami były same bohaterki. Przez to czułam się tak, jakby siedziały one obok mnie i opowiadały mi ich losy. Taki zabieg pozwala na maksymalne wciągnięcie czytelnika w przedstawianą akcję, na przyciągnięcie uwagi i wzbudzenie wielu uczuć. Bo też historie tej jedenastki są tak przejmujące!

Młode dziewczęta zostały wystawione na największe próby – ataki faszystów i ich sił współpracujących, pułapki, aresztowania, tortury, długoletnie więzienie. A ratowały przecież tylko swoich bliskich, swój kraj. Przenosiły meldunki, granaty, broń, ukrywały Żydów oraz współpracowników z podziemia, zajmowały się rannymi. A to tylko fragment ich zasług. Czyż nie zasługiwały na docenienie po wojnie? Jednak czekały na nie dalsze prześladowania, tym razem ze strony władz PRL-u – więzienie, zsyłki, Gułag, wybijanie zębów, świadomość, że ukochani zostają zamordowani… A one się nie poddały, mimo wszystko próbowały ponownie wrócić do życia, żyć, jak pragnęły. Część z nich została doceniona po latach, otrzymały ordery, nagrody Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Jednakże dla wielu z tych anonimowych bohaterek uznanie przyszło zbyt późno. I tu pojawia się kolejna kwestia do przemyślenia…

„Dziewczyny wojenne” to naprawdę niesamowita książka. Tak wiele mówi się o wojnie, a tak niewiele o wojnie widzianej oczyma kobiet. Nie jest to wojna mniej odważna, mniej aktywna, mniej bohaterska. Książkę polecam wszystkim osobom, naprawdę warto ją poznać. A szczególnie polecam czytelnikom, którzy interesują się tym fragmentem historii.

„Sonata Kreutzerowska” Lew Tołstoj

Wydawnictwo: Znak, 2010

Oprawa: twarda

Liczba stron: 138

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

Skrzypce delikatnie przewodzą, dołącza się fortepian, gra szarpana, melancholijna, za chwilę gwałtowna, pełna pasji, gniewu, słodka, a za moment nienawistna. Sonata Kreutzerowska Beethovena…

Taka sama jest ta książka – odwzorowuje pełnie emocje targające człowiekiem w trakcie słuchania Sonaty Beethovena. Na poczatku delikatnie, jakby z niedowierzaniem, potem lekka gorycz przeplatana słodyczą, następnie znużenie, złość, nienawiść, zdziwienie, niedowierzanie, szaleństwo!

Sonata Tołstoja to melodia kół pociągu. Taka muzyka gra w tle opowieści, która snuje się całą noc w jednym z przedziałów pociągu w Rosji. Dwóch mężczyzn, który przypadek umieścił w jednym wagonie, rozmawia. Chociaż czy to można nazwać rozmową? To raczej spowiedź jednego z nich…

Pozdnyszew w osobie przypadkowego nieznajomego znalazł spowiednika, a czerń nocy i anonimowość pociągu skusiły go do wyznania swych win. Win człowieka – można się chyba na takie określenie ośmielić – szalonego. Opowiada o swojej młodości, młodości chłopca bogatego, pochodzącego z tzw. dobrej rodziny. Chłopca, żyjącego w środowisku, w którym młodych mężczyzn uczy się, że seks służy zdrowiu i rozwojowi, dlatego już w bardzo młodym wieku lądują w burdelach, gdzie na samym początku rozwoju swej seksualności tracą szacunek do płci żeńskiej. Służy przecież ona tylko do jednego – do zaspokajania wszelkich męskich zachcianek. Ale jednocześnie wmawia się młodym, że to dobre, że od tego są kobiety. W tym samym czasie dziewczęta mają być czyste, niewinne, nieświadome. I trafiają na siebie potem rozpustnik z syfilisem i młodziutka panienka. Jak z tego może nie być tragedii?

Bohater opowiada o znalezieniu żony, o miesiącu miodowym, o szoku, jakim było dla niego małżeństwo i to, że raczej złości go żona, a wręcz jest mu nienawistna, niż kochana przez niego. I tak toczy się gra – małżeństwo dla konwenansów, niezrozumienie, nagromadzenie złości, narodziny kolejnych dzieci, wizyty gości… Aż pewnego dnia poznają skrzypka, którego Pozdnyszew zaprasza do duetu z jego żoną. A to znowu wzbudza jego szaloną zazdrość, podejrzewa, że jest zdradzany. I tak nakręca się koło nienawiści, które prowadzi aż do tragicznego końca…

Ach, cóż to za duszna i mroczna książka! Można ją zapewne traktować na wiele sposobów – sonatę o nienawiści do kobiet, tekst o upadku mężczyzn, rozważania o upadku całych społeczeństw, moralitet. Wszystko zależy przez kogo będzie czytana. Ja widzę ją jako bardzo gorzkie rozważania o ludzkości, o tym, co nami powoduje, o naszych pragnieniach i niemożności życia razem. Oczywiście, można Pozdnyszewa widzieć tylko i jedynie jako wariata, jednak trudno zaprzeczyć temu, że przez niektóre z jego stwierdzeń przebija coś prawdziwego. Gorzka pastylka człowieczeństwa.

Do tej pory z dzieł autora znałam tylko „Annę Kareninę”. I tamta powieść podoba mi się o wiele bardziej, jest to cudeńko i majstersztyk. W porównaniu z „Anną Kareniną” ta książka jest o wiele bardziej mroczna i gorzka, można wręcz rzec – przepełniona szaleństwem. Ale warta poznania!

Polecam wszystkim miłośnikom tego autora, osobom pragnącym zapoznać się z rosyjską klasyką oraz tym, którzy lubią badań mroczne zakątki ludzkiego umysłu.

PS. A na koniec posłuchajcie utworu Beethovena:

„Wyznania księży alkoholików” Stanisław Zasada

Wydawnictwo: Znak, 2011

Oprawa: miękka

Liczba stron: 228

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

Premiera 28 lipca!

Kiedyś i ja miałam wizję kapłana jako człowieka, który powinien być na piedestale i bez skazy. Życie zweryfikowało moje poglądy. Chociażby przez poznanie księdza, który ma problem z alkoholem, ale jest bardzo dobrym, fajnym i życiowym księdzem, który parafianom nie stwarza dziwnych problemów. Poznałam też osobę, która zrezygnowała ze stanu kapłańskiego, by założyć rodzinę. Przypadków było wiele, bo moja rodzina była przez lata mocno związana z Kościołem. I to pozwoliło mi na stwierdzenie, że kapłan to tylko człowiek.

I to samo można powiedzieć po przeczytaniu książki Stanisława Zasady. Autor jest dziennikarzem, absolwentem polonistyki na UMK w Toruniu. Współpracuje między innymi z „Gościem Niedzielnym”, „Tygodnikiem Powszechnym”, „Znakiem” i „W Drodze”. Gdy otrzymałam ofertę recenzji tej książki, to długo debatowałam ze współpracownikiem z wydawnictwa, nie byłam pewna tego, czy chcę to przeczytać, właśnie autor mnie odstraszał. Dlaczego? Obawiałam się „słodzenia”, udowadniania, że księża są tacy biedni, powinni mieć taryfę ulgową etc. Niestety często się zdarza, że osoby związane profesjonalnie z tematyką nie potrafią być obiektywne. Mile się rozczarowałam…

„Wyznania księży alkoholików” to kilkanaście opowieści. Księża rozmawiali z autorem, a on to zebrał w zgrabnie stworzoną całość. A historie są przejmujące. Bardzo jasno widać w nich to, że alkoholizm nie omija nikogo – może to być wikary pochodzący z biednej rodziny, aktywny i przebojowy proboszcz, a wręcz znany i szanowany biskup. Z różnych rodzin pochodzą, mają różne doświadczenia życiowe, zarówno świeckie, jak i kapłańskie, różnie zaczynają pić, ale większość z nich mówi wprost: nieważne, czy byłbym księdzem, czy nie, alkoholikiem i tak bym był. Księża czasami proszą o zmienienie imion, miejscowości także często nie są pisane wprost, widać, że mimo wszystko boją się piętna, obmowy, może odrzucenia? Bo te wyznania są szczere do bólu…

Picie wydaje mu się czymś normalnym. Wśród księży też.

– Nieraz słyszałem kolegów, którzy mówili: „Ale miałem wczoraj śrubę. Ledwo Mszę odprawiłem”.

Mówili tak, jakby się chwalili.

A i tak nie jest im łatwo – wielu z nich mówi, że skusili się na pierwsze kieliszki, bo byli samotni, nie mieli wsparcia. Większość tych historii, to opowieści o tym, że ksiądz jest sam i by poczuć, że żyje, zaczyna odwiedzać parafian, ci – żeby „godnie” go przyjąć – stawiają na stół alkohol i tak zaczyna się toczyć opowieść. Inni mówią, że zaczęli pić już w seminarium – a to imieniny księdza dziekana, a to kolęda, a to odpust. Alkohol wydaje się być wszędzie. A przełożeni często albo przymykali oko, albo wręcz krzyczeli, że wysłaliby ich do kamieniołomów, to nie mieliby czasu i siły na alkohol! A gdzie tu wsparcie?

Z tego, co pisze autor można jednak wywnioskować, że sytuacja się zmienia – coraz więcej księży przyznaje się do alkoholizmu wprost (najczęściej wtedy parafianie doceniają szczerość i pomagają wytrwać w trzeźwieniu), postawy przełożonych też się zmieniają, są ośrodki dla księży borykających się z alkoholizmem. Jednak to nie wszystkim pomoże…

Nie pomoże, bo wielu księży skarżyło się w tej książce na chłód i formalność. Na to, że księża nie utrzymują ze sobą często żadnych cieplejszych stosunków, nie przyjaźnią się, nie wspierają. A przecież dla kapłana inni kapłani powinni być rodziną! Szczególnie jeżeli nie ma już rodziców, a i rodzeństwem nie został obdarzony. Na kim może polegać, do kogo się zwrócić? Przecież nie może mieć żony i dzieci. Księża nie udzielali pomocy, nie rozmawiali szczerze, nie podsuwali pomysłów, to i skończyło się wiele historii tak, jak się skończyło.

„Może gdyby nie samotność, kapłaństwo wyglądałoby inaczej. Może księża nie piliby tyle” – myśli czasem.

– Wśród księży diecezjalnych nie ma współnoty – mówi.

W jego diecezji na wsiach proboszcz często jest sam, bez wikarego. Na plebaniach w miastach młodzi księża zamykają się w pokojach i siedzą przy komputerach.

Ryszard wiele razy czuł się samotny. Gdy był w jakiejś parafii jako rezydent, pozostali księża traktowali go jak intruza. Nawet na kawę nikt go nie zaprosił.

– Jakbym był obcy.

Całkiem sporo problemów narastało także dlatego, że księża stawiani są na piedestale, nie mogą sobie pozwolić na problemy i ludzką słabość. Trudno jest przecież być ideałem, z którym często ciężko jest rozmawiać o życiowych tematach. Bo przecież „nie wypada, to ksiądz”. Trudno jest przełamać bariery, rozbić lód. Jednakże są i dobre doświadczenia. W kilku historiach księża zdecydowali się wprost ogłosić wśród parafian, że są chorzy, są alkoholikami. O dziwo, praktycznie wszyscy przyjęli to ze zrozumieniem i pomagali księdzu, jak tylko mogli. Zdarzały się przypadki, że gdy biskup decydował, że po odwyku dany ksiądz pójdzie na nową parafię, to parafianie wnioskowali o to, by został z nimi, bo oni go znają i mogą mu pomóc, a on im. Niestety, w większości przypadków prośba ta przeszła bez echa…

Autor zebrał opowieści księży i pozostaje w cieniu. Jego rolą było słuchanie i stworzenie zgrabnej całości. Wyszło mu to świetnie. Wybrał do tej książki to, co istotne, prawdziwe, poruszające, a czasami wręcz wzruszające. Pozwala o wiele lepiej zrozumieć księży zmagających się z tą chorobą, a przez ich pryzmat i wszystkich alkoholików. Jak wiele razy podejmują próby odstawienia alkoholu i jak często są one bezskuteczne.

Na mnie ta książka zrobiła spore wrażenie. Myślę, że ma ona szansę zrobić wrażenie na większości z nas, niezależnie od stopnia religijności czy wyznania. Bo jest to spowiedź alkoholików, która pozwala nam lepiej zrozumieć ludzi dotkniętych tą chorobą. A jest ich wielu wsród nas, o dużej części w ogóle nie wiemy, bo potrafią się maskować. Do czasu jednak! Polecam!

PS. Chciałam napisać wcześniej, ale wczoraj wylądowałam na ostrym dyżurze okulistycznym :/ Wpadły mi do oka paprochy z remontu, bo jakiś kiep nie raczył posprzątać na chodniku dookoła bloku :/ Uważajcie na oczy, nie polecam wizyty w szpitalu w celu oczyszczenia oka, brrrr… Całe szczęście po oczyszczeniu, kroplach i maści dzisiaj jest już lepiej, oby tak dalej!

„Trucicielka” Eric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak Literanova, 2011

Oprawa: miękka

Liczba stron: 246

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Czym jest obsesja i kto może jej ulec? Czy i my sami mamy obsesję na jakimś punkcie? Skąd się ona bierze i od czego się zaczęła? Czy każdy człowiek ma swoją obsesję?

„Trucicielka” ukazuje jak łatwo rozwija się ona w duszy każdego człowieka. Nikt nie jest w stanie jej uniknąć, prędzej czy później dorwie każego. A ma ona wiele twarzy…

Tytułowe opowiadanie „Trucicielka” to obsesja staruszki-trucicielki, która uniknęła kary, nowym proboszczem, który przybył na jej parafię. Obsesja proboszcza w namawianiu jej do przyznania się publicznie do winy. „Powrót” to obsesja marynarza, którzy pod wpływem silnego bodźca zaczyna myśleć tylko o żonie i córkach oraz ich wspólnych relacjach. „Koncert Pamięci Anioła” ukazuje jeszcze więcej jej wersji. Jest tam obsesja młodego chłopaka na punkcie zwyciężania i odniesienia sukcesu. Obsesja dojrzałego człowieka, który pod wpływem wydarzenia z młodości poświęcił życie ratowaniu – fizycznym i psychicznym – innych. Obsesja mężczyzny, który po wypadku zgorzkniał, znienawidził cały świat i żyje tylko dla zemsty, ślepy na wszystko. A „Elizejska miłość” to obsesja żony w stosunku do męża i męża w stosunku do żony, miłość od nienawiści dzieli tylko cienka linia, a gdy w grę wchodzi polityka i sława, to jest ona jeszcze cieńsza…

Jak zwykle u tego autora mamy tutaj przykłady spraw trudnych i wydawałoby się, że beznadziejnych, lecz czy do końca? Wszytkie opowiadania – oprócz obsesji – łączy także postać św. Rity, patronki od spraw trudnych i beznadziejnych, kobiet we wszystkich stanach. Bohaterom opowiadań zdecydowanie przydałaby się jej pomoc. Tak wielu z nich cierpi z powodu przeszłości i swych wyborów podjętych lata temu. Inni z kolei nie zauważali zmian ich dotykających i nagle budzą się pod wpływem jakiegoś wydarzenia i stwierdzają jakimi są naprawdę. Są osoby, które czują się niedocenione i osoby niedoceniające innych. Potrzeba im bliskiej, ważnej osoby, która trzymałaby ich przy życiu. W „Trucicielce” buzują wielorakie uczucia – od miłości, przez zazdrość, aż do nienawiści. Bohaterowie Schmitta przechodzą wewnętrzne przemiany, walczą lub ulegają swoim pragnieniom, potykają z losem. Życie w czystej postaci.

Mimo wszystkich zarzutów o rzemieślnictwo i podobieństwo do Coelho (nie mnie oceniać, czytałam tylko jedną książkę Coelho i nie podobała mi się), bardzo lubię książki Schmitta. Lubię go za pełnokrwiste, ciekawe historie, szalonych bohaterów, barwny język i umiejętność doboru słów. To widać najlepiej właśnie w opowiadaniach, krótka forma, która służy dobrze temu autorowi. Każde słowo wydaje się być sprawdzone i wyważone, panuje umiar, ale nie ma nic z bezbarwności.

Najbardziej urzekło mnie opowiadanie „Koncert Pamięci Anioła„, ale „Trucicielka” i „Elizejska miłość” są blisko tego ulubionego. Najmniej – jak widać – spodobała mi się historia marynarza, czyli „Powrót”, chociaż przyznaję, że jest bardzo przejmująca. A na końcu książki znaleźć możemy fragmenty pamiętnika autora z czasu, w którym tworzył właśnie ten zbiór. Z zainteresowaniem przeczytałam jego opisy bojów z formą, bohaterami, słowami.

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam ten zbiór opowiadań. Poleciłabym go wielbicielom twórczości autora oraz wszystkim osobom lubiącym czytać o ludzkich losach, uczuciach, rozwoju, walce wewnętrznej.

PS. Powiedzcie sami – czy widzieliście więcej niż dziesięć tak urzekających okładek jak ta?