Wieloksiąg różności (#12)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Tym razem bez tematu przewodniego, ot, zbiór wrażeń z różnych przeczytanych książek. Ostatnio niezbyt mam ochotę na czytanie, to w przerwie w kolorowaniu postanowiłam chociaż napisać krótki tekst na bloga. W ramach motywacji 😉 Do dzieła!

*****

zagubione niebo„Zagubione niebo” Katarzyna Grochola

Jest to zbiór opowiadań, nie znam ich historii, ani dat powstania. Wszystkie je łączy motyw końca i początku, utraty i zyskania, zachwytu i rozczarowania. Pierwsze i ostatnie miłości, przeróżnego rodzaju związki, rozstania i porażki, wybaczanie i zapominanie.

Nie wiem, czy to jakieś zbierane przez lata opowiadania, czy świeże, pisane na potrzeby tego zbioru utwory, w każdym razie dużo z nich to w najlepszym razie przeciętniaki. Zbiór bardzo nierówny, od kilku, które są ciekawe i intrygujące, do zbyt wielu takich sobie. I przy okazji doszłam do wniosku, że chyba jestem za mało „babska”, by je polubić. Schemat, stereotyp i niewiele zachwytów. A ja przecież nawet lubię czytadła, nie rozumiem więc, o co chodzi.

bycie milym„Bycie miłym to przekleństwo: Jak nauczyć się asertywności i z łatwością mówić nie” Jacqui Marson

Książka to swoista sesja terapeutyczna, w trakcie której człowiek może nauczyć się mierzyć z przekleństwem bycia miłym. Stanowi niezbędne źródło wiedzy dla wszystkich osób mających problem z mówieniem „nie”.

Autorka zabiera czytelnika w podróż do poznania siebie i własnych potrzeb. Wyjaśnia przyczyny i mechanizmy zjawiska bycia miłym, nie ocenia ludzkich zachowań, lecz daje szczegółowe wskazówki, jak zrozumieć i zmienić męczące nas postępowanie – pokazuje, jak skończyć z zapominaniem o własnych potrzebach, zacząć szanować siebie i nauczyć się być miłą dla samej siebie.

Żeby nie rozpisywać się zbytnio: zdecydowanie jestem osobą, która lubi być miłą, usłużną, dążyć do zadowolenia osób dookoła i bycia lubianą przez wszystkich. Jednak z wiekiem czułam coraz bardziej, jak niezmiernie jest to dla mnie męczące i zaczęłam się zastanawiać, na ile tak de facto jest mi to potrzebne. I stąd lektura tej książki.

Byłam mocno sceptyczna, teraz jestem zdecydowanie mniej sceptyczna 😉 Generalnie wydaje mi się ciut zbyt hurraoptymistyczna, ale coś w niej jest. Coś, co zachęcia do wracania do niej i przejścia opisywanych ćwiczeń. Mam nadzieję, że ta motywacja ze mną zostanie na długo!

warszawa perla polnocy„Warszawa. Perła Północy” Maria Barbasiewicz

Jest to album dotyczący Warszawy z czasów dwudziestolecia międzywojennego, w każdym razie jej losów do 1939 roku. Zawiera masę ciekawych zdjęć, które zwiększają zainteresowanie lekturą. Znajdziecie w niej wiele różnych tematów – architekturę, planowanie przestrzeni miejskiej, szczegóły związane z warunkami bytowymi, zawodami, rozrywką, podziałem społecznym, kulturą, polityką, religią…

Odkąd mieszkam w tym mieście, moje zainteresowanie Warszawą tylko rośnie, więc miałam wysokie oczekiwania, co do tej publikacji. Może zbyt wysokie, bo o ile jest to lektura ciekawa, to potencjał był zdecydowanie większy. Mam wrażenie, że tylko przelecieliśmy po łebkach po wielu z tych tematów. Wiem, że forma albumu narzuca pewne ograniczenia, ale uważam, że można było zagłębić się bardziej w ten czas, miejsce i ludzi je zamieszkujących.

dom po drugiej stronie lustra„Dom po drugiej stronie lustra” Vanessa Tait

Oczywista inspiracja i nawiązanie do słynnej „Alicji w Krainie Czarów”. Autorką powieści jest prawnuczka pierwowzoru Alicji, dla której Lewis Carroll napisał słynną powieść. Jednakże to nie ona gra tutaj główną rolę, a guwernantka, stara panna, która opiekuje się trzema dziewczynkami – Iną, Edytą i Alicją Liddell. To dzięki nim w jej życiu pojawią się nowe możliwości, mężczyźni, a ona sama zacznie marzyć o zamążpójściu. Ale… A zresztą, sprawdźcie sami, co się wydarzy.

Niestety, książka według mnie tylko i wyłącznie przeciętna. Wykonanie jest ok, ale kompletnie nie potrafiła mnie zainteresować, czy też wzbudzić większych emocji. A, przepraszam, jedna reakcja była – odrzucała mnie niezdrowa fascynacja Alicją.

*****

To byłoby na tyle. A teraz wracam do kolorowania, a Wam życzę udanej niedzieli!

Reklamy

Ulice wielkich miast ("Dysforia. Przypadki mieszczan polskich" – Marcin Kołodziejczyk)

dysforia mieszczan

Polska. Jaka jest? Twarzy ma pewnie tyle, ile osób, które odpowiadałyby na to pytanie. A jaka jest Polska klasy, która ponoć przestała u nas istnieć w czasach poprzedniego ustroju?

Marcin Kołodziejczyk podjął się zadania lekko karkołomnego. Próbuje sportretować polskich mieszczan. Zadanie bardzo trudne, bo – wbrew pozorom – to trudny do opisania twór. Dlatego też jego książka – „Dysforia. Przypadki mieszczan polskich” pokazuje bardzo różnorodne portrety ludzi. Bo tak naprawdę kogo możemy w Polsce nazwać typowym mieszczaninem?

Mamy tu panie, które walczyły za czasów Powstania Warszawskiego. Praskich kolesi sączących piwo nad jeziorkiem w Parku Skaryszewskim i pokrzykujących na żony. Są korposzczurki, które wszystko zrobią dla awansu i prestiżu, chociażby bardzo złudnego. To również bonzowie z niewielkich miast, którzy po zmianie ustroju próbowali znowu wylądować na czterech łapach. To śląskie życie miejskie, którego rytm w dużej części ciągle wyznaczają losy ludzi pracujących w kopalniach. To ojcowie, którzy walczą o to, by regularnie i na sensownych zasadach widywać swoje dzieci. To rodziny celebrujące dawne tradycje, a pod ich przykrywką buzujące emocjami. To psychoterapie, telewizje śniadaniowe, mody zmieniające się co tydzień – dzisiaj jemy to, jutro pijemy tamto, a w weekend koniecznie musimy bywać tutaj. To powierzchowność, owczy pęd i strach przed prawdziwymi relacjami. Wirtualne życie, życie na pokaz.

Autor nie jest dla bohaterów pobłażliwy. Obserwuje ich zimnym okiem, jak bakterie pod mikroskopem. Chociaż ich historie opisywane są w tak poetyckim stylu i takim językiem, że można się zapomnieć, że czytamy reportaż. Styl ten nie jest łatwy i przyjemny, zmusza do myślenia, ale jednocześnie uwodzi. Nawet mnie, osobę, która generalnie za taką stylistyką nie przepada. Niby ludzie, jakich można spotkać codziennie w każdym większym mieście, a opisani w taki sposób, że zyskują na wyjątkowości, a ich losy pobudzają czytelnika do refleksji, zadumania się nad nimi.

Jedno zdecydowanie ich łączy – nie są szczęśliwi, nie lubią siebie, swojego życia, nawet ci, którzy teoretycznie osiągnęli wszystko. Brakuje im celu, satysfakcji, oni nie żyją, a egzystują. Zderza się tu stare z nowym, wspomnienia z marzeniami. Dużo życia plastikowego i powierzchownego: cmok, cmok, jak się masz? Tu coraz rzadziej zobaczymy schabowego z kapustą popijanego piwem, raczej zaobserwujemy krem topinambura popijany prosecco. Nie będzie fusiastej kawy, będzie latte z kenijskiej kawy z ocienionego wzgórza, z odtłuszczonym mlekiem, ze stewią. I będą rozżaleni ludzie konsumujący to wszystko.

dysforia cytat

Trochę smutna ta opowieść. Jednakże ciągle mam nadzieję, że to opowieść tylko o części polskich mieszczan. Ja sama znam mnóstwo zadowolonych z życia, realizujących się ludzi, którzy są zaprzeczeniem tych obrazowanych w książce Kołodziejczyka. Aczkolwiek znam również całe mnóstwo tych egzystujących…

Tak czy siak, książkę „Dysforia. Przypadki mieszczan polskich” polecam, bo to świetnie napisany zbiór celnych reportaży o polskich pretendujących. Bo kogo możemy aktualnie nazwać mieszczaninem? Jaka jest jego definicja w czasach właściwie nieograniczonej mobilności? Do zastanowienia po przeczytaniu książki!

„Żagle nad pustynią. Z wiatrem przez Gobi” – Anna Grebieniow

Wydawnictwo: Bezdroża, 2011

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 140

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Wiecie o istnieniu żaglowozów? Ja kiedyś o nich usłyszałam, ale wtedy nie zwróciło to mej uwagi. Dopiero niedawno zainteresowała mnie ta właśnie książka, która ciągnęła obietnicą nietypowej podroży po bardzo mało znanym mi kraju – Mongolii.

Anna to podróżnik z zamiłowania, od pierwszych stron książki czuć jej pasję do poznawania nowych miejsc, ludzi, do przygód i sprawdzania gdzie leżą granice, które jeszcze może przekroczyć. A pewnego dnia trafił swój na swego i Anna spotkała Wojciecha Skarżyńskiego, pioniera z wyprawy żaglowozami po pustyni Gobi w 1978 roku. Jego opowieści zainspirowały ją tak bardzo, że postanowiła uczcić trzydziestolecie jego wyprawy i w 2008 roku zorganizować kolejną.

Jednakże taka wyprawa okazała się być niezmiernie skomplikowaną sprawą – kwestie finansowe, biurokratyczne, wręcz polityczne, do tego naprawa (i nawet konstruowanie) żaglowozów, zdobywanie sprzętu, załatwianie transportu, znajdywanie innych zapaleńców do ekipy wyprawy,  uzgadnianie patronatów, obsługa medialna i sto innych rzeczy. Autorkę ogarniało czasami zwątpienie, ale jednak ciągle wierzyła, że im się uda. I tak się stało – z wieloma przygodami po drodze, jednak udało im się wyruszyć do Mongolii.

Po wielu przeprawach w końcu nadchodzi moment zmontowania żaglowozów i mogą w końcu zrobić pierwszą próbę, żagle na maszty, wiatr we włosach i pęd gwiżdże w uszach! A tu nagle bach, jeden z żaglowozów ląduje na ziemi! Całe szczęście nikomu nic się nie stało, tylko drobiazg trzeba naprawić. I tak to mniej więcej wyglądało cały czas – jak był dobry wiatr, to przejeżdżali dziennie po kilkadziesiąt kilometrów, ale zawsze czekały na nich niespodzianki – wypadki, awarie, brak beznzyny do wozu towarzyszącego, nagłe zmiany pogody etc.

Ale te kilka miesięcy to nie tylko żaglowozy. To też zwiedzanie Mongolii, odwiedzanie miejsc, w których była poprzednia ekipa, poszukiwanie skamieniałych szczątków dinozaurów, udzielanie wywiadu telewizji, ale przede wszystkim spotykanie dziesiątków niesamowicie gościnnych tubylców. Dzięki temu ekipa wyprawy miała okazję poznać mnóstwo historii, tradycji, legend, zwiedzić różnorakie miejsca, spać w jurtach, poznawać smaki potraw i napojów.

A to wszystko autorka opowiada bardzo zgrabnie, radzi sobie z tekstem lepiej niż wiele osób publikujących ksiązki na podobnej zasadzie. Całość opiera się na jej notatkach z podróży, ale wzbogacona jest różnymi komentarzami pozostałych osób z ekipy oraz – bardzo dobry zabieg – wspomnieniami Wojciecha Skarżyńskiego z wyprawy z 1978 roku. W książce znajdziecie też masę świetnych zdjęć, głównie zrobionych w 2008 roku, jednakże zdarzają się również te z pierwszej wyprawy. Dzięki „Żaglom nad pustynią” dowiedziałam się, że istnieje stereofotografia, coś bardzo dla mnie interesującego, a jakie ciekawe zdjęcia wychodzą!

„Żagle nad pustynią” to lektura, która pozwoliła mi na poznanie Mongolii troszkę lepiej oraz przypomniała, że jak się czegoś bardzo chce, to najczęściej jest to możliwe 🙂 Jest to opowieść o garstce szalonych zapaleńców, realizacji ich marzenia, do tego wiele ciekawostek z różnych dziedzin, a to wszystko w przepięknym wydaniu. © Agnieszka Tatera

Tekst dla portalu Lektury Reportera

„Mordercy w mauzoleach. Między Moskwą a Pekinem” Jeffrey Tayler

Wydawnictwo: Carta Blanca, Grupa Wydawnicza PWN, 2011

Oprawa: miękka

Liczba stron: 410

Moja ocena: 4/6

Ocena wciągnięcia: 4/6

*****

Jeffrey Tayler to autor książek reporterskich, reporter, podróżnik, znawca Rosji, w której mieszka od 1993 roku. W latach 1988–1993 był członkiem Korpusu Pokoju. Początkowo służył w Marakeszu, w 1992 roku – w Warszawie, potem w Uzbekistanie. Osiadł w Rosji, ożenił się z Rosjanką i poświęcił się pisaniu książek. Ciekawa persona, prawda?

„Mordercy w mauzoleach. Między Moskwą a Pekinem” to kolejna książka tego autora, w której opisuje rejony Eurazji, szczególnie kraje byłego Związku Radzieckiego. Autor mieszkając od lat w Rosji miał okazję obserwować jej rozwój, zmiany społeczne, polityczne, kulturalne, codzienne życie mieszkańców. Zdał sobie jednak sprawę, że zna codzienność właściwie tylko okolic bardziej turystycznych i popularnych z różnych powodów. Zaczął zastanawiać się nad tym, w jaki sposób przemiany, które rozpoczęły się po rozpadzie ZSRR wpłynęły na mieszkańców mniej znanych mu regionów Rosji, jak również byłych krajów imperium sowieckiego, a nawet tych z nim graniczących. Postanowił to sprawdzić osobiście i ruszył w podróż…

Ponad jedenaście tysięcy kilometrów, różne miasta, różne kraje, a właściwie wszędzie różno kulturowy tygiel. Tayler podróżuje szybko, w każdym z miast spędza od jednego do trzech dni i potem jedzie dalej. I to niestety zrobiło na mnie wrażenie powierzchowności w jego relacji. Może warto byłoby wyznaczyć krótszą i mniej intensywną trasę, a każdemu z tych miejsc poświęcić za to więcej czasu i uwagi? Autor w każdym z miast spotyka ludzi poleconych mu przez różnorakich znajomych, jest to więc towarzystwo przypadkowe i zdecydowanie różnorodne. Od przywódcy Kozaków, przez lokalnych biznesmenów, aż po piękne studentki. Opowiadają mu oni swoje historie, losy regionów, krajów, miast. Często opowieściom towarzyszy pewnego rodzaju napięcie – czy to dzięki spychaniu niektórych mniejszości poza nawias społeczny, udawanie, że ich nie ma, czy to ludobójstwo, konflikty między narodami, grupami etnicznymi. Region Eurazji jest wielkim tyglem kulturowo-narodowościowym, co potencjalnie często bywało i ciągle bywa zapalnikiem konfliktów i wzajemnej nienawiści. Nie pomogło temu sztuczne ustalanie granic. Są jednak i dobre przykłady – odkładanie zatargów na bok, pary mieszane, wspólne budowanie historii. Możemy poznać zarówno kraje będące właściwie pod władaniem dyktatorów, jak i te, gdzie podejmowane są próby demokratyzacji społeczeństwa.

W 1995 roku prezydent Nazarbajew ogłosił referendum, na mocy którego jego kaencja została przedłużona, a zakres prerogatyw głowy państwa rozszerzony: obecnie wyłącznie on może zgłaszać poprawki do konstytucji, powoływać i odwoływać rząd, rozwiązywać parlament, według własnego uznania zgłaszać referenda oraz wyznaczać zwierzchników administracji regionów i miast.

Zadziwiająco często wspominano z melancholią, czasami wręcz rozczulenie czasy ZSRR, jak wtedy było im dobrze i bezproblemowo. Czasami wspomnienia dotyczyły zaskakujących aspektów:

– Ja tam lubię sowieckie filmy – odezwał się stary Rosjanin. – No wiecie, takie o miłości, przyjaźni i honorze. W Hollywood to sama przemoc i seks, i głupia fabuła… Jakby robili filmy dla idiotów. Można by pomyśleć, że Amerykanie to kulturalni ludzie. A tu proszę. Same tłuściochy, a sądząc po ich filmach, kretyni. Bez obrazy – zwrócił się do mnie – ale mamy tu powyżej uszu hollywoodzkich filmów.

Książka ta oferuje nam błyskawiczną podróż razem z autorem, doświadczanie tego, co i on doświadczył, ale miałam nieodparte wrażenie, że moja wiedza pozostała na poziomie powierzchownym, nie dotarłam głębiej w jej rozwoju. Możemy poznać sporo różnych informacji, ale jak opisać tak wiele różnorakich miejsc  i ludów dogłębniej na 410 stronach? Nie jest to przecież możliwe. Jest to dobry start do dalszego poznawania Eurazji, również od bardziej ludzkiej strony – autor opisuje swoje relacje z napotkanymi osobami, wspólne biesiady, podróże, tańczenie. Używa prostego języka, bez zbytniego ozdabiania tekstu, relacjonuje co przeżył. Niezależnie od kraju powtarzała się uwaga, która niezmiernie mnie bawiła, a którą Jeffrey musiał wysłuchiwać chyba kilkadziesiąt razy:

Wyszliśmy razem na korytarz, gdzie wypytał mnie o wojnę w Iraku i o prezydenta Busha (oraz o to, czemu Amerykanie dwa razy obrali „takiego durnia” głową państwa.

Polecam osobom zainteresowanym tym regionem, a które jeszcze zbyt wiele na jego temat nie wiedzą. Tutaj razem z autorem podczas tańcu w dyskotece spotkacie przedstawicieli mniejszości i większości i będziecie mogli poznać wersje obydwóch stron. Mnie się podobało, jednak w porównaniu chociażby do książek Wojtka Góreckiego, to książka Taylera jest słabsza, mniej interesująca i wciągająca. A może to tylko Polak lepiej rozumie realia tego regionu? Sprawdźcie sami!

Recenzja dla serwisu Na Kanapie.

„Gaumardżos. Opowieści z Gruzji” – Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller

Wydawnictwo: Świat Książki, 2011

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 388

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

*****

Stali czytelnicy bloga zapewne pamiętają moje zachwyty książkami Wojtka Góreckiego, dzięki którym miałam okazję poznać bliżej kraje wcześniej dla mnie mocno tajemnicze, czyli kaukaskie. Powolutku coraz więcej wiem o tym regionie (chociaż mam świadomość tego, że to wiedza ciągle niewielka i amatorska), najbardziej zainteresowała mnie Gruzja. Dlatego byłam bardzo zadowolona, że to akurat do mnie trafiła ta książka.

„Gaumardżos. Opowieści z Gruzji” to jak najbardziej subiektywne i nieformalne opisy wrażeń dotyczących tego kraju, które zebrali Państwo Mellerowie. Są oni związani z Gruzją już dobrych kilka lat. Pan Marcin w 1992 roku był tam po raz pierwszy – jako korespondent wojenny. Tam znaleźli później cudownych przyjaciół, tam brali ślub, bywają w Gruzji regularnie. Przeżyli w trakcie swoich pobytów niesamowitą ilość przygód, które bardzo mocno związały ich z tym krajem i jego mieszkańcami.

W swojej książce poruszają wiele tematów, serwują nam miksturę złożoną z rozbawienia, zdumienia, strachu, przyjaźni, szacunku i wielu innych uczuć. Zresztą sama książka jest również złożona z różności – trochę reportażu, trochę osobistych opowieści i wspomnień, trochę wprowadzenia do historii i kultury, trochę anegdotek. Nawet książką podróżniczą jest ją trudno nazwać, bo nie w pełni – według mnie naturalnie – kwalifikuje się do tego gatunku. Chyba najprościej byłoby stwierdzić, że to subiektywny opis przyjaźni autorów z Gruzją 🙂

W książce zawarli oni bogaty przekrój wydarzeń i wspomnień, opisali tak ważne aspekty, jak historia, wydarzenia polityczne, kultura, religia, relacje rodzinne, relacje męsko-damskie, opisy geograficzno-społeczne i wiele innych. Ich narracja sprawia wrażenie całkowicie naturalnej i zupełnie subiektywnej. Jednak z tekstu widać, że pisząc książkę opierali się także na różnorakich źródłach bibliograficznych. A i tak największe wrażenie robią opisy – czy to sutry, niesamowitej uczty, którą wyprawia się dla gości, czy też otwartości i gotowości do przyjaźni, którą spotkali u Gruzinów, czy też zagrożenia życia, którego doświadczył Pan Marcin. Z zapartym tchem czytałam opisy biegu pod ostrzałem snajperskim, czy prób uratowania tonącego statku i życia pasażerów!

„Gaumardżos…” czyta się właściwie jednym tchem. Bo całość napisana jest bardzo ciekawie i jak dla mnie przekonująco. A na dodatek autorzy nie próbują się zgrywać na specjalistów czy jakieś wydumane typy intelektualne 😉 Piszą wprost o ciągnących się przez cały dzień ucztach, na których alkohol lał się strumieniami, o tym, jak wszyscy – włączając gruzińskiego kierowcę – pijani wsiadali do auta, bo trzeba było wrócić do domu, o swoich zderzeniach z kulturą Gruzji. A wydaje się ona być bardzo ciekawą i bogatą kulturą, pełną żywych do dzisiaj tradycji. Bardzo przypadła mi do gustu np. tradycja wznoszenia długich i przemyślanych toastów (niektórzy mistrzowie potrafią dochodzić do wygłaszania toastów trwających 30 minut!), wspólnego śpiewania w trakcie uczt i to śpiewania pieśni tradycyjnych (kultura folkowa jest w Gruzji ciągle bardzo popularna!), niewyobrażalna wręcz gościnność Gruzinów (czytając opisy naprawdę można dojść do wniosku, że ta słynna polska gościnność, to nic przy gruzińskiej!), dzielne kobiety, które od wieków scalają rodziny i całe społeczeństwo.

Możemy także poznać losy kraju – od tego, co działo się wieki temu, przez okupację ZSRR i zatargi z Rosją, aż do historii najnowszej. Mnie na przykład bardzo wzruszył los studentów, którzy postanowili zaprotestować przeciwko władzy porywając samolot lecący do Batumi, a którzy to skończyli tragicznie. A Gruzini wyłaniający się zza kart tej książki to naród dumny ze swego kraju, swych tradycji, historii, przyjacielski, gościnny do obłędu, rozśpiewany, roztańczony, pomocny i opiekuńczy. A te opisy uczt gruzińskich! Ślinka aż ciekła, gdy czytałam o serwowanym jedzeniu, a już podwójnie przy oglądaniu zdjęć. Jednak nie tylko o przyjemnych rzeczach piszą Państwo Mellerowie. Są też informacje o wojnie, okupacji, morderstwach politycznych, niechęci Gruzinów w stosunku do Rosji oraz do niepodległości dwóch regionów, którzy oni uważają za gruzińskie. Nie jest to więc laurka, chociaż widoczne jest zauroczenie autorów tym krajem 🙂

A w dodatku książka jest bardzo dobrze wydana! Masa przepięknych zdjęć, przyjemny papier, na wewnętrznych stronach okładek znajdują się dwie mapy – Gruzja oraz regiony Gruzji. To wszystko znakomicie uprzyjemnia czytanie.

Bardzo mi się ta książka podobała, świetnie sprawdziła się w roli książki „podróżnej”, nawet nie zauważyłam kiedy byłam już na miejscu! A w połączeniu z wrażeniami z poprzednich lektur, zdecydowanie zachęciła mnie do przynajmniej jednej wizyty w tym kraju. Chociaż mniej mnie korci wyjazd czysto turystyczny, najchętniej spakowałabym się i dołączyła do Państwa Mellerów w następnym ich wyjeździe 🙂 Bo chciałabym poznać taką właśnie Gruzję, a nie tą z okien hoteli i ze słów przewodników.

Polecam wszystkim osobom ciekawym świata, szczególnie tego właśnie kraju oraz tym, którzy lubią opisy życia, tradycji, przeżyć oraz wrażenia „zwykłych” ludzi, a nie specjalistów tego regionu.

Książkę otrzymałam do recenzji od portalu Lubimy Czytać.

„Zrób sobie raj” Mariusz Szczygieł

Wydawnictwo: Czarne, 2010

Oprawa: miękka

Ilość stron: 283

Moja ocena: 6/6

Ocena wciągnięcia: 6/6

*****

Przyznaję bez bicia – do tej pory wiedziałam o Czechach mniej więcej tyle, co przeciętny Polak, więc raczej niewiele – piwo, śmieszne filmy, zabawny język, Praga, knedle. Pragę nawet miałam wieki temu okazję odwiedzić, ale jako osoba wtedy młodziutka i jeszcze głupiutka, zwracałam uwagę głównie na to, jakie to miasto jest ładne. Wiedziałam też o tym, że pretendują do jednego z najbardziej ateistycznych krajów świata. I tyle… Dlatego też lektura książki „Zrób sobie raj” zagwarantowała mi naprawdę wiele niespodzianek! Nasi sąsiedzi, Słowianie, jednak pod wzgledem mentalnym, obyczajowym, kulturowym są od Polaków oddaleni o lata świetlne!

Najnowsza książka Mariusza Szczygła to opowieść o Czechach, jako narodzie pełnym poczucia humoru, radosnym, pogodnym, nie znającym czegoś takiego, jak tematy tabu, autoironiczny oraz ateistyczny. Jednocześnie jest to naród, który wydaje się zrobić wszystko, byleby tylko było przyjemnie, lekko, niestresowo, dla którego cierpienie jest niemile widziane, a wręcz społecznie nieakceptowane, w którym nieliczne osoby wierzące boją się przyznawać do swej wiary, by nie zostać usuniętym przez znajomych w cień zapomnienia. Naród urzekający, naród dziwny, naród intrygujący. Społeczeństwo, które w związku z niewiarą w raj po śmierci, próbuje sobie stworzyć raj na ziemi. Czy jednak może być to próba udana? Czy można stworzyć raj na ziemi bez utracenia części człowieczeństwa? Przeczytajcie i sami zadecydujcie!

Najpierw mamy okazję poznać czeskich artystów, mocno wydawałoby się awangardowych. Są fotografik Jan Saudek, pisarz Egon Bondy,pisarka i artystka kabaretowa Halina Pawlowska oraz rzeźbiarz Davidz Cerny. Cóż za fascynujący zbiór! Osobowości silne, barwne, pełne czasami kontrowersyjnych poglądów. Artyści, którzy w tworzyli i tworzą historię kultury czeskiej. Kochani, znienawidzeni, opluwani i wielbieni. Artyści, którzy – mam wrażenie – w Polsce skazani byliby na niebyt. Bo nie wierzę, że można byłoby gdzieś w Warszawie ustawić taką rzeźbę: dwóch mężczyzn sikających na mapę Polski. Albo publikować fotografie w stylu podobnym do tego, który prezentuje Jan Saudek. Czesi bez tabu i pełni autoironii…

Sześćdziesięciosiedmioletni Jan Saudek (…) siedzi na skórzanej kanapie w okularach przeciwsłonecznych i czerwonej koszuli. Wygląda na pozera, ale zaraz wyjaśnia, że gdyby nie farbował włosów, nie miał okularów i nie ubierał sie na czerwono, byłby brzydki, stary i nijaki.

Następnie poznajemy Czechów od strony duchowej. Czechy to kraj, w którym katolicki biskup dużej wielkomiejskiej parafii pełen dumy ogłasza, że w ubiegłym roku miał rekordową liczbę pięciu chrztów w swojej parafii. W którym większość ludzi nie ma żadnych ciągot religijnych, nie ufa wierze i wyznaje pogląd, że wiara nie jest im do niczego potrzebna, a dobrym warto być, bo to się opłaca i tyle. Gdzie głęboka religijność powoduje zdumienie i brak zrozumienia. Gdzie wizyta Papieża to głównie pretekst do żartów albo oskarżeń, a parafie przygotowują wiernych na przyjazd Papieża poprzez codzienne wysyłanie do nich sms-ów z myślami Benedykta XVI.

– Ten Papież ani trochę nie różni się od waszego – mówi.

– A powinien? W czym miałby być inny? – dopytuję.

– Taki sam ludobójca jak wasz.

– Słucham?!

– No ktoś, kto nie pozwala na prezerwatywy w Afryce, nie może być inaczej nazwany.

W którym coraz mniej ludzi urządza swoim bliskim pogrzeb (lub chociaż tylko odbiera urnę z prochami bliskich z krematorium!), bo to według nich zbyt wiele cierpienia.

Podali niedawno, że w Pradze już połowa zmarłych nie ma żadnego pogrzebu. W całym kraju liczba pogrzebów spada lawinowo.

Ja bym powiedział, że to jest nasz indywidualizm. Czesi są wielkimi indywidualistami. W przeciwieństwie na przykład do Polaków, którzy są stadni, którzy są niewolnikami zwyczaju i tradycji.

Społeczeństwo tak rożne od polskiego, fascynujące dzięki tym właśnie różnicom. Ciekawe, jakby to było pomieszkać między nimi jakiś czas…

A na koniec widzimy nasz naród w czeskich oczach. Odbicie niekoniecznie dla nas pochlebne. I to niekoniecznie już ze względu na historię, bo widzimy się w oczach ludzi młodych lub w średnim wieku. Jacy jesteśmy jako naród? Dla części z nich jesteśmy narodem, który chciałby być widziany jako najbardziej prześladowany naród na świecie. Jako naród stadny, jednocześnie tą standością skrępowany. Jako naród poważny, lekko przewrażliwiony na swój temat, z niedużym poczuciem humoru. Generalnie obraz Polaka w oczach Czechów będzie dla dużej części z nas gorzką pigułką do przełknięcia.

Całość okraszona jest jeszcze komentarzami autora, jego przemyśleniami, wrażeniami. On też dzieli się z Czechami wizją polskiego narodu, podobnie – dla części Polaków – gorzką do przełknięcia, jak ta czeska…

(…) bo w jednym oku siedzi nam etos, a w drugim patos.

Niekiedy Czechom wyjaśniam, że w Polsce od tych słów zdrobnień nie mamy (dopisek recenzentki – od słów: spokój, miejsce, kosmos), bo każde społeczeństwo zdrabnia to, co chce obdarzyć czułością. My w Polsce mamy więc zdrobienie od słowa „wódka”.

(…) nasz naród do życia nie potrzebuje na przykład autostrad i dlatego prawie ich nie mamy. Nasz naród do życia potrzebuje nieszczęscia. Dopiero, kiedy pojawia się nieszczęście – nieudane powstanie warszawskie czy inna klęska – jesteśmy kimś. Krzywda nas wywyższa ponad inne narody. Polska kultura jest kulturą nekrofilską. (…) Polacy są więc lepsi w celebrowaniu pogrzebów i klęsk niż sukcesów.

Jak zwykle, gdy stykamy się z inną, a na dodatek mocno różniącą się od naszej kulturą, wtedy nagle widzimy własną kulturę jaśniej, bardziej przejrzyźcie i zrozumiale. Widzimy siebie poprzez porównanie do innych. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że te opinie mają w sobie całkiem sporo racji…

Autor bardzo sprawnie operuje piórem, całość wciąga, uwodzi, nie wypuszcza nas spod swego wpływu aż do końca czytania (a właściwie jeszcze dłużej!). Opowieść jest barwna, soczysta, pełna życia. Widać zamiłowanie autora do czeskiego narodu, jednak widać też, że nie jest ono zamiłowaniem bezkrytycznym. Autor zastanawia się nad losami Czechów oraz ich przyszłością. Dzieli się z nami swoimi przeżyciami i wrażeniami, zaprasza do poznawania Czechów razem z nim. Bardzo sprawnie napisany reportaż, stawiający wiele pytań, niezmiernie ciekawy.

Polecam wszystkim „Zrób sobie raj”, jako książkę, która pomoże nam poznać lepiej naszych sąsiadów oraz samych siebie!

*****

Recenzja dla portalu Lektury Reportera

„Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciech Tochman

Wydawnictwo: Czarne, 2010

Oprawa: twarda

Ilość stron: 152

Moja ocena: 6/6

*****

Do niedawna nie miałam okazji poznać reportaży pisanych przez jednego z najbardziej znanych twórców reportaży, czyli przez Wojciecha Tochmana. Teraz już rozumiem skąd się biorą te wszystkie okrzyki zdumienia i zachwyty nad kunsztem pisarskim. I popieram je całym sercem, mimo tego, że autor jest bezkompromisowy i pisze tak, że czytanie boli…  Nie umiem jednak napisać „profesjonalnej” recenzji tej jakże ważnej i bardzo dobrze napisanej książki, będzie to więc garść luźnych przemyśleń z nią związanych. Z góry przepraszam, jeżeli wyjdzie chaotycznie i długo, ale poruszyła mnie ona bardzo i – mimo, że upłynęło sporo dni od jej przeczytania – ciągle jestem pod jej wrażeniem.

O ile dobrze pamiętam, to jakieś wiadomości o ludobójstwie w Rwandzie widziałam już w telewizji w czasie, w którym to się działo. Oraz oczywiście już później, kiedy wszelkie komisje rożnej maści zaczęły dochodzić tego, co tam się wydarzyło i pojawiła się nowa fala zainteresowania medialnego. Było to dla mnie wstrząsające, ale wtedy jeszcze niezbyt interesujące.

Jednak traf chciał, że obejrzałam film o tych wydarzeniach – „Hotel Ruanda”. Niesamowity, momentami odbierał mi dech. Niedawno czytałam książkę „Sto dni” Lukasa Bärfussa (TUTAJ). A jakiś czas wcześniej zaczęłam czytać to i owo o tej niesamowitej masakrze i próbowałam zrozumieć, co nawaliło, jak mogło się coś takiego przydarzyć. Jak mogło dojść do tego, że w jednym kraju jedna grupa społeczna w ciągu 100 dni wymordowała milion przedstawicieli drugiej grupy społecznej. A to wszystko przy przyzwoleniu i pomocy rządu, ze wsparciem różnych krajów z całego świata, a przy właściwie biernej obserwacji pozostałych.  I nie mówimy o zamierzchłych wydarzeniach, o nie! Przecież to był rok 1994, koniec XX wieku! Gdy wpiszecie w Google „ludobójstwo w Rwandzie” zobaczycie tysiące przeraźliwych zdjęć dokumentujących te wydarzenia, bo przecież to jedna z największych masakr, które odbyły się tak niedawno! I cały czas chodzi mi teraz po głowie kilka pytań – dlaczego to się wydarzyło? Dlaczego niektóre kraje (nawet europejskie) pomagały w trenowaniu zabójców, dostarczaniu broni? Dlaczego tylko obserwowaliśmy te mordy, a właściwie nic nie zrobiliśmy? Dlaczego tak łatwo kraje europejskie dzięki którym powstała tak wyraźna segregacja i nienawiść udały, że nie wiedzą o co chodzi? Przerażające… Do tego dochodzą inne pytania – dlaczego Hutu zrobili to Tutsi? Dlaczego sąsiedzi zabijali sąsiadów, a członkowie rodzin występowali przeciwko sobie? Dlaczego bez mrugnięcia okiem mordowano wszystkich, bo mieli w dowodzie „Tutsi”, albo wyglądali „nie tak”? Skąd się w ludziach bierze taka nienawiść pochodząca z małych spraw? Dlaczego ktoś postanawia zabić kogokolwiek?

W swojej książce Wojciech Tochman próbuje z jednej strony zanalizować, co się stało i dlaczego, z drugiej strony poznać funkcjonowania umysłu ludzkiego i społeczeństwa, sytuację, która do tego ludobójstwa doprowadziła. Spotyka się z ofiarami, mordercami, świadkami wydarzeń. Opisuje miejsca rzezi, muzea i pomniki upamiętniające zagładę. Ale pisze też o próbach zapomnienia o tej tragedii, o próbach dalszego życia razem, znalezienia sensu w życiu. Język jest surowy, oszczędny, podkreśla sytuacje opisywane w książce.

Nie umiem o tym pisać, zbyt jest to bolesne i niezrozumiałe. Po przeczytaniu pierwszych dziesięcu stron musiałam książkę odłożyć do następnego dnia, nie potrafiłam czytać dalej. Potem udało mi się do niej wrócić, ale dawkowałam sobie ją małym porcjami. Bo jak tu czytać o rządzie kupującym tysiące maczet, z wyprzedzeniem planujący rzeź mieszkańców własnego kraju? Albo o części z misjonarzy, którzy zamiast ratować i pomagać sami zarzynali bezbronnych? O dzieciach mordowanych na oczach matek? O córkach gwałconych na oczach babek kawałkiem drewna? O odrzuceniu ofiary gwałtu, której mimo wszystko udało się przeżyć, poza nawias społeczeństwa? O Rwandzie, która kilkanaście lat po ludobójstwie jest przeraźliwie biednym i zniszczonym kraju?

Chorych nie leczą lekarze. W ośrodkach zdrowia zwykle ich nie ma. Są pielęgniarki, jedna na trzy tysiące mieszkańców. Lekarze pracują w nielicznych szpitalach. Nie ma wśród nich wielu specjalistów. W całym kraju jest jeden laryngolog. Operacje kardiologiczne i onkologiczne przeprowadza się jedynie za granicą. Z braku pieniędzy zwykle nie wykonuje się ich wcale. Dentyści? Jest kilkunastu, zwykle nie mają sprzętu ani preparatów koniecznych do pracy.

W książce omawiane są różne opinie. Również taka, że przed przybyciem „oświeconych” białych trzy grupy społeczne funkcjonowały razem – nie na równych zasadach, ale każdy te zasady znał, rozumiał, nie było ślepej nienawiści między grupami. Mało tego – każdy miał szansę „przejść” z jednej grupy do drugiej. Czy to przez małżeństwo, czy przez inny przypadek. Jednak z nadejściem europejczyków pojawiły się jednak dowody osobiste, w których zaczęto umieszczać informację kto do jakiej grupy należy. A na dodatek biali przez lata faworyzowali jedną z grup, bo:

Ktoś, kto jest wysoki i piękny, nie może być czarny. Spostrzeżenia białego – jak sądzą niektórzy w dzisiejszej Rwandzie – były początkiem tego, co niewyobrażalne. Były jądrem rasizmu.

Nie umiem tego zrozumieć, ale jednocześnie chcę wiedzieć. Chcę wiedzieć, co dookoła mnie się działo i dzieje. Chcę wiedzieć do czego – w sensie pozytywnym i negatywnym są zdolni ludzie mnie otaczający. I dlatego dalej będę czytała reportaże i starała się poznać ten świat również dzięki temu środkowi przekazu. A Was – z powodu mej niemożności opisania tego reportażu pióra znakomitego autora – zostawię z garścią cytatów i mym podsumowaniem…

– Ścięli nas wszystkich – usłyszeli wreszcie. – Sąsiedzi. Mamę, tatę, braci też, i siostry. Było nas dziesięcioro. Jeszcze babcię, ciotkę i jej dzieci, wszystkich ośmioro. Leżałem pod nimi chyba tydzień. Bez ruchu, powietrza, wody. Piłem sok, który z nich wypływał.

*****

Bo zdarzało się u nas i tak, że dorastający chłopcy na rozkaz morderców gwałcili swoje matki. Ścinali syna, kiedy penetrował ciało tej, która dała mu życie.

*****

Choroba (AIDS – dopisek własny) zaatakowała kilka dni potem. Pożegnałam się z synem. Zakonnica obiecała, że się nim zajmie. Była jak Matka Boska. Tyle że zgwałcona.

*****

– Tu jest grób.

– Tu znosiliśmy ciała. Przez cały dzień. Ślizgałem się na mózgach. Bezcześciłem te zwłoki. Rzygałem na nie. Nie było wyjścia.

Moim zdaniem należy o tym wiedzieć. Nie możemy udawać, że dookoła nas nic się nie dzieje. Musimy się uczyć z historii naszego rodzaju. Uczmy się i mądrzejmy, dojrzewajmy, by takie masakry już się nie zdarzały… Przeczytajcie.

PS. Wybrałam mniej masakryczne zdjęcia, przy okazji niestety oglądając chociażby pobieżnie masę innych. Jeżeli są dla Was zbyt mocne – przepraszam.