Odważyć się na zmiany

17273247_10154133802411076_1420105518_o

Po wpisie „Rok zmian, czyli o tym, dlaczego 2016 był ważny!” ruszyła lawina wiadomości, maili, dziesiątki różnych, bardzo pozytywnych reakcji. Spodziewałam się ich, jednak skala i tak bardzo pozytywny odbiór przerosły me przewidywania! Pisaliście o tym, jak bardzo był to pozytywny, inspirujący, motywujący wpis, dzieliliście się doświadczeniami, zdarzały się wręcz podziękowania za to, że go napisałam! Przez kilka dni po publikacji chodziłam z uśmiechem na twarzy. Nagle odezwała się też Danuta Awolusi, która w swojej książce – „Odważona. Dziewczyna minus 70 kg” podzieliła się swoją historią. Danka zaproponowała mi lekturę i sprawdzenie, na ile nasze historie się pokrywają. Oczywiście się skusiłam i w konsekwencji powstaje ten wpis. Nie recenzja, ale półosobisty wpis inspirowany książką.

Ale najpierw krótko na jej temat – „Odważona” to opis dorastania do zmian, procesu wprowadzania ich w życie, konsekwencji, jakie przynosiły, roli psychiki, sportu, wsparcia, niebezpieczeństw, jakie pojawiają się na drodze osoby zmieniającej takie nawyki. Do tego oczywiście sporo o jedzeniu i innych aspektach praktycznych. Generalnie całościowy opis procesu przechodzenia przez zmiany. Tylko trzeba mieć świadomość tego, że to jest historia Danusi, nie można jej traktować uniwersalnie, bo każdy z nas ma inne potrzeby, cele, możliwości i ograniczenia. O czym zresztą sama autorka wielokrotnie wspomina. Jeżeli więc traktujemy tę książkę jako inspirację, to pewnie, świetna sprawa, bo ukazuje, że naprawdę wiele jest możliwe (i opisane jest to realnie, bez hurraoptymizmu i ukrywania ciemniejszych stron takich zmian), tylko nie zagalopujmy się i nie przekładajmy metod 1:1, sprawdzajmy, co jest dobre dla nas.

A w szczegółach?

W szczegółach to wielokrotnie chciałam krzyknąć „to o mnie!”. Mimo tego, że Danusia schudła 70 kg, ja na razie jakieś 15 kg (docelowo chcę dobić mniej więcej do 20 kg), to jednak droga, przez którą się przechodzi jest podobna. A już procesy psychiczne bywają wręcz identyczne!

Na początku lektury wyłapywałam głównie różnice, ciekawe, czy dlaczego. W każdym razie widzę, że Danusia była (jest?) o wiele bardziej rygorystyczna. Ja po pierwszych miesiącach bardzo ostrego przestrzegania narzuconych sobie przez siebie samą zasad i po pierwszym potężnym kryzysie psychicznym trochę odkręciłam śrubę. Przez to chudnę baaaardzo wolno, ale – na razie? – nie mam już takiego ciężaru psychicznego, jest mi łatwiej traktować te zmiany jako nowy styl życia, niż właśnie „dietę” (do czego miałam tendencję wcześniej). Teraz postrzegam te zasady bardziej jako coś, co przyniosło mi nowy komfort życiowy i co ma zostać ze mną na zawsze. Ma być gorsetem, który trzyma mnie „w formie”, jednak nie takim, który nie daje mi odetchnąć pełną piersią. Na początku właśnie taki sobie założyłam i w konsekwencji był solidny trach! Boleśnie nauczyłam się tego, że dietetycy i inni specjaliści nie od kozery twierdzą, że tzw. „cheat meal” jest zdrowy dla psychiki, że nie ma się co pałować tym, że zjadło się coś zakazanego. Trzeba się mentalnie „otrzepać” i dalej robić dobrą robotę. Nie ustawać. Gorsze momenty zdarzać się będą zawsze i tylko nie możemy dopuścić do tego, by zawaliły one całość. Zauważać, analizować i wracać na dobre tory, to według mnie element sukcesu.

Druga różnica to podejście do pomocy – czy to do specjalistów, czy do wsparcia bliskich czy przyjaciół. Owszem, ja na początku też nie trąbiłam o zmianach na prawo i lewo (chociaż wiedziały o nich dwie bliskie osoby), to jednak nie czułam takiego oporu, by o tym rozmawiać, gdy była odpowiednia okazja czy padały pytania. Dla mnie wręcz wsparcie bliskich było niezbędne, bez nich już dawno rzuciłabym to w kąt przy pierwszych ciężkich chwilach. Widocznie nie mam aż tak silnej psychiki lub jestem bardziej nastawiona na pozyskiwanie bodźców również z zewnątrz, motywacja wewnętrzna nie była dla mnie wystarczająca. Z pomocy dietetyka nie korzystałam, jednak obserwuję w ciągu ostatnich lat bardzo fajne zmiany u moich znajomych, którzy do takich specjalistów chodzą i to pewnie, jak ze wszystkim – trzeba trafić dobrze. Ja sama niedługo wybiorę się do specjalisty, który zajmuje się 3 czy 4 z moich znajomych, bo chcę z nim przedyskutować różne kwestie (a niestety Internet daje tyle różnych odpowiedzi, że nie jestem w stanie samodzielnie przesiać, co z tego należy do śmieci, a co nie) + chcę porozmawiać o tym, dlaczego waga od pewnego czasu prawie stoi w miejscu (pewnie muszę wkroczyć na kolejny etap lub wprowadzić kolejne zmiany, może popełniam jakiś błąd). Jestem bardzo ciekawa tej wizyty!

Kolejna różnica, to podejście do niektórych produktów – część z nich Danka widzi jako zło, a ja jako coś, co może spożywać, byle w sensowny sposób, a część odwrotnie. No, ale to akurat zupełnie normalne, wszyscy to dobrze znamy!

A podobieństwa?

  1. Postrzeganie „gotowców” – przetworzone produkty, to w potężnej większości zło i świństwo. Składy wołają o pomstę do nieba! Wszędzie cukry (te wszystkie syropy, fruktozy i inne formy cukru), wszędzie dużo za dużo soli, najgorsze tłuszcze, a do tego mnóstwo „polepszaczy smaku” i utrwalaczy. Jedno wielkie fuj i rzecz do trzymania się z daleka. Ja również, jak i Danka staram się spożywać jak najwięcej rzeczy, które przygotowuję samodzielnie. Do tego dochodzą produkty, które mają jak najczystszy skład. Oczywiście, nie uniknę produktów przetworzonych (chociażby dlatego, że jadam na mieście, czy ze względu na to, że czasami mam zachciewajki), jednak robię wszystko, by było ich jak najmniej. A już zdecydowanie wykluczyłam wszelkie masowe mieszanki przypraw, sosy etc. Całe szczęście bez większego problemu można dostać przyprawy i zioła bez dodatków, część można też uprawiać samodzielnie (przyznaję, że tego już mi się nie chce robić). Świeże owoce i warzywa to podstawa mojego żywienia. Do tego dobre mrożonki i kiszonki. Trochę kasz, zero makaronów (z wyjątkowym pałaszowaniem od czasu do czasu jakiegoś razowego), praktycznie zero pieczywa, jajka „ze wsi”, sporo kasz. Jeszcze dużo mogłabym zmienić na lepsze, jednak i tak jestem zadowolona, ja, moje psyche i moje ciało.

  2. Nie wpadłam tak głęboko w sport, zresztą przy Danusi to ja jestem leniwą kluchą, bo moje ćwiczenia są krótkie i zdecydowanie mniej wymagające od jej. Jednak tak samo doceniamy wagę aktywności fizycznej. Sorry resory, bez wprowadzenia ruchu nie da rady. Owszem, można schudnąć tylko trzymając dietę. Tylko co się stanie, gdy ją skończymy? Bo diety przecież z założenia się kiedyś kończą. No właśnie, dobrze to wszyscy znamy – mniej lub bardziej wracamy do poprzedniego stanu i tyle. Zresztą nawet z drakońską dietą zejdziemy tylko do pewnego stanu, dalej już nie. Sport pomaga w utracie wagi, ma wpływ na metabolizm i generalnie na całokształt naszego funkcjonowania – zarówno ciało, jak i mózg i duszę. Nie chodzi o to, by się katować godzinami na siłowni, tylko by znaleźć taką aktywność fizyczną, która jest odpowiednia dla nas, pomaga nam realizować cel. Zresztą jeżeli znajdziemy coś, co będzie dla nas fajne, to sami się automatycznie wkręcimy. A wybór jest olbrzymi, niekoniecznie trzeba też chodzić na siłownę (nigdy mnie tam nie widziano, ćwiczę w domu!). Jeżeli nie chcecie korzystać z pomocy specjalisty, to skorzystajcie z Internetu, naprawdę jest masa dyscyplin, zasobów, z których możecie skorzystać, YouTube jest zalany przez filmy z instrukcjami i ćwiczeniami. Poza tym aktywność sportowa pomoże nie tylko mięśniom, ale i skórze (co ma znaczenie przy większej utracie wagi) i generalnie wspomoże zmiany na lepsze.

  3. Zachwyt, gdy w końcu nie musisz być skazana na jeden sklep i 3 sklepowe półki z ciuchami. Gdy zaczynasz się mieścić we wszystko, gdy każde miejsce stoi dla Ciebie otworem! Pamiętam moje szczęście, gdy zaczęły mi się zmieniać rozmiary. Gdy pierwszy raz od lat weszłam w sukienkę rozmiar M (a ostatnio nawet S!), gdy przestałam się ograniczać do wyszukiwania 1-2 marek w każdym centrum handlowym. Cóż to za cudowne uczucie! Chociaż ma też mroczniejszą stronę – ciągle che mi się nowych ciuchów, zbankrutuję niedługo! Inna sprawa, że też ciągle potrzebuję nowych ubrań, bo nawet te z ubiegłego roku przecież już są za duże, więc non-stop odkrywam: potrzebuję spodni, bluzki, spódniczki, sukienki, płaszczyka, żakietu, bielizny, a nawet… butów. Wszystkiego! Sponsor zmian potrzebny od zaraz 🙂

Ale największe podobieństwo, to podobieństwo psychiczne i postrzegania samych siebie. Tutaj co chwile w duszy wołałam „to o mnie, to o mnie!”. Zadziwiające, jak wiele podobieństw jest „wkonstruowanych” w mózgi grubych ludzi. Jak bardzo czujemy się gorsi, społecznie odrzuceni, niechciani, ciągle na cenzurowanym (znowu je! Zobacz, co ona je! Zobacz, jak ona wygląda! O matko, jaki grubas!), pod jaką ciągłą presją jesteśmy. Niewiarygodne, że żyjemy tak całymi latami. Nic właściwie dziwnego, że wielu otyłych ludzi w konsekwencji chowa się w domach i zajada kolejne upokorzenia. Jak wiele odwagi i motywacji potrzeba, by dojrzeć do zmian, a o ile więcej ich potrzeba, by je wprowadzić w życie i w nich wytrwać. Danusia pisze o tym, jak to chodziła biegać nad ranem, byle nie spotkać nikogo na ulicy, bo czuła, że w duchu te osoby będą ją oceniać, wręcz wyśmiewać to, że „gruba udaje, że biega”. Wspomina też o tym, że m.in. dlatego czuła tak duży opór przed dzieleniem się z innymi informacją o zmianach, bo czułaby się na nowo oceniana, szczególnie oceniana z oczekiwaniem na porażkę, kiedy się podda, kiedy nawali. Bo przecież grubi zawsze nawalają, inaczej by się tak nie spaśli.

Danka pisze też o tym, jak powoli zmienia się psychika osoby grubej, że grubym się – mentalnie – nawet latami po odchudzeniu. Patrzymy w lustro i nadal widzimy grubaska, nadal się kontrolujemy, bo przecież „grubym nie wolno/nie wypada/nie powinni”. Zawsze nas zaskakuje fakt, że mieścimy się w jakiś ciuch, że nie musimy zmierzać w stronę działu „plus size”. Nie ma zupełnego luzu, zawsze gdzieś tam w głębi pali się czerwona lampka. Nad postrzeganiem siebie i własnego ciała trzeba pracować latami, a zmiany nie są łatwe, to raczej skomplikowany i bolesny proces.

17310410_10154137463406076_101964862_o

Autorka nie boi się też poruszać tematów, które właściwie są tabu dla większości, przez część osób uważane są za obrzydliwe: nagość grubych ludzi i seks.

Nagość jest dla większości z otyłych ludzi koszmarem. Bo przecież społeczeństwo przez kilkadziesiąt lat dosadnie danej osobie pokazało, że gruby jest brzydki, czasami obrzydliwy. Więc jak tu się swobodnie pokazać nawet nie tyle nago, co chociaż w kostiumie kąpielowym? Pobyt na plaży często wiąże się ze stresem, bo przecież ludzie będą nas oceniać (patrz: w głębi duszy wyśmiewać), a czasami jakiemuś szczeremu dziecku jeszcze się wyrwie „popatrz mamo/tato, jaka gruba pani!”. Po co to komu, może jednak lepiej posiedzieć w domu, z książką?

Seksualność grubych ludzi to już temat rzeka. Często przez ludzi otyłych zakopany „na wieczne niemyślenie”. Bo przecież nie zasługujemy na to, by się nami interesowano, w końcu jesteśmy grubi…

Czy grubej można pożądać? Czy gruba nago może się podobać? Czy gruba w ogóle podobał zadaniu? Czy ona sama może z seksu czerpać przyjemność? A przede wszystkim: czy gruba zasługuje na seks?

Te punkty – podejście do własnego ciała, do nagości w każdym jej aspekcie – to chyba największe wyzwanie do przepracowania dla każdej osoby, która w końcu chce się pozbyć wewnętrznych kajdan. Owszem, zmiana nastawienia społeczeństwa byłaby bardzo pomocna, ale chyba już zbyt mała ze mnie idealistka, by uwierzyć w to, że się dokona szybko. Pozostaje nam więc praca nad samym sobą i naszym nastawieniem do tych tematów. Wiem, łatwo się mówi, a cholernie trudno robi. Uwierzcie mi, sama nad tym wszystkim pracuję i jestem ciągle jeszcze na początku drogi. Jestem jednym wielkim workiem różnorodnych kompleksów, których przepracowanie potrwa lata. Ale wierzę, że można i że dam radę. A to już pierwszy krok do sukcesu!

Jak sami widzicie książka ta wzbudziła we mnie wiele refleksji i zmotywowała do tego, by pierwszy raz od wieków napisać coś na blogu. Może dlatego, że wiem, że dla wielu poszukujących osób może być motywatorem? Jeżeli ten mój styczniowy wpis mógł być, to ta książka tym bardziej. Jeżeli więc dorastacie lub dorośliście do zmian w swym życiu, ale szukacie motywatorów, powinowactwa dusz i doświadczeń, to sięgnijcie po nią, zobaczycie, że się da! Tylko musi być w Was wola walki i tony motywacji. Ale w końcu po co są cele, jeżeli nie po to, by je realizować? Będzie ciężko, będą łzy i pot, ale zawsze wtedy pytam siebie: czy na serio chcesz się poddać i dalej tak żyć? Dalej chcesz mieszkać w mentalnej klatce ograniczeń? I wtedy ruszam do przodu, bo nie, chcę wolności, chcę, by mi było dobrze. I chcę być zdrowa, a szczupłość w tym pomaga.

Polecam książkę Danki wszystkim tym, którzy chcą się zainspirować i zmotywować, szczególnie, że na jej końcu znajdziecie jeszcze kilka innych historii ludzi, którzy odnieśli podobnie imponujące rezultaty. Bo prawdziwie chcieć to móc!

 

Chorobowy stos

Część z Was widziała moje wczorajsze zdjęcie z prawą ręką w ortezie i na temblaku, które wrzuciłam na FB. Nabawiłam się jakiegoś przedziwnego zapalenia kaletek maziowych czy czegoś w ten deseń i wylądowałam z unieruchomioną ręką na zwolnieniu do końca tygodnia. Minimum! 😦

Mam więc czas, by przez pół dnia klepać w lierki i po jednej lierce, powoli, lewą ręką tworzyć wpis. Ale wybrałam mniej obciążającą notkę, czyli stosik. Tym chętniej, że wieki tu takowego nie było!

  • aktualnie czytany „Wodny nóż” Bacigalupiego – od Wydawnictwa Mag.
  • „Krew nie woda” Pawlak – prezent od autora.
  • „Dom po drugiej stronie lustra” Tait – prezent od pewnej blogerki.
  • „Zaginięcie” Mróz – od Wydawnictwa Czwarta Strona. Wczoraj doczytałam, teraz poczeka na opisanie.
  • „Srebrny orzeł” Kane – od Wydawnictwa Znak.
  • „Ember in the Ashes. Imperium Ognia” Tahir – od Wydawnictwa Akurat.
  • „Między młotem a piorunem” i „Raz wiedźmie śmierć” Hearne oraz „Księżyc nad Soho” Aaronovitch – pożyczone od Oisaja.

stos ksiazek

Szkoda tylko, że nawet czytanie książek średnio mi teraz idzie. Najlepiej na czytniku, więc korzystam i zczytuję swoje książki styczniowe. Ale powyższe też ciągną, więc kombinuję.

Jak Wam się podoba mój stosik?

PS. Uffff… szalenie męczące takie pisanie!

Kobiecy wieloksiąg (#3)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Dzisiaj mniej typowo. Dawno temu zaczęłam stosować notki typu „wieloksiąg” (tutaj i tutaj) i pomyślałam, że książki, które opisuję dzisiaj, łapią się na jedno wspólne określenie – „zdecydowanie dla kobiet”. A więc kobiecy wieloksiąg i tyle!

dolina spelnienia tan„Dolina spełnienia” – Amy Tan

Kiedyś bardzo chętnie sięgałam po książki tej autorki, więc postanowiłam wrócić i przetestować, czy nadal robią na mnie takie samo wrażenie. Ale albo ja się zmieniłam, albo ta książka średnio jej wyszła. Pierwsza połowa mocno schematyczna – ta rozkochana właścicielka domu publicznego, ta łatwość oszukiwania innych, to porzucone dziewczę, te jej przygody – wszystko to już było w innych książkach. Druga połowa już lepsza, ale za to przekombinowana. Jako lektura dla rozrywki było ok, ale chętniej polecę inne tytuły tej autorki, np. Klub Radości i Szczęścia.

*****

jezioro cierni zimniak„Jezioro cierni” Magdalena Zimniak

Bardzo długo nie mogłam się zabrać za opisanie tej książki, więc cieszę się, że chociaż teraz napiszę o niej kilka zdań. Całkiem interesujaca fabuła, jednakże momentami szwankujące wykonanie, trochę niewiarygodnych momentów, które wpłynęły na mój odbiór książki. Bardzo dużo silnych emocji, skomplikowane relacje między bohaterami, sporo psychologicznego podbudowania bohaterów oraz tajemnice z przeszłości – taki miks zafundowała autorka czytelnikom. Do przemyśleń o osądzaniu ludzi, ferowaniu wyroków, cierpieniu, szukaniu odpowiedzi na pytania z przeszłości. Tej autorki czytałam jeszcze tylko „Willę”, która podobała mi się bardziej od tej książki.

*****

wciaz czekam young„Wciąż czekam” Louisa Young

To była książka niespodzianka. Nie kupiłam, nie zamówiłam do recenzji, dostałam w prezencie. Nie znam poprzedniej książki tej autorki, ale jasnym dla mnie jest, że można czytać tę nie znając poprzedniej, zapewne tracimy pogłębione zrozumienie bohaterów, ale historia i tak jest zamknięta. Książka ta była dla mnie interesująca ze względu na temat „powrotu do normalności” po wojennych przeżyciach żołnierzy i ich kobiet. Nie czytałam jeszcze chyba nic na temat tego, jak żołnierze radzą sobie po zakończeniu walki, gdy po latach wracają do domu, a głowę mają pełną wspomnień wojny, utraconych przyjaciół, zabitych podkomendnych, okaleczonych towarzyszy broni. Dusza poszatkowana na wieki, jak tu wracać do codzienności? Pod tym względem to bardzo ciekawa lektura, ale coś mi szwankowało w tym wykonaniu. Żebym tylko wiedziała, co! Może to, że jakoś nie połączyło mnie nic z żadnym z bohaterów? Sama nie wiem.

*****

A teraz uciekam się pakować. Wracam dzisiaj do siebie, koniec leniuchowania u Rodziców 😦 Ale najpierw spotkanie z przemiłymi molami książkowymi i – w części – blogerkami!

Gra o życie ("5 sekund do Io" – Małgorzata Warda)

io ksiezyc

Samotna nastolatka. Osierocona, pozbawiona rodzinnego ciepła, rozdzielona z młodszą siostrą. Jej życiu od lat towarzyszą gry komputerowe. To dzięki nim zawierała i rozwijała bliższe związki, to one pozwalały jej budować relacje z ludźmi.

Aż pewnego dnia jest świadkiem tragedii. Do jej szkoły wpada uzbrojony chłopak, który rani wiele osób, a na oczach Miki zabija bibliotekarkę. A potem nagle okazuje się, że dziewczyna ma szczęście, znowu dzięki grom komputerowym…

Jakby emocji było zbyt mało, Mice zostaje zaoferowana możliwość wydostania się z domu dziecka oraz poświęcenia się niesamowitej grze. Czegoś takiego jeszcze nie było! Work a Dream to gra, która oferuje graczom niewiarygodne możliwości – czują ciepło, zapachy, generalnie są całym sobą w nowej rzeczywistości, która na dodatek kreuje scenariusz pod nich samych. Zapowiada się wyborowo, czy jednak jest tylko tak pięknie, jak to przedstawiają reklamy i głosy w Internecie?

Mika dostaje za zadanie inflirtację środowiska graczy. Ma obserwowac, co się dzieje, ściągać na siebie uwagę, sprawdzać, czy nie znajdzie tam określonych osób. Ale gra robi się coraz dziwniejsza, a i dziewczyna ulega jej w coraz większym stopniu, spędzając na Io całe dnie. Na dodatek zaczyna też ukrywać różne informacje przed swoim zleceniodawcą, czyżby zatracała się w wirtualnych realiach, zaczęła je przenosić nad te z rzeczywistości?

Przed lekturą zastanawiałam się, na ile przypadnie mi do gustu książka Małgorzaty Wardy skierowana do młodzieży. Bo znam kilka jej innych książek, zresztą bardzo je lubię, ale tu nie byłam pewna, czego się spodziewać. Ale już wiem: bardzo dobrej powieści!

Po pierwsze: pomijając rozwój technologiczny, to świetnie odwzorowana rzeczywistość, w jakiej żyje część młodzieży. Sama spotkałam ludzi, którzy funkcjonują głównie w grach komputerowych, poza nimi praktycznie nie istnieją. Tam sobie radzą, a realna rzeczywistość ich przerasta, nie potrafią się w niej odnaleźć, nie jest ona dla nich atrakcyjna. W grze można wszystko, wystarczy trochę się postarać lub pokombinować, przychodzi to w każdym razie łatwiej niż w życiu. No i nie ma konsekwencji, najwyżej trzeba będzie wgrać wcześniej zapisaną grę i spróbować od nowa. No i tam się jest najważniejszą osobą na świecie, nie trzeba zwracać uwagi na innych, najczęściej tylko po to, by od nich coś wydobyć lub ich zabić/wykorzystać. Pewnie, dużo zależy od gry i osób grających, robię teraz pewnie niesłuszne uogólnienia. Ale piszę akurat o tej części graczy.

Inna sprawa to producenci gier – ile są w stanie zrobić i co zaoferować, byle tylko przyciągnać jak najwięcej graczy do swojej gry? I jak mogą wykorzystać tych graczy, by wyciągnąć z gry jak najwięcej kasy? Do czego są w stanie się posunąć? I jaka jest rola mistrzów-opiekunów gry?

Mamy też kwestię osamotnienia, odrzucenia, ucieczki przed problemami w grę. Ciekawe są przykłady obu sióstr – czy wiek był kluczowy w tym, jak potoczyły się ich losy? Czy gdyby Mika była tą młodszą, to jej los potoczyłby się tak, jak los jej siostry, czy też predyspozycje wynikają głównie z charakteru, osobowości? Można też rozmyślać nad losami innych osób z tej powieści – Bartek, Sebastian, inni gracze. Co ich skłoniło do takich, a nie innych zachowań?

Bardzo zaangażowałam się w tę historię. Pewnie, że dzieje się dużo i szybko, czasami ciut powierzchownie, ale w końcu to książka dla młodzieży, a na dodatek pierwszy tom, więc wprowadzenie do historii. Jednak to, jak bardzo weszłam w tę grę razem z Miką jest niesamowite. Może to dlatego, że sama w przeszłości sporo grałam i byłam introwertyczką? Nie wiem, w każdym razie czytałam, jak najęta i nie mogłam się oderwać.

Autorka świetnie wykreowała świat gry, miałam wrażenie, że jestem na Io razem z innymi graczami. No i sam pomysł na fabułę wydał  mi się interesujący. Trudno mi ocenić, czy nowatorski, czy nie, w każdym razie ciekawy. Pewnie, że jest inna od poprzednich powieści, ale to akurat jest logiczne – inne założenie, wykonanie, grupa docelowa. Jest inna, ale nadal trzyma poziom książek tej autorki.

„5 sekund do Io” to świetna książka dla młodzieży. Jednak nie tylko dla niej. Jest to wyśmienita baza do przeczytania przez rodziców nastolatków, ich wychowawców, nauczycieli. Daje mnóstwo potencjalnych tematów do ciekawej dyskusji, do naturalnego obgadania spraw, które czasami dyskutuje się w napuszony, sztuczny sposób. Sporo w niej mimo wszystko typowych problemów nastolatków. A przede wszystkim świetna baza do dyskusji na temat tego, jak cienka jest granica między rzeczywistością wirtualną a prawdziwym życiem. I jak niewiele czasami wystarczy, by ją przekroczyć, szczególnie, w czasie dojrzewania.

Bardzo dobra książka, zarówno pod względem fabularnym, jak i wykonania. A kończy się tak, że miałam ochotę udusić autorkę, no, jak tak można?!? 😉

Wir historii ("Fortuna i namiętności. Klątwa" – Małgorzata Gutowska-Adamczyk)

miecz rycerz klatwa
Fot. Tor-Sven Berge (flickr)

Takie powieści autorka mogłaby pisać i co pół roku!

Rok 1733. Na stosie ginie niewinnie młoda kobieta posądzona o bycie czarownicą. Przed śmiercią rzuca klątwę na wszystkich, którzy się do jej śmierci przyczynili. Czy klątwa faktycznie ich dosięgnie?

A w Turowie się weselą – kasztelanka wychodzi za mąż, za człowieka, który wiele znaczy na dworze. Wesele jednak łączy się ze smutkiem, bo umiera król. I tak oto otwiera się furtka, która przynosi tak wiele zmian – elekcję, rozgrywki u władzy, szarady między możnymi tego świata, które wpływają na tych mniej możnych i na maluczkich.

Wielka polityka wpływa na życie bohaterów książki, czasami dosyć drastycznie, jednak to tylko jeden z głównych wątków. Bo na pierwszy plan stopniowo wysuwają się oni. Ona – piękna wdowa, dwudziestotrzyletnia miecznikowa Zofia oraz w gorącej wodzie kąpany Kacper Hadziewicz, podstarości, któremu grozi imfamia. Zofia to smakowity kąsek dla niektórych sąsiadów, a i kasztelan włącza ją w swoje rozgrywki, chociaż nie w taki sposób, w jaki zamarzył sobie jego syn – Jan.

Zofia zresztą ma dylemat – tu piękny kasztelanic, do którego od dawna czuje słabość, ale od którego dzieli ją klasa, majątek i ludzie, a tu mniej znaczny szlachcic, ale miłujący ją prawdziwie. A ona między nimi, z dziećmi u spódnicy i Moskalami u bram. Co robić?

Wątek miłosny przeplata się z politycznym, honor ze zdradą, dobroć z intrygami, chęć ustatkowania się z chęcią ratowania ojczyzny. Pięknie zbalansowana historia. Próby zdobycia serca miecznikowej pięknie łączą się z walką z intrygami kasztelana i chaosem dwuelekcyjnym (czasy Stanisława Leszczyńskiego i Fryderyka Augusta II). A w tle przewija się jeszcze wątek klątwy i tego, co ona przyniesie osobom, na które została rzucona.

Przyznaję bez bicia, że zdecydowanie wolę taką powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk od tych, w które wpleciony jest wątek współczesny. Według mnie dużo lepiej wychodzi jej pisanie o dawnych czasach, porywa czytelnika i nie wypuszcza aż do końca opowieści!

Wspaniale opisane tło obyczajowe – te wszystkie tradycje, zachowania, sposób funkcjonowania społeczeństwa, rodzin, współżycia sąsiedzkiego, zależności klasowych etc. Świetni bohaterowie, pełnokrwiści, z całą paletą wad i zalet, wzbudzający w czytelniku wiele różnych uczuć. Potoczysty język i dobrze zrobiona stylizacja. Klimacik zaiste lekko sienkiewiczowski! Widać też dużą dbałość o szczegóły, czuć, że autorka przykładała wagę, by nie pisać bzdur, konsultowała się, badała różne kwestie, całość wygląda na dopracowaną.

Interesująca fabuła, sprawnie splecione wątki, fajne osadzenie w tle historycznym fikcyjnych bohaterów, a do tego te wszystkie smaczki! Intrygi, bandyci, zajazdy, spełnianie misji, więzienie, wielka miłość, namiętność, mała i duża polityka, to wszystko tak dozowane, że czyta się z wypiekami. Mnie się bardzo podobało i nie mogę się doczekać drugiego tomu! Tym bardziej, że razem z bohaterami książki miałam okazję wstąpić do dawnej Warszawy, co bardzo mi się podobało.

Świetna powieść, polecam!

Sztuka przetrwania w firmowej dżungli ("Król biurowej klasy średniej" – Maciej Zuch Mazurek)

zuch rysuje

Maciej Mazurek aka Zuch to postać znana mi od kilku lat. Najpierw dzięki jego komiksom umieszczanym na Zuch rysuje, a później już samo poszło – różne imprezy blogerskie, wyjazdy etc. Bardzo fajny z niego człowiek, z talentem do grafiki i pisania. Dlatego, gdy usłyszałam, że wydaje książkę, to mogłam tylko i wyłącznie kibicować temu pomysłowi.

„Król biurowej klasy średniej” to opowieść z życia ekipy niedużej agencji reklamowej. Prym wiodą graficy, ale mamy też informatyków, „akoncicę”, copywritera i księgową. Możemy obserwować ich codzienne zmagania z rzeczywistością, kibicować i śmiać się. Śmiać i śmiać, chociaż wielokrotnie jest to śmiech przez łzy.

Mimo specyfiki pracy w agencji tego typu, jestem przekonana, że spora część z nas będzie się identyfikowała chociaż z częścią przeżyć tej ekipy – pracą z klientami, pracą nad grafikami, piramidką zależności firmowych, z dziwnymi informatykami, przebojami z księgowymi, a nade wszystko relacjami na linii przełożony – pracownicy. Większość z nas poradzi sobie bez problemu z odrobiną specyficznego języka, która czasami się w książce pojawia. A jestem przekonana, że potężna większoć będzie miała w trakcie lektury masę frajdy.

Zuch stworzył książkę specyficzną – jest to połączenie typowego pisania, okraszone mailami, wiadomościami z Twittera oraz komiksami. Bardzo mi się ta kombinacja spodobała, działała na takiego wizualnego typa, jakim jestem.

Całość to czystej wody satyra, rzeczywistość w krzywym zwierciadle. I tylko czasami pojawia się refleksja, że jakoś dziwnie dobrze my (lub nasi przyjaciele) znają części rzeczywistości tej biurowej klasy średniej. I wtedy pozostaje się zastanawiać, czy skończymy tak, jak Zuch i jego współpracownicy.

Bardzo mocno uśmiałam się w trakcie lektury tej książki, momentami chichotałam jak najęta. Dobrze, że czytałam tę książkę w domu, bo inaczej ludzie w tramwajach dziwnie by się na mnie patrzyli. Lektura była dla mnie tym zabawniejsza, że wręcz widziałam oczami wyobraźni Macieja i słyszałam jego głos, co wzmacniało mój ubaw. Taka duchowa telewizja 😉

Gorąco polecam tę lekturę wszystkim, którzy lubią groteskę, śmiech w trakcie lektury, dobrą kreskę i świetne poczucie humoru! Co tam będę Wam żałować frajdy – wiedzcie, że warto czytać tę książkę!

PS. A jak chcecie na poważniej, to Zuch prowadzi naprawdę ciekawego i dobrze pisanego bloga – Zuch pisze.

ring_Gplus albo-albo friday-killer

Póki jestem ("Zorkownia" – Agnieszka Kaluga)

dłonie

Książka Agnieszki pozwoliła mi się zatrzymać, wyłączyć bieg, włączyć myślenie. Ustawić ostrość postrzegania. Mam nadzieję, że na jak najdłużej…

Życie i śmierć, nierozerwalnie związane. Jak wiele potrafi kosztować życie, jaką wielką ceną trzeba czasami okupić śmierć. Jak bardzo potrafi być to proces bolesny, odzierający z godności, wręcz z człowieczeństwa. I jak bardzo są wtedy potrzebne osoby, które będą blisko, będą nie obok, ale z daną osoba, pomogą jej odczuć, że ciągle jest jeszcze człowiekiem, że liczy się dla innych, mimo ran, rurek, morfiny i worków na kał.

„Zorkownia to blog Agnieszki Kalugi. Prowadzi go od 2010 roku i to dzięki niemu powstała ta książka. Agnieszka sama przeżyła wiele – stratę z rodzaju tych najcięższych, wiele godzin w unieruchomieniu, wiele bólu i obawy. Ale obiecała córeczce, że da radę, że nie utonie, więc – w konsekwencji – pewnego dnia przekracza próg hospicjum.

Wolontariat od wieków kojarzy mi się tylko i wyłącznie dobrze. Przez lata sama udzielałam się w organizacjach pozarządowych i różnych nieformalnych grupach. Przez ten czas spotkałam setki fantastycznych osób, razem zrobiliśmy tak wiele dobrych, ciekawych, fajnych projektów. Jednakże nigdy nie zdobyłam się na to, by nawet rozważyć wolontariat w hospicjum. Nie wiem, czy to kwestia zbyt słabej psychiki czy strachu, nie wiem. Agnieszka wybrała akurat tę, chyba najtrudniejszą wolontariacką ścieżkę.

„Zorkownia” to opis bycia razem z ludźmi, których życie najczęściej zmierza ku szybkiem i bolesnemu zakończeniu. Trzeba znaleźć sobie miejsce w ich historiach, do każdego podejść inaczej, wyczuć potrzeby i pragnienia, każda przyjaźń i każda wspólna podróż jest inna. I owszem, ważne jest podanie picia, wyczyszczenie rurki tracheotomijnej, zawiezienie na taras. Najważniejsze jest jednak wspólne bycie, milczenie, rozmowa o rodzinie czy przeszłości, ręka na czole, dotyk, akceptacja i zrozumienie.

Nie potrafię pisać o tej książce standardowej, schematycznej recenzji. Zbyt wiele strun we mnie poruszyła, za bardzo ciągle gra na emocjach i burzy myśli. Cieszę się, że – po kilku latach przerwy – przypomniano mi jakiś czas temu o blogu Agi, cieszę się, że przeczytałam książkę, jestem szczęśliwa, że chociaż chwilę mogłam z Agnieszką porozmawiać na BFG. Te chwile – czy to spędzone na lekturze, czy na rozmowie – dały mi wiele, pomagają mi ciągle na nowo ustawiać ostrość na tym, co ważne. Za szybko jednak o tym zapominam i wracam do codziennych pierdół, przejmowania się hejterami, ludźmi odwalającymi bzdury, zimą i głupimi politykami.

Zorkownia to miejsce dla ludzi i dla ich życia, ich emocji, ich historii. Gdzie każdy dostaje szansę na to, by się tam rozgościć i pobyć razem. A Agnieszka na dodatek pisze pięknie, poetycko, spokojnie, ale dwoma wyrazami potrafi przekazać taki ogrom emocji, że inni nie potrafią tego ująć na kilku stronach. I mądra z niej kobieta, mądrością najważniejszą, bo życiową. Chciałabym tak postrzegać świat, ale nie potrafię. Może kiedyś się nauczę?

Mam wrażenie, że cokolwiek, co napiszę jest nieadekwatne, za małe, za bardzo egzaltowane. Zakończę więc tylko wezwaniem: czytajcie „Zorkownię”, i blog, i książkę. Mało rzeczy tak bardzo zasługuje na czytanie, jak te teksty. Ale czytajcie w spokoju, powoli, ze zrozumieniem, myślcie o nich. A potem żyjcie pełnią życia, póki jesteście…

Byłam przy tobie.

Byłam, gdy długo, bez słów, dotykałeś jesiennego liścia, którego zerwałam po drodze. Pamiętam twoje palce próbujące przebyć trasę wyznaczoną przez rude żyłki.
Pamiętam, jak zmieniała się twoja twarz.
Byłam, gdy ostatni raz miałeś apetyt i gdy się śmiałeś.
Gdy pisaliśmy list do chłopaków.
Gdy gasły światła, a sen nie przychodził.

Gdy bolało.

Gdy spałeś.

Byłam wtedy, gdy twoje bezradne powieki nie chciały się domknąć – zdziwione, że zostawiasz je ot tak, z samego rana i to na amen.

Byłam wtedy, gdy ostatni raz leżałeś na ziemi, oddzielony od niej jedynie wypolerowaną deską.

Powiedziałam ostatnie słowo nad tą deską. Właściwie wylałam potok słów.

Tylko umarłeś beze mnie, bez dzieci, bez Eli.

Odszedłeś w czasie porannego mycia – w chwili największej chyba samotności, jaka może przytrafić się na szpitalnym łóżku.

Siedziałam potem godzinę przy tobie, czekając aż dojadą bliscy.
Miałeś piękną twarz.

Wygładziłam brwi, domknęłam powieki, ułożyłam brązowe kosmyki włosów, pocałowałam czoło.
Ostatnia rozmowa Braillem.

Otwarłam okno, usiadłam z podkurczonymi nogami na fotelu.

Przez okno sączyło się życie.

I wiem – to ten kierunek.

*****

zorkowniaWydawnictwo: Znak, 2014

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 288

© 

Podróż przez życie ("Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia" – Agnieszka Walczak-Chojecka)

ajutthaja

Joanna, lat 34, pięknie rozwijająca się kariera w korporacji. A raczej była kariera, bo Joanna nagle zostaje zwolniona, ktoś podłożył jej świnie, by tylko przeskoczyć o kilka długości w wyścigu szczurów.

Pierwsze dni to głęboki szok, a potem przychodzi pustka. Co ze sobą zrobić? Jak dalej ułożyć sobie życie? Sprawy nie ułatwia fakt, że przez lata zarabiania znacznie powyżej średniej krajowej Joanna wyrobiła sobie pewne nawyki, z których trudno jej zrezygnować. Jakby mało jej było zamieszania w sferze zawodowej, to i w życiu prywatnym jakoś nie potrafi podejmować słusznych decyzji. Dzięki swoim decyzjom wylądowała w niby-związku z totalnie nieodpowiednim facetem.

Próby ułożenia życia na nowo niczego nie dają. Kobieta zaczyna jednak dostrzegać, jak bardzo krępowała ją praca w korporacji, jak wiele musiała poświęcić, by tam pracować i jak wiele kosztował ją każdy dzień takiej pracy. Zaczyna się zastanawiać, czy to jest aby droga, którą dalej chce podążać. Tym bardziej, że nagle dookoła zaczyna zauważać znajomych, którzy odważyli się realizować marzenia i poświęcić się pracy, którą kochają.

Nagle pojawia się oferta dalekiego wyjazdu. Ma na jego podstawie napisać tekst, który zostanie zobrazowany zdjęciami zrobionymi przez jej kolegę. Joanna zaprasza do towarzystwa Izę, przyjaciółkę, której bardzo uporządkowane życie nagle zaczyna się sypać. Jest to więc dla obu kobiet swoisty wyjazd-katharsis. Pozostaje tylko obserwować, co się wydarzy i które drogi wybiorą.

„Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia” to powieściowy debiut autorki, która wcześniej pisała krótkie formy (piosenki, wiersze), a której życiorys do złudzenia przypomina historię opisaną w tej powieści. Trzeba przyznać, że chociaż częściowo zmodyfikowała schemat czytadeł funkcjonujących do tej pory na rynku – bohaterka niczego nie kupuje, nie remontuje, nie buduje,  nie odchodzi od wiarołomnego męża, nie rozwodzi się, nie ma dzieci. Za to rusza w podróż – rzeczywistą i duchową. I za tę zmianę ode mnie plus.

Jednakże powieść ta zawiera dwa typowe błędy debiutanta. Pierwszy to nagromadzenie zdarzeń. O matko i córko… Dzieje się tego wszystkiego tyle, że i na 600 stron by starczyło! Przez to akcja gna na łeb i szyję, by to wszystko zmieściło się na 228 stronach. Za dużo, za gęsto. To przedobrzenie jest połączone z błędem numer dwa – tyle wydarzeń i tyle akcji przy takiej objętości powoduje powierzchowny przelot po fabule. Nie ma wchodzenia głębiej, zarówno w wydarzeniach, jak i w charakterach i uczuciach bohaterów. Może innym czytelnikom to będzie odpowiadało, ja jednak lubię rozsmakowanie w fabule, poznawanie bohaterów, obserwowanie ich przemian, tego, jak kolejne trybiki się zazębiają i wszystko logicznie posuwa się do przodu. Tutaj miałam wrażenie, że pędzę w motorówce, skacząc po powierzchni wody, w momencie, gdy wolałabym powolne żeglowanie, by móc spojrzeć w głębiny. Również nad opisami trzeba jeszcze odrobinę popracować, szczególnie tymi związanymi ze scenami erotycznymi.

Jednak dobrze, że powstała powieść o życiu związanym z pasją, o robieniu tego, co się kocha, o tym, jak bardzo uważnie powinniśmy przypatrywać się swoim wyborom i ich konsekwencjom. Analizować je i nie obudzić sie po kilkudziesięciu latach z pytaniem „Co ja właściwie w życiu robiłem i po co?”

Ciekawa jestem, czy autorka pójdzie ścieżką chociażby Małgosi Wardy i będzie wytrwale latami pracować i rozwijać swój warsztat, z książki na książkę pisząc coraz lepiej i lepiej; czy też zatrzyma się na etapie całkiem wielu polskich twórców, którzy uważają, że nawet czytać innych książek nie potrzebują, bo po co, przecież są doskonali… Ja w każdym razie Pani Agnieszce życzę opcji numer jeden!

dziewczyna z ajutthaiWydawnictwo: 2 Piętro, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 228

© 

"Abchazja" – Wojciech Górecki

Abchazja 2

„Abchazja” zamyka kaukaski tryptyk autorstwa Wojciecha Góreckiego. Mam nieodparte wrażenie, że zamyka również pewien etap życia tego autora. Czy jego zainteresowania koncentrują się teraz na rejonie innymi, niż Kaukaz? Zmienia swoją wizję reportażu? A może również zainteresowania robocze przechodzą transformację. Nie wiem, ale ta książka wzbudza we mnie takie niejasne przeczucie.

„Dzień dobry” to mszybzja, „dziękuję” – itabup. Abchaskie ABC. ABC jak Abchazja. Jedyny kraj, którego nazwa zaczyna się jak alfabet – przynajmniej po polsku i w kilku innych językach (…) Czy coś z tego wynika?

Abchazja to nieuznawane przez potężną większość świata państewko. Parapaństwo, które uznaje tylko Rosja i kilka innych krajów. Reszta świata widzi je jako autonomiczną republikę wchodzącą w skład Gruzji. Abchazowie usilnie walczą o to, by być autonomicznym państwem, a Rosji marzy się włączenie Abchazji do Federacji Rosyjskiej.

Ten niesamowity, maleńki region świata przykuł uwagę autora i właśnie o nim postanowił napisać w ostatniej części tryptyku. Wojciech Górecki bywał w Abchazji wielokrotnie, zdobył tu dobrych znajomych, poznawał kraj, zwyczaje, historię i losy ludzi. Odkrywał go przez kilkanaście lat. Miał okazję obserwować czas wojny, względnego spokoju, ale także przepychanek politycznych, które dotyczą losu tego parapaństwa. Można powiedzieć, że dojrzewali razem – autor jako reporter i Abchazja jako nieuznawana jedność.

To moja pierwsza wojna. Jestem reporterem, chcę dotykać prawdziwego życia – a na wojnie życie jest zagęszczone, skondensowane, zwielokrotnione.

W tej książce ukazuje właśnie to, jak te wizyty pozwoliły mu zbudować wizję tego miejsca. Stopniowo poznajemy razem z autorem miasta, ludzi, ich życie. Wiemy, co mieli i co stracili. Kto z ich bliskich zginął i gdzie zaniósł ich strumień przemian. Mamy okazję przyjrzeć się temu, jak rodziła się państwowość i zmieniały się władze Abchazji. Autor rozmawia z najwyższymi urzędnikami państwowymi, ale także ze zwykłymi ludźmi na uliczy. Interesuje go opowieść każdej osoby.

Obiecałem, że zajrzę do Ałły i Wachtanga – ale nie mam sumienia. Co im powiem? Żeby nie wracali? Że nikt ich w Suchumi nie chce?

Potem żałuję, że nie zajrzałem.

Potem wracam do Polski.

Potem Wachtang umrze na serce, a Ałła się rozpije.

To też będą ofiary tej wojny.

Jednocześnie możemy dowiedzieć się ciut więcej o samy autorze, który w tej książce postanowił oprócz opisywania życia innych dodać również wątki związane z sobą samym. Widzimy jak rozwijała sie jego kariera, obserwujemy delikatne zmiany postrzegania swojej pracy, powołania. Jest to bardziej osobista książka od poprzednich.

Jedyne, do czego się przyczepię, to fakt, że jest mi mało. Mam wrażenie, że tylko ledwo, ledwo liznęłam ten temat. I to w sposó bardziej suchy, niż wcześniej. Wiem co, gdzie, kto i z kim, ale nie czułam tak często tej „magii opowieści”, która towarzyszyła dwóm poprzednim książkom, czyniła je tak wyjątkowymi. Nie ma tylu opowieści, tego „bajania” o odwiedzanych terenach i spotykanych ludziach. Trochę szkoda…

Pytam kioskarzy, dlaczego w Suchumi nikt nie nosi zegarka. Bo co chwila ktoś się pyta o godzinę, bywa, że zaczepia mnie co drugi przechodzień.
– Albo ma się zegarek, albo czas – odpowiada Anatolij.

Co nie zmienia faktu, że jest to doskonały reportaż – wyważony, obiektywny, bezstronny, ale jednocześnie autor wydaje się być pełen życzliwości dla tego małego obszaru i jego mieszkańców. Realistyczny i bardzo dobrze napisany. I jak zwykle mam to samo wrażenie: autor wyśmienicie pisze po polsku, co aktualnie nie jest takim pewnikiem, jak mogłoby się wydawać.

Cały „Kaukaski tryptyk” polecam wszystkim osobom lubiącym reportaże, a ja zastanawiam się, jaki będzie kolejny krok autora. Bo końcówka jest niepokojąca…

PS. Na koniec cytaty, które według mnie świetnie podsumowują losy całego Kaukazu:

Nieuleczalna kaukaska choroba: każdy musi być najstarszy, najodważniejszy, najbardziej gościnny. I każdy – najbardziej pokrzywdzony. Sto narodów wybranych. Na paruset tysiącach kilometrów kwadratowych. Kto się nie zgadza – ten wróg. Kto wątpi – tego podkupili. A kto się zbyt szczegółowo dopytuje – nie ma serca.

*****

Ponieważ miejsca jest niewiele (a dodatkowo znaczną część powierzchni zajmują wysokie góry), relacje między narodami, klanami, wioskami, a nawet pojedynczymi ludźmi zawsze były tam gęste, intensywne, pełne napięcia – gorące albo lodowate, przyjacielskie albo wrogie i nienawistne. To świat skrajności, namiętnych emocji, górnego „c”, świat bez półcieni i bez umiarkowanych temperatur. Świat nienawiści, sporów, konfliktów i wojen, ale też wielkoduszności, szczodrości, serca na dłoni. Oraz straceńczej odwagi, ułańskiej fantazji i niedzisiejszej godności i dumy. Wreszcie mitów, które zastępują światopogląd, marzeń branych za rzeczywistość i historii, która dominuje nad współczesnością.

Cały czas mam nieodparte wrażenie, że czytam również o Bałkanach…

© 

AbchazjaWydawnictwo: Czarne, 2013

Oprawa: twarda

Liczba stron: 184

Moja ocena: 5/6

Ocena wciągnięcia: 5/6

Cykl „Kaukaski tryptyk”

1. „Planeta Kaukaz”

2. „Toast za przodków”

3. „Abchazja”

"Pasja budzi się nocą" – Anna Kossak

tango

Ta książka trafiła do mnie naprawdę przypadkowo. Na warszawskich Targach Książki spotkałam jej autorkę, która zaproponowała, żebym zrecenzowała tę książkę. Generalnie, do nieznanych mi autorów proponujących książki do recenzji, podchodzę trochę tak, jak pies do jeża, ale udało jej się mnie namówić. Zabrałam się do czytania i teraz przypadło mi – pozostając w psiej tematyce – odszczekanie mego podejścia, przynajmniej w tym przypadku.

„Pasja budzi się nocą” to opowieść o życiu i tańcu. Zaczyna się bardzo typowo – jest piękna kobieta, są wspaniałe, mniej lub bardziej trzepnięte, przyjaciółki oraz jest on, przyczynek do kłopotów i zmian. Ewa – główna bohaterka – spodziewa się najważniejszych chwil w życiu. Owszem, przydarzają się, ale są zupełnie innego rodzaju, niż oczekiwała. Nagle musi przearanżować całe swoje życie, poglądy na różne sprawy.

Przypadek sprawia, że trafia do szkoły tanga. Szkoły nietypowej, pełnej szczególnej atmosfery i przyciągającej wielu ciekawych ludzi. Ewa, zafascynowana tą atmosferą, w końcu decyduje się na wypróbowanie swych sił na parkiecie, decyduje się na kurs tańca i przepada… Zakochuje się w tangu całym sercem. Taniec zmienia całe jej życie i silnie wpływa na sposób postrzegania świata, myślenia o sobie, swym życiu, innych.

Jedna życiowa zmiana pociąga za sobą kolejne i nagle w jej życiu pojawia się nowy mężczyzna. Zupełnie inny od poprzedniego, ale czy nie jest przypadkiem zbyt idealny? Ewa, chociaż w głębi duszy zachwycona, podchodzi do jego zjawienia się w jej życiu ostrożnie. Utrzymuje dystans, ale ile wytrwa?

Generalnie historia byłaby dosyć typowa: główna bohaterka z problemami, przyjaciółki i nadciągający ideał. Ale są „ale” 😉 Pierwszym z nich jest tango. Opisy tańca, środowiska tangueros, milong, wszelakich spotkań związanych z tangiem, to coś, co bardzo ciekawie wzbogaciło fabułę tej książki. Opisy są na tyle sugestywne, że chyba mało kto w trakcie czytania, nie poczuł, że chciałby też tak tańczyć. Druga sprawa, to przedziwny wątek tajemniczego mężczyzny, zimnego, groźnego, bez emocji, wręcz „sterylnego”, który podziwia piękno kobiet, stając się tym samym dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Wątek ten wprawdzie nie do końca pasował mi do konceptu książki, ale dał przedsmak tego, że jak się autorka przyłoży, to może kiedyś napisze nie babskie czytadło, a thriller czy kryminał? Mam wrażenie, że jakby się postarała, to dałaby radę, bo sam wątek był ciekawie skonstruowany. Nie wiem, na ile wiarygodny, nie znam się np. na zawodzie tego mężczyzny, ale na laiku takim, jak ja, wątek ten zrobił dobre wrażenie. Trzecie – i ostatnie – „ale”, to fakt, że bohaterowie są stworzeni całkiem barwnie i realistycznie. Sporo w tej powieści kolokwializmów, czasami wręcz dosadnych ujęć tematu, więc to może odrzucać niektórych czytelników. Na mnie wrażenia nie robi, bo uważam, że właściwie fajnie, gdy część książek dostosowuje się do otaczającej nas rzeczywistości.

Te trzy cechy sprawiają, że w zalewie prawie takich samych babskich czytadeł, to jednak trochę się wyróżnia. Z tego, co widzę, to jest to pierwsza książka tej autorki, więc daję kredyt zaufania i będę sprawdzać, co przyniesie przyszłość. Liczę na to, że miło mnie zaskoczy!

PS. Okładka na początku bardzo mnie zaintrygowała. I nadal uważam, że jest ciekawa. Tylko to gadzie oko teraz mi już nie pasuje do treści. Chyba że przyjmiemy, że to metaforyczne oko bestii 😉

©

pasja budzi sie nocaWydawnictwo: Prozami, 2013

Oprawa: miękka

Liczba stron: 272

Moja ocena: 4,5/6

Ocena wciągnięcia: 4,5/6