"Jak oddech" – Małgorzata Warda

jak oddech

Wszystkie książki Małgosi Wardy, które do dzisiaj zdołałam przeczytać, dotykają spraw trudnych, bolesnych, często przez pisarzy omijanych. Ta książka ponownie zabrała mnie w mocno emocjonalną podróż…

Jasmin i Staszek, Staszek i Jasmin. Całe życie razem. Urodzeni w odstępie kilku miesięcy, ich matki to bardzo bliskie przyjaciółki, wychowywali się razem. Już w dzieciństwie obiecali sobie, że zostaną małżeństwem. Po latach, ich niewinna przyjaźń przekształca się niepostrzeżenie w związek. Nie mogą bez siebie żyć, spędzają ze sobą każdą wolną chwilę. Wprawdzie w pewnym momenci los ich rozdziela, ale robią wiele, by tę sytuację zmienić.

W trakcie pewnej dramatycznej nocy Jasmin wymusiła na Staszku obietnicę, że gdyby umarł, a ona by żyła, to on wróci i da jej jakikolwiek znak. Wierzy, że tylko ona jest mu tak bliska, że zauważy znak od nieżyjącej osoby.

Kilka lat później Staszek znika, a Jasmin traci najważniejszą osobę na świecie. Dziewczyna analizuje każdy jego krok, słowo, gest, próbuje prześledzić trasę, znaleźć coś, co naprowadzi ją na jego ślad. Szuka go sama, z pomocą rodziców, kolegów, policji, nawet medium. Jednocześnie jest przekonana, że odczuwa obecność Staszka, odczytuje znaki, które on jej daje. Czy uda jej się odnaleźć ukochanego?

„Jak oddech” to książka istotna chociażby dlatego, że dotyczy tematu zazwyczaj skrzętnie omijanego lub traktowanego czysto sensacyjnie – zaginięć, szczególnie zaginięć osób dorosłych. Często 48 godzin, które musi upłynąć do zgłoszenia sprawy, zaciera większość śladów i uniemożliwia odnalezienie danej osoby. Czasami trzeba stanąć twarzą w twarz z faktem, że to było zaplanowane działanie, ucieczka od najbliższych. Innym razem znajdują się zmasakrowane zwłoki. Ale często trzeba latami żyć w nieświadomości, nie wiedząc, co się stało z bliską osobą, jakie były jej losy, czy żyje. Tęsknota i niepewność przez tysiące dni. Powoli zapomina się szczegóły; nie przywoła się już śmiechu; tego szczególnego spojrzenia, które ta osoba miała, gdy była szczęśliwa; tego, jak chodziła czy jak marszczyła oczy przy uśmiechaniu się. Piekło niepewności.

Wstęp do tego wszystkiego autorka ukazuje w swej książce. Mamy tu pierwsze dni i tygodnie po zaginięciu, gdy jeszcze najbliższsi są głęboko przekonani, że zaginiony się odnajdzie, gdy robią wszystko, by do tego doprowadzić. Mamy tutaj całą paletę uczuć – od przerażenia, niedowierzania, desperacji, aż do braku wiary czy zobojętnienia. Autorka umiejętnie pokazuje proces transformacji najbliższych Staszkowi osób, tak prowadzi fabułę, by pokazać jak najwięcej z różnorodności uczuć, jakie się wtedy pojawiają.

Ale to nie wszystko. Mamy tu różne wątki, nie tylko ten dotyczący zaginięcia. Jest to głównie opowieść o miłości. Miłość matki do syna, syna do matki, relacja Staszka z Jasmin, ale także jego stosunki z matką dziewczyny, osobą, która właściwie go wychowywała i była mu drugą matką. Różne odcienie miłości, różne jej natężenie. W „Jak oddech” udało się ukazać wszystkie te warstwy miłości w bardzo ciekawy sposób.

Narracja jest prowadzona z punktu widzenia Jasmin, ale jest tak pleciona, że mamy okazję poznać emocje i przeżycia pozostałych bohaterów. I sami musimy wybrać, w co wierzymy. Autorka pokazuje nam ścieżki, uchyla furtki, ale tak naprawdę nie wyznacza ostatecznej drogi. Również zakończenie daje pole do indywidualnej interpretacji, nic nie jest tu jednoznaczne. Wyobrażam sobie, że wielu czytelników po przeczytaniu ostatnich kartek zawołało „To przecież nie może się tak skończyć!”. A ja uważam, że to jest bardzo dobrze zbudowana i napisana książka. Tak wieloznaczna, ale jednocześnie spójna.

Małgorzata Warda dostaje ode mnie za tę książkę solidną piątkę! I brawa za to, że z książki na książkę się rozwija, że słucha krytycznych uwag, wyciąga wnioski i stara się nie powielać błędów. To czysta przyjemność w świecie, w którym wielu piszących uważa, że ci, którzy krytykują są durni i czepiają się o nic. 

Książka pełna emocji, nie pozwalająca czytelnikowi na lenistwo umysłowe, angażująca i wyrazista. 

© 

jak oddech okładkaWydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 344

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6


"Joyland" – Stephen King

joyland2

Po olbrzymim zachwycie „Dallas ’63” postawanowiłam, że spróbuję przeczytać kolejne książki Kinga najszybciej, jak to będzie możliwe. Niestety, postanowienie to średnio mi wychodzi, ale akurat w przypadku najnowszej powieści – udało się. Czy zachwyciłam się tak bardzo, jak poprzednią?

Dla Devina Jonesa rok 1973 był rokiem przełomowym. Pierwszy związek „na poważnie”, nadzieje na przyszłość, pierwsza praca z dala od uczelni, pierwsza krzywda aż do głębi serca i wiele innych pierwszych razy. Można byłoby się pokusić o podsumowanie, że ten rok był dla Deva rokiem do zapamiętania na całe życie.

Zdecydował się on przyjąć ofertę letniej pracy w parku rozrywki nad oceanem. Fascynujące miejsce i ciekawa praca. A przynajmniej tak różna od sprzątania talerzy w uczelnianej stołówce. Daleko od rodziny i przyjaciół, pokój wynajęty w domowym pensjonacie, namiastka dorosłości. Ale w kątach sielanki kryje się wiele cieni – porzucenie, śmierć, morderstwo, śledztwo, duchy, zagadka do rozwiązania.

Próbując zapomnieć o doznanej krzywdzie Dev rozkochuje się w miejscu, które „sprzedaje zabawę”. Odkrywa zakamarki, oswaja maszynerię, zaprzyjaźnia sie z pracownikami i odkrywa powołanie do pracy jako pies-maskotka. Bo właśnie w ten sposób daje najwięcej radości – dzieciom, które dorośli nagle zostawili w obcym miejscu i sami poszli oddawać się rozrywkom. Jednakże lecząc złamane serce Dev jednocześnie odkrywa urok dawania z siebie jak najwięcej – przyjaciołom czy też wręcz obcym osobom; urok cieszenia się małymi rzeczami, takimi jak świeże pieczywo o poranku czy puszczanie latawca z Jezusem, ale przede wszystkim otwiera się na innych ludzi. Przechodzi przemianę, dojrzewa.

Jednocześnie drąży też temat zamordowanej na terenie parku rozrywki dziewczyny, której duch ponoć pojawia się na miejscu morderstwa do dzisiaj. Pomaga mu w tym przyjaciółka oraz dwie inne osoby – lunaparkowe medium oraz mały, bardzo chory chłopiec, który również jest medium. To zresztą on pomaga Devovi nie tylko w rozwiązaniu sprawy, ale również w oswojeniu śmieci, dotknięciu tak ciężkiego tematu, jakim jest śmiertelna choroba dziecka. To jego wątek był dla mnie najciekawszy w całej powieści.

„Joyland” to kolejna świetna powieść obyczajowa, kolejny „niehorrorowaty King”. Znajdziemy tu elementy powieści psychologicznej, okraszone wątkami kryminalnymi i dreszczykiem. Po raz kolejny King cudownie ukazał amerykańską prowincję sprzed lat, chciaż oczywiście autor głównie skoncentrował się na wiernym oddaniu rzeczywistości parku rozrywki. Kocham tę sielską atmosferę, w której jednak oprócz szumu fal i obcisłych dżinsów znajduje się druga warstwa, już nie tak sielankowa.

Całym sercem kocham obrazowość opisów, które serwuje nam autor. Gdy czytam urywki takie, jak ten, to raduje się me serce, strasznie lubię taki styl.

Emmalina Shoplaw… Trudno bylo nie wyobrazić sobie rumianolicej gosposi z kart powieści Charlesa Dickensa, biuściastej jejmości, która krząta się po domu, powtarzając „Boże miłosierny!”, i podaje herbatę i babeczki, podczas gdy grający drugoplanowe role dobroduszni ekscentrycy patrzą na nią z aprobatą. Może nawet uszczypnie mnie pieszczotliwie w policzek, kiedy będziemy razem piec kasztany w trzaskającym ogniu.

Poza sielskim-anielskim stylem King potrafi być mniej słodki, a bardziej dosadny:

Historia to zbiorowe i dziedziczne gówno rodzaju ludzkiego, wielka i stale rosnąca kupa łajna. Dziś stoimy na jej szczycie, ale wkrótce zostaniemy pogrzebani pod sraką następnych pokoleń. To dlatego ubrania twoich rodziców tak śmiesznie wyglądają na starych zdjęciach, że podam przykład. I jako ktoś, komu pisane jest utonąć w gównie jego dzieci, myślę, że powinieneś być ciut bardziej wyrozumiały.

Według mnie „Joyland” to ponownie świetny King w lżejszym wydaniu. I bardzo, bardzo chciałabym, by dalej poszedł tą drogą, wtedy będę jedną z największych jego fanek! Świetnie stworzeni bohaterowie, spójna i ciekawa fabuła, bardzo plastyczne opisy. Groza, jaka jest ukazana w dwóch ostatnich powieściach to tylko groza, która nas spotyka w życiu – to, co nas doświadcza, z czym musimy się zmagać każdego dnia. I taka kombinacja jest dla mnie kombinacją wyborową.

Polecam z całego serca!

joylandWydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2013

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 336

Moja ocena: 6/6

Ocena wciągnięcia: 6/6

© 

„Z innej bajki” – Jodi Picoult, Samantha van Leer

Olivier

Po książki Picoult sięgam w ciemno. Owszem, są one pisane według bardzo podobnego schematu, ale czytane raz na jakiś czas zaspokajają mą potrzebę zaangażowania emocjonalnego w akcję książki oraz lektury, w której zapadnę się po uszy. Tym razem jednak schemat został odłożony na bok, a autorka zdecydowała się stworzyć książkę, która powstała według pomysłu jej córki – Samanthy. Tym razem zostawiamy za sobą moralne dylematy, sale sądowe i prawników i przenosimy się do… bajki.

Piętnastoletnia Delilah McPhee to nastolatka przeciętna do bólu. Rodzice się rozstali, ojciec ułożył sobie życie na nowo i zamieszkał na innym kontynencie, matka zajmuje się sprzątaniem i walczy o zapewnienie córce i sobie chociaż minimalnego poziomu życia, a sama Delilah? Ładna, ale szara myszka. Na dodatek nie jest lubiana, w szkole jest wręcz omijana szerokim łukiem, ma tylko jedną przyjaciółkę – takiego samego wyrzutka, jak ona. Dlatego też większość czasu spędza na czytaniu książek. Ostatnimi czasy właściwie tylko jednej, bajki, w której losy osieroconego przez ojca księcia zainteresowały ją prawie tak samo, jak jej własne życie.

Delilah wraca do tej historii wiele, wiele razy. Aż pewnego razu myśli, że oszalała – nawiązała rozmowę z głównym bohaterem bajki – Olivierem. Jest on zdesperowany powtarzalnością swego życia, odgrywaniem ciągle tej samej historii, niemożnością jej zmiany. Chce się wyrwać z tego świata i prosi dziewczynę o pomoc. Czy jednak są w stanie przekroczyć barierę światów?

Muszę przyznać, że Picoult i jej córka zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Nie byłam pewna, jak poradzą sobie w takiej tematyce oraz jak dadzą radę napisać książkę w taki sposób, by nie dało się odczuć tego, że pisał ją duet. A tu niespodzianka, książka jest tak spójna, że cały czas miałam poczucie, że pisała je tylko jedna autorka. Narracja jest prowadzona przez Oliviera i przez Dalilah, są także wstawki „odksiążkowe”, tak, byśmy mogli poznać opowieść, w której żyje Olivier, a którą czyta dziewczyna. Bajkowy świat jest na dodatek bardzo fajny – pełen ciekawych stworzeń, a każde z nich ma unikalną osobowość. Pyskate i złośliwe wróżki, głupkowata księżniczka, syreny-feministki, czarny charakter, który kocha motyle i piecze ciasteczka itp. Bardzo mi się tam podobało. Język jest żywy i lekki, sporo tam także humoru. A to wszystko sprawiło, że książkę pochłonęłam dzisiaj jeszcze przed obiadem, na jedno posiedzenie.

„Z innej bajki” to opowieść o wolnym wyborze, pierwszym uczuciu, przynależności, przyjaźni. To przyjemna rozrywka dla młodszych i tych starszych, którzy wierzą, że książki po przeczytaniu dalej żyją swoim własnym życiem…

PS. Powyższy rysunek i grafiki pochodzą z książki, która jest prześlicznie wydana. Zarówno strona graficzna, jak i kolorystyczna. Zdjęcia można powiększyć.

© 

 

z innej bajkiWydawnictwo: Prószyński, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 312

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6


„Brzoskwinie dla księdza proboszcza” – Joanne Harris

religie

Trzeci raz towarzyszyłam Vianne w jej podróży przez życie. Wygląda na to, że miłość Vianne i Rouxa jest tak silna, że ten ostatni zdołał dla niej przełamać swą niechęć do mieszkania gdzieś dłużej. Żyją razem z Anouk i Rosette w Paryżu, na łodzi, na której również jest mała chocolaterie.

Pewnego dnia Vianne otrzymuje list. Wiadomość od dawno zmarłej przyjaciółki  – Amande Voizin. Prosi ona o to, by Vianne zajrzała ponownie do Lansquenet. Ponoć ktoś tam potrzebuje jej pomocy. A przecież prośbom przyjaciół – nawet tym wygłoszonym zza grobu! – się nie odmawia. Vianne postanawia więc zabrać córki i spędzić kilka dni w dawno nie widzianej wsi. Budzi tym śpiące przez lata demony wspomnień…

Na pierwszy rzut oka Lansquenet wydaje się być prawie takie samo, jak przed ośmiu laty. Jednakże wystarczy tylko lepiej się przyjrzeć, by zobaczyć, że we wsi aż wrze! Ukryte konflikty między mieszkańcami to tylko część problemów. Największym problemem jest podział mieszkańców, znowu swoi przeciwko „obcym”. Tym razem obcymi są muzułmanie, którzy od kilku lat mieszkają po drugiej stronie rzeki. Najpierw wszyscy podchodzili do siebie z ciekawością i przyjaźnie, jednakże z czasem – i pojawieniem się kolejnych, często tajemniczych mieszkańców – narastały nieporozumienia, problemy. A teraz sytuacja kipi tak bardzo, że w niektórych osobach budzi się porównanie do wojny.

Zresztą to tylko wierzchołek góry lodowej. Autorka otworzyła w tej książce puszkę Pandory. Oprócz tematyki „obcy vs. swój” mamy również kwestie związane z konfliktem proboszcza z imamem, przemocą, intrygami snutymi przez mieszkańców, tajemnicami wyłażącymi z każdego kąta i wieloma innymi sprawami.

Trzeci tom opowieści o Vianne jest inny od dwóch poprzednich. Jest bardziej mroczny, gorzki, bardziej bolesny. Mniej tutaj magii i cudownego jedzenia (ale tylko mniej, ciągle znajdziemy tutaj to, co tak dobrze autorce wychodzi!). W trakcie czytania miałam poczucie, że autorka się zmieniła, a także rzeczywistość, jaka nas otacza wpłynęłą na nią na tyle silnie, że po części zmieniła styl i wpłynęła na tematykę tej książki. Oczywiście to tylko moje zgadywanie, ale takie miałam wrażenie.

„Brzoskwinie dla księdza proboszcza” nie urzekły mnie tak, jak poprzednie dwa tomy, ale porwały za serce. Ta książka robi wrażenie mniej bajkowej, a bardziej ludzkiej i przez to porusza inne struny w sercu czytelnika.

Ten cykl trafia do moich ulubionych, a autorka zyskała nim u mnie olbrzymi kredyt zaufania. Mam zresztą prawie wszystkie pozostałe jej książki, powolutku będę się z nimi zapoznawać i testować, czy tylko te trzy książki były tak udane, czy też jest ona tak utalentowana, jak mi się wydaje.

© 

 

brzoskwinie

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 488

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 6/6

Cykl „Vianne i Anouk”:

1. „Czekolada”

2. „Rubinowe czółenka”

3. „Brzoskwinie dla księdza proboszcza”


„W jednej osobie” – John Irving

transgender sign

„W jednej osobie” to opowieść o seksualności, dojrzewaniu, zmianach mentalnościowych i społecznych, definiowaniu samego siebie i świata dookoła. Historia od purytańskich czasów dzieciństwa i młodości, przez rewolucję seksualną, epidemię HIV, aż do wzrastającego coraz bardziej liberalizmu postaw społecznych. To powieść o życiu i człowieczeństwie.

Głównym bohaterem powieści jest Billy Abbott, którego spotykamy jako młodego chłopca i z którym wędrujemy przez jego życie. Towarzyszymy mu przez kilkadziesiąt lat, poznając jego rodzinę, przyjaciół, ukochanych, pragnienia, obawy, marzenia. Chłopiec wzrasta w domu – metaforycznych – „zamkniętych drzwi’. Ojca nie zna, praktycznie się o nim nie mówi. Matka, purytanka, nieśmiała i wycofana, prawie nie rozmawia z synem, szczególnie od momentu, gdy on zaczyna dojrzewać. Jest jeszcze babcia i ciotka, dwulicowe, nieprzyjemne hetery, korzystające z każdej okazji, by poobgadywać innych. W tle przewija się także dziadek, właściciel lokalnego tartaku, który wspiera chłopca, jak tylko może, jednakże jest dosyć mocno podporządkowany żonie. Jest też wujek-pijak, pojawia się ojczym, który staje się pierwszą fascynacją dla Billa, jest przyjaciółka ze szkoły. A nade wszystko jest bibliotekarka – panna Frost, która odkrywa przez chłopcem uroczy świat lektur o „niewłaściwych pragnieniach”, a także staje się powiernicą i… Ciiii, o tym przekonajcie się sami!

Irving w dużej części skupił się na dzieciństwie i dojrzewaniu Abbotta, zapewne wychodząc ze słusznego założenia, że to okres, który nas kształtuje, w którym formują się nasze poglądy na świat, ludzi, samego siebie, kiedy to odkrywamy, kim jesteśmy i czego pragniemy. W życiu Billy’ego są trzy główne fascynacje – Richard, ojczym, który staje się dla niego na długie lata ideałem mężczyzny; panna Frost, tajemnicza bibliotekarka o dużych dłoniach i małych piersiach, która potrafi tak dobrze zrozumieć duszę chłopca oraz Kittredge, zapaśnik, okrutny kolega ze szkoły, który wykorzystuje każdy pretekst by Billy’emu dociąć, by go pognębić. Dwoje z nich zostanie w głowie i sercu Billy’ego na całe życie, nie będzie mógł się wyzwolić z ich wpływu, utkwili w jego podświadomości.

Jednakże „W jednej osobie” to nie tylko powieść o dojrzewaniu. To powieść o seksualności, o tym, co ona oznacza, co ma na nią wpływ. Billy odkrywa dosyć szybko, że pociagają go zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Ta dualność pragnień zdefiniuje całe jego życie, dzięki niej zawsze będzie inny. Dla heteroseksualnych osób będzie gejem, dla gejów często będzie dziwadłem, zawsze będzie kimś, komu się raczej nie ufa i kogo omija się szerokim łukiem. Jednakże nie tylko on będzie miał trudności ze zdefiniowaniem swej seksualności. Jego przyjaciółka ze szkoły Elaine podziela jego fascynację Kittredgem, ale jednocześnie w jej życiu wydarzy się coś, co zachwieje jej teoretycznie ugruntowaną postawą. Otoczenie Billy’ego zresztą pełne jest osób o różnych preferencjach seksualnych, pełnia różnorodności.

Ta książka to również opowieść o literaturze i teatrze. To właśnie w teatrze, grając role damskie dziadek Billy’ego może w końcu czuć się swobodnie, zgodnie ze swoją naturą. To sztuki, które są prezentowane traktują również o tym, jak różnorodne potrafią być postawy życiowe, a także seksualność ich bohaterów. To książki, które czyta Billy są dla niego drogowskazem, to w nich szuka natchnienia i odpowiedzi na pytania. To w końcu one – razem z fascynacją panną Frost – wzbudzają w nim pragnienie, by zostać pisarzem. A w dorosłym życiu to właśnie dzięki książkom Abbott prezentuje pełnię swoich poglądów, daje czytelnikom możliwość poznania świata, który często był dla nich tabu, a osobom niepewnym swoich własnych uczuć pomaga zrozumieć, że nie są sami i że nie muszą się bać tego, że czują się inni.

Można byłoby o tej książce pisać bardzo długo, jednakże nie chcę Was od niej odstraszyć zbyt długą recenzją. Nie jestem w stanie porównać jej do innych książek tego autora, bo do tej pory czytałam tylko „Jednoroczną wdowę” (a kilka innych czeka na półkach), ale po lekturze zapoznałam się z różnymi opiniami. Jedni twierdzą, że jest gorsza od poprzednich, inni, że tak samo wyśmienita, czyli wszystko w normie – chcesz wiedzieć, przekonaj się sam! 😉

Mnie trochę męczyła pierwsza połowa – wielość bohaterów z książek i sztuk teatralnych, wiele motywów, które niekoniecznie były mi znane, miałam uczucie pewnego zagubienia. Jednakże potem „zaskoczyłam” i resztę książki czytałam z coraz większym zainteresowaniem. Dla mnie jest ona ważna ze względu na tematykę, bardzo ważną, a jednocześnie – moim zdaniem – tak rzadko opisywaną w taki sposób – spokojnie, rzeczowo, ale z zachowaniem pełni emocji i wiarygodności bohaterów, bez przeciągania liny, zajmowania stanowisk. Czytasz i decydujesz sam, co o tym sądzisz i jakie jest Twoje zdanie. I to jest wielka jej zaleta!

© 

w jednej osobie

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 528

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4/6


„Rodzina na pokaz” – Kevin Wilson

Rodzina na pokazWydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 415

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

Jak to jest, gdy jest się określanym dzieckiem A lub dzieckiem B? Czy to tylko żartobliwa gra oparta o imiona, czy jest w tym jakieś głębsze znaczenie? Jak to jest żyć w rodzinie, która całkowicie podporządkowana została sztuce? W rodzinie, w której życie właściwie równa się planowaniu i wykonywaniu kolejnych – częściowo improwizowanych – spektakli.

Camille i Caleb Fang uważają się za artystów tworzących żywą sztukę. Za nic mają sztukę w znaczeniu, które nam jest najbliższe. Nie cenią malarstwa, rzeźby, gry na instrumencie. Ich żywiołem są specyficzne spektakle, np. postrzelenie mentora w ramach swoistego performance. Jednak w pewnym momnecie pojawiają się dzieci. A przecież dzieci to morderstwo dla sztuki! Chyba, że dzieci staną się składnikiem sztuki, jak ich rodzice. I tak oto rodzi się rodzina Fang, niesamowita czwórka. To oni improwizują kradzież słodyczy, rozdają fałszywe kupony do baru fast-food, a to wszystko jest dla nich sztuką. Jednak rodzice nie cofną się przed niczym w swym uwielbieniu dla żywej sztuki. Najpierw załatwiają wspólny występ dzieci jako Romea i Julii, a potem… Ale o tym w książce!

Gdy spotykamy Annie i Bustera są oni już dorosłymi ludźmi. Dziwaczne dzieciństwo i mlodość, życie dla sztuki, życie sztuką, odcisnęło na nich silne piętno, sprawiła, że są w pewnym stopniu upośledzeni. Nie potrafią nawiązywać relacji z innymi ludźmi (w końcu większość życia byli właściwie skazani na bycie tylko z resztą rodziny, właściwie nie utrzymywano relacji zewnętrznych, czy też z dalszą rodziną), nie potrafią odnaleźć celu w życiu, zaplanować go sobie. Annie ma problemy z alkoholem i tabletkami, Buster z kolei nie potrafi odblokować swej kreatywności, przez co nie jest w stanie pisać kolejnych książek, utknął w martwym punkcie. Los funduje im problemy osobiste i zawodowe, które powodują, że – jakby bezwolnie, z rezygnacją – decydują się chwilowo wrócić pod dach rodziców. A Camille i Caleb przygotowali dla nich najbardziej spektakularny, wstrząsający wręcz popis. W jego rezultacie każda z tych czterech osób będzie musiała zadecydować, co też jest dla nich najważniejsze: rodzina, wsparcie i relacje z drugim człowiekiem, czy też dzieło życia, najbardziej pokręcony pomysł, jaki do tej pory wpadł rodzicom Fang do głowy? Sztuka czy rodzina?

Ta książka trafiła u mnie na dziwny czas. Sama mam aktualnie spore zawirowania życiowe, co z jednej strony pozwoliło mi po części wczuć się lepiej w treść tej książki, ale z drugiej strony jej lektura powodała też wzrost mego przygnębienia, co też rzutowało na mój odbiór jej treści. Najbardziej zdecydowanie poruszało mnie to, jak rodzice postrzegali swe dzieci – z jednej strony były składnikiem niewiarygodnej drużyny oddającej się najwyższej z form sztuki, były więc niezbędne i przez to ukochane, ale z drugiej strony kompletnie nie postrzegano ich jako ludzi, nieważne były ich potrzeby, poczucie stabilności, bliskości, budowania więzi z rodzicami. Byli dzieckiem A i B, właściwie przedmiotami niezbędnymi do tego, by rodzina Fang mogła błyszczeć. I to robiło na mnie wielkie wrażenie, jednak w pewnym momencie odłożyłam sztukę na boczny tor i skupiłam się właśnie na relacjach między rodzicami a dziećmi. I wtedy dotarło do mnie, jak wielu rodziców traktuje dzieci przedmiotowo. Może nie składają ich na ołtarzu sztuki (chociaż czasami tak, wiele jest pamiętnych przypadków prawie zamęczonych małych skrzypków, pianistek etc.), ale sportu, filmu, wyborów małych miss etc. Gdy do tego dojdzie przenoszenie własnych ambicji na dziecko, to już strach pomyśleć, jak dokładnie mogą się pokrywać konsekwencje działań rodziców Fang, a tych dookoła nas. Ilu rodziców krzywdzi swe dzieci zarzucając je od przedszkola dziesięcioma różnymi zajęciami pozaszkolnymi, a do tego nie budując z nimi żadnych silniejszych relacji emocjonalnych?

Wracając jednak do „Rodziny na pokaz”, to ksiażka ta ukazuje czworo nieszczęśliwych ludzi, którzy nie potrafią się ze sobą wzajemnie porozumieć. Opuszczenie, samotność, brak komunikacji, zamknięcie na drugiego człowieka, a to wszystko z ukazaniem konsekwencji; tego, do czego może taka sytuacja doprowadzić. Interesująca lektura.

© 

„Wieczór panieński” – Izabela Pietrzyk

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 552

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

Sama nie wiem, jakim cudem, gdy zamawiałam „Wieczór panieński” do recenzji, to nie dotarło do mnie, że ponownie wskoczę do szalonego świata „dziewczynek”. Miałam więc niespodziankę na początku lektury. A gdzieś tam, z tyłu głowy, czaiły się wrażenia innych z lektury tej książki, bo przecież zaraz po premierze nie oparłam się i przeczytałam kilka tekstów na blogach. Recenzje najczęściej nie były pozytywne. A jaki był mój odbiór?

Ponowna wizyta w świecie tych jakże – według metryki – dorosłych już kobiet wssysa wręcz w tornado wydarzeń. Tutaj jeden kryzys, tam drugi, związki się tworzą, rozpadają, trzeba zaplanować wieczór panieński, na niego dojechać, przetrwać zawirowania pociągowo-portfelowo-hotelowo-inne, wrócić w jednym kawałku, przeżyć przygody z taksówkarzem, znowu pocieszać przyjaciółki, wspierać je duchowo, relacjonować pobyt i robić mnóstwo innych rzeczy. Mocnej fabuły się tu nie spodziewajcie. Ta książka – tak samo, jak zresztą „Babskie gadanie” – opiera się na relacjach między „dziewczynkami”, na tym, co dla siebie znaczą, co są w stanie dla siebie wzajemnie zrobić. A tych kilka pań przypomina wir! Są pełne energii, pomysłów, czasami wręcz wariackich, mają niewyparzone jęzory, ale za sobą wzajemnie pójdą w ogień.

Mam wrażenie, że idea wieczoru panieńskiego, to tylko luźna inspiracja do opowieści o samych „dziewczynkach”. Nie wiem, czyim pomysłem było stworzenie tego tytułu, ale trochę on może prowadzić do rozczarowań, jeżeli ktoś faktycznie szuka mocnego wątku wieczoru panieńskiego. Ta książka powinna raczej nazywać się „Baby gadają dalej” lub jakoś podobnie 😉 Tytuł pierwszej wpasowywał się koncepcję bardzo dobrze, tytuł drugiej już niestety sporo słabiej.

Pamiętam ciągle, że przy czytaniu recenzji natykałam się na zarzuty infantylności. Ja nie wiem, czy może ja i moje różne znajome też jesteśmy infantylne, ale jakoś mnie tak bardzo tutaj to nie raziło. Owszem, byłoby to trochę naturalniejsze, gdyby bohaterki były ciut młodsze. Ale jak spotykam się ze znajomymi, to też potrafimy się w żartach wyzywać od np. małp i jakoś to nie robi na żadnej z nas wielkiego wrażenia 😉 Koncept „zdzir” tutaj też jakoś mnie nie ruszył, właśnie ze względu na te wariackie lekko relacje, sama miewam podobne z niektórymi znajomymi. A i cięte jęzory w towarzystwie mnie otaczającym, to wcale nie jest rzadki przypadek 😉 A może ja zwyczajnie mam niewysokie wymagania w stosunku do babskiej literatury rozrywkowej?

Jednakże „Wieczór panieński” jest zauważalnie gorszy od poprzedniej książki tej autorki. Dwa główne zarzuty z mojej strony, to zbytnie rozchwiana fabuła. A przez to całość nie robi wrażenia spójnej, tylko mniej lub bardziej chaotycznej. A szkoda, bo ja właściwie lubię świat „dziewczynek”. Może nie bawiła mnie ta książka tak bardzo, jak poprzednia, ale ciągle wywoływała na mej twarzy uśmiech, a czasami wręcz chichot, chociaż czytałam ją w pociągach, więc wzbudzało to podejrzliwe spojrzenia rzucane w mym kierunku 😉

Autorce życzę powrotu do „normy” pierwszej książki, a wszystkich tych, którym podobało się „Babskie gadanie” zapraszam do przeczytania i tej książki.

© 

„Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” – Małgorzata Warda

Wydawnictwo: Prószyński, 2012

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 320

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 6/6

*****

Ania stroni od ludzi. Nie ma przyjaciół w szkole, poza szkoła właściwie też nie. Tak naprawdę najbliższą jej osobą jest brat – Aaron. A jednak to jego oskarża o gwałt. Takim właśnie mocnym akcentem zaczyna się nowa książka Małgorzaty Wardy. A potem – jak u Hitchcocka – napięcie rośnie i rośnie.

W wielowarstwowej i retrospektywnej narracji powolutku pojawiają się kolejni bohaterowie – poza rodzeństwem jest jeszcze ich matka, ciotka z chłopakiem, a sporadycznie także wspomina się nieżyjącego ojca Ani i Aarona. Matka, od śmierci męża w ciągłej depresji, kompletnie nie dostrzega dzieci i ich potrzeb. Dnie spędza otumaniona lekami, leżąc w łóżku. Dzieci, na tyle, na ile mogą, radzą sobie same. Jednakże często i czasami na długo trafiają do domu cioci Gabrysi. Do bogatego domu, gdzie ciocia przecież zawsze się dobrze nimi zajmie. Jednak, czy na pewno jest to dla nich dom szczęśliwy…?

Przemoc. Tak wielu z nas jej doświadcza każdego dnia, a tak niewielu naprawdę coś w tej sprawie robi. Zarówno po stronie ofiar, jak i po stronie obserwatorów. Owszem, trąbi się o tym w mediach, ale tak naprawdę jak wielu z nas zareaguje, gdy zobaczy rodzica bijącego dziecko, młodzież napadającą kolegę, czy rabusia gwałtownie wyszarpującego torebkę staruszce? Tak samo, jak w życiu, i tutaj osoby postronne niewiele tak naprawdę zrobiły w sprawie Ani i Aarona. Chociaż jednocześnie powstaje pytanie – ile mogły zrobić?

Rodzeństwo wspiera się, jak tylko może. Są bardzo skryci, tworzą własny świat, chociaż tylko do pewnego momentu. Potem pojawia się w nim swego rodzaju szczelina, która – paradoksalnie – prowadzić może do ich wyzwolenia.

Ta książka jest tak pełna emocji, że jej czytanie bolało, powodowało, że mój żołądek zwijał się w supeł. Z przerażeniem czytałam o tym, co przytrafiało się Aaronowi i Ani, nie mogłam pojąć tego, co inni im robili. Musiałam sobie dawkować czytanie tej książki. Odwzorowanie emocji prawdziwych ofiar przemocy oraz ich zachowania to zresztą silna strona tej książki, widać, że autorka solidnie się przygotowywała do jej napisania. Schematy funkcjonowania prześladowanej dwójki oraz postępowania ich oprawcy i bliskich wydają się być bardzo dobrze ukazane w tejże książce, na tyle oczywiście, na ile jestem to w stanie ocenić.

Bardzo było mi zal Aarona i Ani. Osieroceni przez ojca, porzuceni przez matkę, a potem przez lata przeżywający piekło. Do czego to doprowadziło? A co zepchnęło oprawcę do takiego zachowania? A inne osoby, które były bliskie rodzeństwu, skąd brał się ich brak reakcji? Najbardziej jednak zaskoczyła mnie Gabrysia i jej postawa. Przerażające wyrachowanie, bo przecież sama swoim zachowaniem doprowadzała do takich, a nie innych sytuacji.

Jedyne, czego mi zabrakło, to większe rozwinięcie wątku z ojcem rodzeństwa. Wydaje się on być tylko liźnięty i tak naprawdę niczego w tej formie do książki nie wnosi. Albo ja czegoś nie zauważyłam…

Ta książka zrobiła na mnie duże wrażenie, głównie na poziomie emocjonalnym, za co autorce serdecznie dziękuję! © Agnieszka Tatera

Między nami nowojorczykami – Cathleen Schine

Wydawnictwo: Prószyński, 2011

Oprawa: miękka

Liczba stron: 348

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6

*****

Tak, „Między nami nowojorczykami” to dobry tytuł. Autorka pozwala nam spędzić rok z kilkoma osobami mieszkającymi na tej samej ulicy położonej niedaleko Central Parku. Na początku mijają się bez słowa, może ewentualnie z uśmiechem, właściwie nie nastawiając się na poznawanie swoich sąsiadów. Wręcz odwrotnie! Jednakże powolutku – i w dużej mierze dzięki psom – zaczynają ze sobą rozmawiać, poznawać się, rozbudowywać swoje relacje.

A, że bohaterowie są różnorodni, to i wydarzeń między nimi wiele. Mamy tutaj kobietę, która uważa siebie za starą pannę i misję życiową widzi w zajmowaniu się swoim śnieżnobiałym pitbullem. Mamy młodą dziewczynę, która koniecznie pragnie zapomnieć o świeżo złamanym sercu oraz uszczęśliwić swego brata, któremu praktycznie matkuje. Jest tenże brat, który mimo trzydziestki na karku nie wie, czego chce od życia i kompletnie nie wie, co ze sobą zrobić. Do tego restaurator-gej, który utrzymuje liczną rodzinę oraz wszystkich swych byłych partnerów, nie zapominając oczywiście o aktualnym ukochanym. Jest zacietrzewiona mężatka, która zachowuje się jakby miała problemy mentalne, upatrując w psach największych wrogów porządku publicznego, a w ich właścicielach rewolucjonistów, których trzeba tępić. Mamy pana po pięćdziesiątce, który trochę się zagubił po rozwodzie i wyjeździe córki na studia. A do tego jeszcze pracownik opieki społecznej, który cały rok nie robi nic innego, tylko czeka na jesień, gdy wyjeżdża do Wirginii, gdzie poluje na listy. Prawda, że barwna gromadka? A to jeszcze nie wszystko, bo wielu z nich posiada psy, które także tworzą interesującą zbieraninę, każdy jest bardzo charakterystyczny, a wszystkie wpływają na to, co się dzieje z ludźmi dookoła nich 🙂

Towarzyszymy im wszystkim cały rok, poznając – dzięki zmiennej narracji- ich współżycie oczami każdej z tych osób. Jest to zabieg, który lubię, więc dla mnie jest to plus tejże ksiażki. Kolejnym plusem jest to, że autorka ukazała nam życie zwykłych ludzi. Nie jest to kolejna opowieść o pracy w korporacji lub mediach, o robieniu kariery, wrednej szefowej (ewentualnie szefie) i w końcu o odniesieniu sukcesu, a na dodatek szczęściu osobistym. Tutaj ludzie są przaśni, swojsy, tacy, jak wszędzie dookoła. Zwykli przeciętniacy. I to jest w tej ksiażce fajne. Nie jest to żadna wysoka listeratura i chwała jej za to. Potrzebna mi była ciepła, lekka, okraszona humorem i nostalgią opowieść – i voila! Wyśmienicie mi się ją czytało po serii cięższych tematycznie książek. A na dodatek wręcz czuć z tej książki, że autorka lubi Nowy Jork, a  to dodaje tylko przyjemności tej lekturze.

Coś jest w tych książkach „o niczym”. Od czasu do czasu lubię po taką sięgnąć i potowarzyszyć bohaterom jak cień, obserwować jak robią głupoty, nie dostrzegają ważnych znaków, a potem czekają na nich konsekwencje ich decyzji i zachowań. Lubię też takie zwykłe, nie roszcące sobie praw do wielce ambitnej literatury książki, które jednakże atmosferą, ciepłem, humorem potrafią sprawdzić, że czuję się dobrze w trakcie ich lektury. To taki literacki ekwiwalent ciepłego kubka herbaty z cytryną… 😉 © Agnieszka Tatera

„Nieśmiertelność zabije nas wszystkich” – Drew Magary

Wydawnictwo:Prószyński i S-ka, 2012

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 464

Moja ocena: 5,5/6

Ocena wciągnięcia: 6/6

*****

Dawno nie czytałam już książki, któr tak mocno by zawładnęła mym umysłem, a na dodatek była tak sugestywna. Książki, które kreowałaby w moim umyśle mnóstwo niepokojących wizji i pobudzała do przemyśleń. I pomyśleć, że to powieściowy debiut!

Niedaleka przyszłość, rok 2019. Na świecie pojawiło się lekarstwo, które jest w stanie zablokować śmierć, można żyć wiecznie. No, jeżeli ma się szczęście, bo ciągle można wpaść pod samochód, czy umrzeć na raka, jednak organizm się nie starzeje. Więc jeżeli jesteś szczęściarzem, to możesz zostać młodym i pięknym na wieki. Jednak środek ten jest ciągle nielegalny, mało tego, wzbudza wiele kontrowersji i dyskusji. A tłumy demonstrują na ulicach, walcząc o jego legalizację. Dajcie nam życie wieczne! Nie mordujcie nas, należy się nam życie!

John Farrell to zwykły młody mężczyzna, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Przeciętniak w każdym calu. Jednak ten przeciętniak – dzięki swym znajomościom – zdobywa namiary na lekarza, który na czarno podaje zainteresowanym powyższy środek. Potrzeba tylko zdecydowania i sporej sumki zielonych. A John ma jedno i drugie. I tak oto staje się nieśmiertelnym. W pewnym momencie jego przyjaciółka wyciąga z Johna prawdę, dowiaduje się, że przyjął lekarstwo. Nie daje mu spokoju tak długo, aż zgadza się zabrać ją do tego samego lekarza. Jadą tam razem, jednak John nie wchodzi do budynku. Ona – szczęśliwa z szansy na życie imprez bez końca – znika w windzie, a w tym momencie w budynku wybucha bomba. I tak po młodej kobiecie nie zostaje ślad, a dalsze losy Johna i cała książka są właściwie konsekwencją tego wydarzenia.

Lata mijają, lekarstwo zostaje zalegalizowane, na świecie jest coraz więcej ludzi, a coraz mniej miejsca, surowców, możliwości. Nastroje robią się coraz bardziej burzliwe, powstają różnorakie frakcje, stare religie upadają, pojawiają się nowe, ludzie mordują się wzajemnie, rządy zrzucają bomby atomowe na swych obywateli, butelka wody kosztuje krocie, kobiety w ciąży są traktowane jako zagrożenie, a lekarze ratują życie wybranym. Człowiek jest bóstwem. Człowiek jest zagrożeniem dla siebie samego.

John obserwuje zmiany dookoła siebie ciągle obwiniając się za decyzje, które w życiu podjął – za śmierci, za życie syna, za rozpad małżeństwa. Szuka miejsca dla wiecznego siebie, swej roli, tego, co jest jego przeznaczeniem. Długo nie potrafi dorosnąć, wszakże jest ciągle dwudziestodziewięciolatkiem, przynajmniej fizycznie. Kocha, traci, poszukuje…

Przez długie lata nie potrafi odnaleźć sam siebie, a to, co się dzieje dookoła w ogóle mu tego nie ułatwia. Świat robi się coraz dziwniejszy, dziczeje, zalewają go masy ludzkie, które coraz trudniej utrzymać w ryzach. Sytuacja nabrzmiewa aż do wybuchu, czy pozwoli on na oczyszczenie sytuacji?

Drew Magary ma talent. Stworzył książkę wręcz niesamowicie realną. W trakcie czytania byłam skłonna uwierzyć w praktycznie wszystko, co autor wykreował, w jego każdy – wydawałoby się – zwariowany pomysł. A świat ukazany przez autora jest bardzo zróżnicowany, dzieje się w nim tyle, że można dostać zawrotu głowy. Jest okrutny, przejmujący, ukazuje dosadnie przemiany ludzkie w czasach gwałtownych zmian i prób. A na dodatek jest to książka, która zdołała mnie pochłonąc, nie mogłam się od niej oderwać, wiele razy nie mogłam się doczekać powrotu do domu i momentu, w którym będę mogła zabrać się za czytanie. Magary bawił się ze mną, jak z zabawką. Wzruszał, bawił, przerażał, pobudzał do myślenia. Co oznacza bycie czlowiekiem? Kiedy człowieczeństwo się kończy? Co znaczy życie wieczne i co ono by dla nas oznaczało? Jakie decyzje podejmowałabym na miejscu bohaterów tej książki?

„Nieśmiertelność zabije nas wszystkich” to książka tak dobra, że chciałabym, by autor pisał i pisał. Nie jest to lektura łatwa i przyjemna, i chwała jej za to. Nie jest to fantastyka typowa, pełna stworów, walk na miecze, dzielnych bohaterów i pięknych dziewic. To jest fantastyka, która dlatego jest tak przejmująca, bo wydaje się realna. A może to wszystko już czeka za progiem? © Agnieszka Tatera