„Adibas” Zaza Burczuladze

Wydawnictwo: Claroscuro, 2011

Oprawa: twarda

Liczba stron: 168

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

Zaza Burczuladze, to pierwszy gruziński autor, którego książkę miałam okazję przeczytać (a przynajmniej pierwszy taki przypadek, którego jestem świadoma). Wyobrażam sobie, że dla wielu osób w kraju pochodzenia musi stanowić cel ataków, jego proza jest kontrowersyjna, nowoczesna, bezlitosna? Bezlitosna dla kogo?

Kim lub czym jest adibas w tej książce? A może ona sama jest adibasem? Burczuladze ukazuje w swej książce świat hedonistów. Rogaliki z pierwszej francuskiej piekarni, dnie spędzane nad basenem, iPody, ekskluzywne słuchawki, zajmowanie się tylko rzeczami lekkimi i przyjemnymi, pieniądze, narkotyki i seks. Dużo seksu! Bohaterowie wiodą życie jakby pod szklanym kloszem, oderwane od rzeczywistości. Gdzieś w tle ich życia toczy się wojna, czołgi jeżdżą po ulicach ich miasta, a dookoła giną ludzie. Ale to nie jest dla nich istotne, istotne jest to, by dorwać świetne ciuchy w sklepach z używaną odzieżą, bo przecież niemodne jest kupowanie w markowych sklepach. Ważne jest zaliczenie kolejnej dziewczyny lub kolejnego chłopaka. Ważny jest fajny wygląd, wystylizowany image, bycie na bieżąco z modnymi miejscami. Może tacy ludzie i takie życie to adibas?

A może – obserwując z innego punktu widzenia – adibasem jest wojna? Jakby nie patrzeć jest to sztuczny twór, fałszujący rzeczywistość, zmieniający ją w jakąś karykaturę życia.

Czy może adibasem są wszyscy ci ludzie, którzy nie zwracają uwagi na to, co modne, wyrafinowane, dobrze wyglądające? Może próbują dążyć do bycia takim, jak bohaterowie przedstawieni przez autora, a nie dają rady?

Jak widać – interpretacji jest wiele. Proza Burczuladze jest  zdecydowanie nowoczesna, zapewne zyskuje tyle samo przeciwników, co zwolenników. Autor bardzo mocno wplótł w swą książkę kwestie związane z seksem. Opisy są niezbyt delikatne, dosłowne, mogą budzić niesmak u części czytelników. Seks wydaje się być jedną z głównych (jeżeli nie główną) kwestią życiową dla bohaterów jego książki. Do tego dochodzi jeszcze kwestia – o czym pisałam wcześniej – hedonizmu oraz konsumpcjonizmu: kup świetny ciuch, posiadaj modne wyposażenie, załóż konto – wygraj milion! Tylko powierzchowność, zero głębi. Tylko „fun”, bez zastanowienia, refleksji. Zaza Burczuladze w taki właśnie sposób ukazuje nam społeczeństwo gruzińskie (a właściwie jego część). Myślę, że każde społeczeństwo ma taką część, większą lub mniejszą, ale ma ją.

Gruzja oczami tego autora jest zdecydowanie inna od tej, którą znamy z książek Góreckiego czy Mellerów. Inna, a zarazem jakoś dziwnie znajoma. Sprawdźcie sami! © Agnieszka Tatera

„Ostatnie dzieci bolera” Raul Perez Torres

Wydawnictwo: Ambasada Republiki Ekwadoru wraz z Wydawnictwem Claroscuro, 2011

Oprawa: miękka

Liczba stron: 96

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

Ambasada Republiki Ekwadoru wybrała opowiadania Torresa jako reprezentatywne dla ich literatury oraz mogące zafascynować polskich czytelników. Przyświeca im piękna idea rozwoju między naszymi krajami stosunków nie tylko polityczno-ekonomicznych, ale również kulturalnych. Zobaczmy, czy dobrze wybrali.

Opowiadania Torresa są jak ogień palący wnętrzności, jak tornado niszczące kraj, jak tango rozpływające się w ciemności nocy… Miłość w nich ukazana jest nieokiełznana, niszcząca, zdradziecka, do śmierci, prześmiewcza, zawsze jakaś, nigdy mdła. Każde z opowiadań ukazuje inne oblicze miłości, zawsze widziane oczyma mężczyzny, pełne namiętności, siły, okrucieństwa, uwielbienia, wszelkich uczuć, którymi mężczyźni darzą kobiety. Bohaterowie są równie różnorodni, jak typy miłości – niewinni, zepsuci, obojętni, kochający po grób, oszukujący. Nic nie jest tu proste i zwyczajnie piękne, wszystko jest jakieś takie skrzywione, dziwne.

Autor używa przepięknego języka. Pisze bardzo poetycko, tworzy świat słowami, używa pięknych porównań. Torres widzi świat z perspektywy bycia poetą i przez to ten zbiór opowiadań jest także barwny, różnoraki i odmalowany jakby farbami na płótnie. Jednakże używa stylu, którego ja osobiście nie potrafię polubić i zrozumieć – buduje zdania na całą stronę, dziesięciokrotnie złożone, a na dodatek pełne metafor. Dlatego osoby mające podobny gust do mego powinny czytać „Ostatnie dzieci bolera” bardzo powoli, uważnie i raczej jedno opowiadanie na jakiś czas, może między innymi książkami. W taki sposób styl ma szansę być bardziej strawny i cudowny język autora wygra.

Poczytajcie o miłości, o pożądaniu, o niemożności bycia daleko od ukochanej, o tęsknocie. Poznajcie „Ostatnie dzieci bolera”!

PS. A czytając słuchajcie starych boler, na przykład tego:

„Świadek” Ilja Mitrofanow

Wydawnictwo: Claroscuro, 2011

Oprawa: miękka

Liczba stron: 158

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Mała miejscowość na środku niczego – Kotłowina nad Dunajem. Tu rzeka, z drugiej strony tereny podmokłe, miedzy nimi skupisko domów. W jednym z nich mieszka Fiodor Pietrowicz Pokora, fryzjer, golarz. Człowiek prosty, roztropny, obdarzony darem obserwacji i honorem. I to właśnie on relacjonować nam będzie wielkie zdarzenie życia z ideologią.

Fiodora poznajemy w momencie, kiedy do Kotłowiny przyjeżdża pierwszy naczalnik, który oznajmia wszystkim, że od teraz są pod troskliwą opieką Mateczki Rosiji, a właściwie ZSRR. Od tej chwili nastaną nowe porządki…

Mieszkańcy podchodzą do tego sceptycznie, obserwują z daleka, pomrukują pod nosem. Nowy naczelnik miasta – Paweł Pietrowicz jest wielkim zwolennikiem systemu, ciągle wprowadza zmiany, chce zadowolić władze jak tylko się da, nie patrząc na dobro mieszkańców.

To wszystko przechodzi bez większego echa aż do momentu, w którym do Kotłowiny i okolic niepostrzeżenie wkrada się głód. Na początku prawie niezauważalnie, nagle wybucha. Ludzie zaczynają wysprzedawać wszystko, co się da, żebrać o kawałek chleba, oszukiwać, kraść, zjadać trawę i korę. Powoli zaczynają umierać chorzy, słabi, dzieci. Zima jest ciężka, szanse na przeżycie daje tylko transport chleba przysłany przez władze. Czekają na niego długo, a gdy wreszcie się zjawia staje się pretekstem do porzucenia człowieczeństwa, walki o życie, tragedii całego miasteczka.

Fiodor, wraz ze swoją rodziną oczywiście cierpi tak samo, jak reszta mieszkańców. Jednak duma i honor nie pozwalają mu kraść, żebrać, więc – jak to on mówi – zjada wodę z Dunaju i popija wodą. Wszystko oddaje dzieciom. Jednak i to nie uchroni go od tragedii…

„Świadek” to książeczka skromna objętościowo, lecz tak pełna treści, jak rzadko która. Opowieść na początku zabawna, lekka, wręcz jakby naiwna satyra na system, niespostrzeżenie zamienia się w opowieść gorzką, pełną cierpienia, bólu, opowiadającą o tragediach.

Dodatkowa wartość tej książki to fakt, że opowiada o miejscu, które już nie istnieje. Kotłowina leży w Besarabii,  krainie historycznej położonej we Wschodniej Europie, między Dniestrem a Prutem, będącą obecnie częścią Mołdawii i Ukrainy. Krainie, w której ludziom żyło się może nie najłatwiej, jednak kochali swoją małą ojczyznę, która nagle została im odebrana przez Związek Radziecki. A na dodatek władze plądrują ją i zużywają wszystko, co tylko jest możliwe, nie myśląc o jej mieszkańcach.

„Świadek” to opowieść o tragediach osobistych, społeczności, całego regionu. O zderzeniu wielkiego mołocha radzieckiego z małym regionem i jego mieszkańcami. Jednak nie jest to lektura, którą czytałoby się bardzo ciężko (przynajmniej przez większość czasu). Styl, jakim operuje autor jest lekki, ale oddający ciężar wydarzeń. Do tego język! Język barwny, pełen wtrętów z języków, które mieszały się w Besarabii – ukraińskiego, mołdawskiego, rumuńskiego, żydowskiego, rosyjskiego…  Początkowo, gdy czytamy o zderzeniu rzeczywistości z napuszonymi zasadami, które nowe władze próbują wprowadzac, to czujemy się jak w powieści absurdu. Jednakże w międzyczasie ton się zmienia, przemyślenia i nastrój również.

Ilja Mitrofanow stworzył książkę, którą zdecydowanie warto poznać, warto chociażby ze względu na zwykłe ludzkie poznanie świata, w którym jeszcze wzlędnie niedawno żyły tysiące, miliony osób. Świata trudnego, często wręcz przerażającego.

Muszę też wspomnieć kilka słów o wydaniu: okładka imitująca stary, poplamiony zeszt, a w środku piękna „odręczna” czcionka, tekst prowadzony wzdłuż linijek, jak w prawdziwym zeszycie. Świetna robota! Możecie zerknąć na zdjęcia u Clevery.

Polecam każdemu!

„Minotaur” Benjamin Tammuz

Wydawnictwo: Claroscuro, 2011

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 204

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

Mężczyzna i kobieta, odwieczne przyciąganie, emocje, zatracenie. „Minotaur” to opowieść właśnie o zatraceniu. Czterdziestojednoletni mężczyzna, agent tajnych służb, w dzień swoich urodzin spotyka w autobusie kobietę swojego życia. Widzi tylko jej kark, włosy, profil, a i tak wie, że to ta jedyna, wyczekiwana całe życie. Niestety ona ma siedemnaście lat, jest jeszcze uczennicą, on jest od niej o wiele starszy, jest obcokrajowcem i szpiegiem. Związek niemożliwy do zrealizowania okazuje się być jednak związkiem życia. Jak to możliwe?

On pisuje do niej listy. Wytrwale, przez lata. Przysyła jej też płyty z ukochaną muzyką. Ona najpierw wątpi w prawdziwość tej sytuacji, nie ufa temu, że ktoś ją wielbi, stawia na piedestale, podziwia. Potem zaczyna ufać, pragnąć i tęsknić. Pisuje do niego listy, które odkłada do pudełka. Marzy o spotkaniu, wierzy, że mogą pokonać wszystkie przeszkody.

Mijają lata, dziewczyna powoli dojrzewa, przeżywa szczęście, tragedię, dojrzalsze uczucia. Jednakże cały czas gdzieś w zakamarku jej świadomości czeka tajemniczy wielbiciel. Mimo upływu lat listy ciagle przychodzą, mniej lub bardziej regularnie, ale przychodzą. Jakie będzie zakończenie tej historii? Czy uda im się spotkać i żyć razem? A może ona zapomni o nim, wyjdzie za mąż, urodzi dzieci? Albo on zdecyduje, że to już dosyć ułudy, nie warto gonić za kimś, kogo nigdy nie będzie można nawet dotknąć?

Pierwszy rozdział ukazuje nam rozwój sytuacji od momentu, w którym agent spostrzega dziewczynę. Mamy okazję poznać listy, które do siebie piszą, przemyślenia. Idziemy razem z nimi przez lata, obserwujemy co się z nimi dzieje, jak toczy się ich życie. Po zakoczeniu tego rozdziału można właściwie pomyśleć, że to koniec tej historii. Jednakże autor wybrał doskonałą, bardzo interesującą formę dla swojej powieści – po tym pierwszym rozdziale mamy okazję poznać punkty widzenia innych osób dotyczące tej samej sytuacji. A dodatkowo możemy poznać osoby, które pojawiają się w pierwszym rozdziale mniej lub bardziej chwilowo. Idziemy przeskokami od jednej do drugiej osoby, co jednak pozwala nam na ujrzenie naprawdę pełnej wizji całej opowieści. Poznajemy bohaterów, ich rodziny, wiemy, jak wyglądało ich życie i co doprowadziło ich do takiego, a nie innego wydarzenia. Bardzo mi się ten zabieg podobał! Na początku zastanawiałam się, co będzie po tym pierwszym rozdziale, ale jak zorientowałam się, o co chodzi, to historia mnie wciągnęła o wiele bardziej.

„Minotaur” to książka przejmująca. Nie czyta się jej prosto i przyjemnie, jest raczej jak bolesny odcisk, ale to właśnie dlatego, że tak mocno oddziałuje na uczucia i wydaje się być – mimo wszystko – taka prawdziwa. Nie chcę zdradzać zbyt wiele informacji o fabule tej książki, powiem tylko tyle, że bardzo dobrze skonstruowani są tutaj bohaterowie. Te ich współzależności, to przyciąganie i odpychanie, tworzenie innego człowieka od nowa, poświęcenie, a czasami wręcz okrucieństwo.  A dodatkowym plusem – dla mnie – była możliwość przypatrywania się oczami głównego bohatera formowaniu się państwa Izrael, temu, co działo się w tym czasie.

Przyznam, że na początku pomyślałam, że ta książka mi się nie spodoba. Potem jakoś stopniowo zalęgała się w mojej głowie i każdego dnia zmienia mi się mój pogląd z nią związany. Po zakończeniu czytania pomyślałam sobie: to dobra książka. Dzień później podniosłam ocenę na 4,5. A dzisiaj ponownie zmieniłam ją na piątkę. To chyba najlepsza rekomendacja dla książki – że nie daje się wyrzucić z głowy, zostaje w człowieku.

Sama nie wiem, komu mogłabym ją polecić. Myślę, że każda osoba mogłaby zaryzykować spotkanie z taką książką i wyniosłaby z niej coś innego. Warto też przekonać się do spróbowania mało u nas wypromowanej literatury izraelskiej. Ta książka zabiła mi ćwieka.

„Kobiety bez mężczyzn” Shahrnush Parsipur

Wydawnictwo: Claroscuro, 2010

Oprawa: miękka

Ilość stron: 142

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

Nie doczepiajcie „łatek” widząc tytuł. To nie romansidło. To nie czytadło. To nie esej feministyczny. Cóż to więc jest za książka? Trudno jest mi ją skategoryzować.

Iran, druga połowa XX wieku. Pięć kobiet w różnym wieku, statusie matrymonialnym, doświadczeniu. Los traktuje je gwałtownie i splata ich losy. Jak to się dzieje?

Mahdocht była nauczycielką, marzyło o rozwoju, podróżach, poznawaniu świata. Niestety dla kobiety takiej, jak ona było to właściwie niemożliwe. Dlatego zadecydowała, że zostanie w ogrodzie rodzinnym i zamieni się w drzewo.

Faezeh to zgorzkniała dziewica, której nie dane było wyjść za upragnionego kandydata, ani nawet znaleźć innego męża. Dodatkowo nie potrafi sobie ułożyć relacji również z kobietami, trawi więc życie na bezcelowych planach i marzeniach.

Munes, stara panna, która kilka razy rozstaje się z życiem i do niego powraca. Po trzecim powstaniu z grobu potrafi także czytać w myślach, co prowadzi ją w końcu do zrozumienia istoty samej siebie i swoich pragnień.

Zarrinkolah to prostytutka, która nagle zaczyna widzieć swoich klientów bez głów. To prowadzi do próby oczyszczenia, zrozumienia swojego życia, a w końcu porzucenia swego zawodu i miasta.

Pani Farrochlagha to dojrzała i piękna jeszcze kobieta, która po śmierci męża (równocześnie kochającego i nienawidzącego jej, przez co tłamsił swą żonę przez całe ich wspólne życie) postanawia wynieść się z miasta na przedmieścia, kupić dom z dużym ogrodem i tam w ciszy i spokoju zamieszkać.

I właśnie ten symboliczny ogród jest miejscem spotkania całej piątki. Kobiety decydują się mieszkać razem, wspólnie pracować, dzielić radości i smutki. Daje im to możliwość przejścia pewnego etapu, rozwoju, dojrzewania, odnalezienia swojego miejsca na świecie i samozrozumienia.

„Kobiety bez mężczyzn” to książka mocno nietypowa. Zarówno fabuła – pełna oniryzmu i realizmu magicznego, jak i język – bardzo poetycki, z wieloma symbolami kulturowymi zapewniają nam unikalną mieszankę. Opowieść o tęsknocie, dojrzewaniu, pragnieniach, doświadczaniu życia i świata. I zrozumieniu, że typowe myślenie irańskie – dom należy do kobiet, a świat zewnętrzny do mężczyzn – jest typowym myśleniem irańskich… mężczyzn. Jest to jednak proces żmudny, bolesny, wymagający ofiar. Czy w końcu los podaruje im szczęście?

Książka ta pisana była przez autorkę długo, w kawałkach. Część tekstu powstała przed, część w trakcie, a część po rewolucji irańskiej. A całość opublikowana została dopiero w 1989 roku. I wybuchł niesamowity skandal! Nakład rozszedł się na pniu, dodruk został zakazany, wydawnictwo zamknięte, autorka aresztowana. Zresztą po wielu szykanach wyemigrowała ona do Stanów Zjednoczonych. A jej książka do dzisiaj jest w Iranie zakazana, krąży w drugim obiegu. Bo jakże mogła kobieta napisać o mordowaniu siostry przez brata, bo skalała ona (według niego oczywiście) honor rodziny? O gwałcie, który spotkał dwie kobiety maszerujące z jednego miasta do drugiego? O tym, że mężczyźni nie są nieomylnymi panami życia i śmierci?

Polecam wszystkim, ciekawym świata dookoła nas, sytuacji różnych kultur oraz fanowm oniryzmu i realizmu magicznego.