Odwieczna walka ("Tam gdzie spadają anioły" – Dorota Terakowska)

Fot. Alex (Flickr)
Fot. Alex (Flickr)

Mała dziewczynka, Ewa, zauważa przelatujące nad domem anioły. Przepiękny widok, zapierający dech w piersi. Mała próbuje zwrócić uwagę rodziców, jednakże oni zbytnio są zapatrzeni w swą pracę, nie ulegają prośbie dziecka. Ewa postanawia śledzić lot aniołów samotnie i tak oto zaczyna się cała historia…

Nad głową dziewczynki toczy się walka dobra ze złem. Białe anioły walczą z czarnymi, a w gronie dobrych jest też anioł stróż Ewy. Niestety, w jego przypadku szala przechyla się ostatecznie na korzyść tego złego, biały anioł – Ave – spada na ziemię, zostaje okrutnie potraktowany i skazany na powolne rozmywanie się niebycie. Dziewczynka bez anioła stróża jest bezbronna, a ich losy są połączone. Coraz częściej przytrafiają się jej nieszczęścia, wygląda na to, że i jej lost jest przesądzony. Czy zdoła przetrwać i znaleźć rozwiązanie?

Książkę „Tam gdzie spadają anioły” Doroty Terakowskiej chciałam przeczytać od wielu, wielu lat. Teraz żałuję, że jej nie przeczytałam zaraz, gdy zrodziło się to pragnienie. Mam wrażenie, że mogłabym ją inaczej odebrać. Wcześniej czytałam aż pięć jej książek i wszystkie mi się podobały. A „Ono” i „Poczwarka” zrobiły na mnie swego czasu wielkie wrażenie. Natomiast ta…

Mam dylemat. Wiem, że gdybym tę powieść przeczytała w młodości, to by mnie zachwyciła. Teraz też ją doceniam. Jest pięknie napisana, pomysłowa, ciekawa. Jednakże jednocześnie widzę w niej naiwność, zbyt dużo zapędów moralizatorskich, takim „dydaktycznym smrodkiem” zalatuje, teza silnie przebija na wierzch, nadawałaby się świetnie do aktualnej tendencji lektur „wg klucza”. Dużo złotych myśli, coś w stylu „Małego księcia”. Wiem, pewnie teraz narażam się milionom, ale ta książeczka też mnie nie porwała. I właściwie porównując obydwie, to wolę Terakowską.

Powieść to interesująca, ale do przeczytania w młodości, nie wtedy, gdy jest się dorosłym cynikiem. A może zbyt wiele słyszałam zachwytów, zbyt wiele „książka mojego życia” i miałam oczekiwania, które poszybowały zbyt wysoko w górę? Teraz już do tego nie dojdę, w każdym razie polecam, ale czytelnikom młodym.

A na mnie czeka jeszcze kilka jej książek, ciekawe, jak mi się one spodobają!

Pierwsza książka przeczytana w ramach akcji CzytaMY!

Czyżby książka roku? ("Niewidzialna korona" – Elżbieta Cherezińska)

niewidzialna korona

Mały Książę. Wielki temperament, tzw. „gorąca głowa”, co to często najpierw robi, potem myśli. Wielkie plany, ale niemożność ich realizacji. Rozkochany w Jadwini, ale traktujący ją jako nieświadomą niczego kobietkę, a nie kobietę inteligentną, wiele widzącą, potrafiącą kalkulować i widzieć długofalowe skutki decyzji. Rozmiłowany w walce bardziej niż w strategii. Zdeterminowany by osiągnąć zamierzony cel. Władysław, który w akcie pokory i refleksji sam nadał sobie przydomek – Łokietek.

To właśnie on jest głównym bohaterem „Niewidzialnej korony”. Zrządzeniem losu to został mianowany następcą Przemysła II, wbrew temu, co zostało ustalone wcześniej. Taka decyzja rady to dodatkowy przyczynek do problemów, które spadają na królestwo po śmierci Przemysła. Z zachodu, południa i północy nadciągają czarne chmury, a i na wschodzie ludzie zaczynają przebąkiwać o hordach dzikich zaczynających pojawiać sie na horyzoncie. A tu nie tylko sama wojna siłowa się liczy, ważna jest przecież również dyplomacja, spiski, intrygi, a Władek z nimi sobie nie radzi (a Jadwigi nie słucha…), co skutkuje wygnaniem z terenu królestwa. Ale to wszyscy wiemy z lekcji histori.

To, czego w potężnej części nie wiemy, to jak dokładnie potoczyły się jego losy i co działo się dookoła naszego rozczłonkowanego kraju. A jeszcze mniej wiemy o tym, jaką rolę pełniły kobiety w tamtych czasach. Jaka była Jadwiga? Jakie były losy Rikissy Przemysławówny? Obydwie bohaterki zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Jadwiga mądrością, wyczuciem tego, co zrobić, by strategia odniosła jak najlepszy skutek, wytrwałością, znoszeniem losu swego i swych dzieci z wielką godnością. A Rikissa… jest niesamowita! Wiem, że to tylko fikcja literacka, ale ta bohaterka – tak, jak jej matka – została wykreowana tak, by ją kochać, by wzbudzała zachwyt, wzruszenie, byśmy ją podziwiali i wielbili. Ja jednak miłością wielką pokochałam księżniczki z dynastii Piastów, którym z różnych powodów nie znaleziono męża i które umieszczono w zakonie klarysek we Wrocławiu. Co za cięte języczki, poczucie humoru, inteligencja i spostrzegawczość! Uwielbiałam siostrzyczki i mam wielką, ale to wielką nadzieję, że pojawią się w kolejnym tomie!

klaryski
Wybaczcie jakość, robione na było na szybko, pod wpływem chwili.

I znowu mamy momenty przejmujące, wręcz wzruszające, chwile podniosłe czy też pełne magii, jak momenty związane z Jakubem Świnką czy też wizytą Władysława w Rzymie. Ale dla balansu jest sporo momentów, gdy uśmiech sam wpływał na usta, a przy klaryskach to już wręcz zdarzyło mi się chichotać. A to wszystko opisane w tak soczysty, barwny sposób, że nie chciało mi się odkładać jej nawet na chwilę. Gdyby tylko nie trzeba było chodzić do pracy…

Dawno nie miałam takiego wrażenia, że nie, nie zgadzam się na to, by to był już koniec! Przecież pokochałam tych bohaterów, stali się mymi przyjaciółmi (czy też wrogami), jak więc mogą teraz zniknąć?! Czytałam coraz wolniej i wolniej, a po zakończeniu poczułam pustkę, wręcz swoistą książkową samotność. Bo jakże to tak?

Elżbieta Cherezińska na nowo rozbudza we mnie miłość do czasów dawnych, chęć ich poznawania, zaprzyjaźniania się z historią, obyczajami, religią, ubiorem, wierzeniami etc. Robi to w sposób, od którego można się uzależnić, zaczynam się bać, jak zareaguję na trzeci tom!

Jeżeli tylko macie ochotę dać się wciągnąć w wir pasjonującej opowieści snutej przez tę autorkę, chcecie poczuć, że jesteście tam razem z bohaterami, to książka dla Was! A ja kończę te moje farmazony, bo tylko się wściekam na siebie samą, że znowu nie potrafię oddać tego, jak cudowna, wielowątkowa, przejmująca i warta przeczytania jest ta powieść, argh!

PS. Można czytać „Niewidzialną koronę” jako oddzielną opowieść, ale o wiele smaczniej będzie się Wam ją czytało po zapoznaniu się z „Koroną śniegu i krwi”.

niewidzialna koronaWydawnictwo: Zysk i S-ka, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 764

© 

Pod skrzydłami białego orła… ("Korona śniegu i krwi" – Elżbieta Cherezińska)

korona śniegu i krwi

Historia zapierająca dech w piersiach! Pasja, intrygi, namiętności, walka o władzę, zdrady, uwięzienia, pościgi, morderstwa, ambicje, przyjaźnie… Brzmi, jak „Gra o tron”? A uwierzylibyście, że mowa o polskim rozbiciu dzielnicowym?

Elżbieta Cherezińska wybrała sobie na temat cyklu czas przedziwny i – jak mi się do tej pory wydawało – mało interesujący. Polska była porozbijana na wiele małych księstw, w prawie każdym siedział jakiś pieniacz z rozbuchanymi ambicjami, prawie każdy miał wielu synów, więc z pokolenia na pokolenie księstewka były coraz mniejsze, a książąt z pretensjami coraz więcej. Co w tym ciekawego?

Okazuje się, że wszystko! Autorka ukazuje świat pasjonujący, pełen barwnych postaci, okraszony odrobiną magii i mistycyzmu. To u niej w lasach żyją przedstawiciele Starszej Krwi, na piersiach możnych goszczą przedziwne bestie herbowe, w kościołach rządzą księża, którzy nie mówią nawet po polsku, na zamkach odbywają się popijawy i snucie intryg, brat występuje przeciwko bratu, kraj niszczą ciągłe walki. A i sąsiedzi łakomym okiem patrzą na ziemie polskie! I w tak niesprzyjających warunkach pojawia się dwójka bohaterów, którzy śmią marzyć o zjednoczonej Polsce, od morza do gór, tak, jak to było kiedyś. Marzenie piękne, ale jak je zrealizować?

To właśnie droga do jego realizacji została opisana w tej książce. Od momentu, gdy tak wielu książąt robi, co tylko chce, aż do momentu, gdy zaczynają dostrzegać to, że Przemysł II nadaje się na króla, który zjednoczy Polskę. Może w końcu przywróci wielkość tej krainie? Ale, jak to w życiu bywa, nie wszystkim się to podoba…

O fabule nie ma co wiele pisać, każdy, kto chociaż trochę uważał na lekcjach historii, wie, jak było. Ale za to wykonanie, styl, język, ukazanie bohaterów, o tym wszystkim warto! Tylko jakże trudno, bo właściwie mogłabym napisać tyle: majstersztyk, och, ach, czytajcie i koniec! 😉

Na początku trafiał mnie szlag! Klęłam na tych naszych przodków, ile się tylko dało! No bo kto to widział, by tak nazywać synów? Bolesław, Władysław, Leszko, Henryk. Bolesław, Władysław, Leszko, Henryk. Cholery można było dostać! Jednak powolutku historia tak mnie pochłonęła, że sama nie zauważyłam momentu, w którym przestali mi się mylić, a zaczęłam kibicować mym wybrańcom. Chociaż Piastom czasami trudno było kibicować, bo nie jawili się zbyt sympatycznie…

Korona - fragment

Można poznać każdego księcia, wybrać sobie tych, którzy robią na nas największe wrażenie. Jednak to, co przykuło mą uwagę to fakt, że w tej książce w końcu mówi się o kobietach! To właśnie one dodają tej książce tak wiele uroku i sprawiają, że jest tak ciekawa! Niewiarygodna Kinga, która mimo swej świętości pokazuje od czasu do czasu „pazur” i cięty języczek; przerażająca Mechtylda Askańska i godna jej Eufrozyna, kobiety opętane przez włądzę, zdolne do wszystkiego; słodka i niewinna Lukardis. Jednak mą ulubienicą została Rikissa, szwedzka królewna, żona Przemysła II, o której do czasu przeczytania tej książki nie miałam nawet najmniejszego pojęcia. A została przedstawiona jako osoba przeurocza, odważna, rezolutna i mądra. A na dodatek najzwyczajniej w świecie fajna.

Oprócz Rikissy mą sympatię zdobył Jakub Świnka, bohater, który przechodzi w trakcie książki olbrzymią metamorfozę – od zwykłego mnicha, który tkwi nosem w zakurzonych pergaminach aż do arcybiskupa gnieźnieńskiego, który śmiało patrzy w przyszłość, wiele widzi i przeczuwa, nie obawia się realizować swych wizji. Światły, bezpretensjonalny, potrafi podbić serce czytelnika. A na dodatek dostał od autorki niesamowitą (aczkolwiek teoretycznie możliwą) historię!

Czytając tę książkę można upewnić się w jednym: polska historia jest tak samo barwna, pasjonująca i intrygująca, co historia Anglii, Francji czy innych historycznych mocarstw! A nasi władcy byli równie niesamowici. Tylko nie mieliśmy tyle szczęścia do autorów potrafiących pokazając ją w tak wspaniały sposób. A teraz wystarczy przeczytać „Koronę śniegu i krwi”, by się przekonać, że w niczym nie ustępujemy tym, tak szeroko w książkach opisywanym krajom i ich władcom!

I tylko szkoda, że to, jak się u nas naucza historii dalekie jest od tego, by przedstawiać ją w tak fascynujący sposób! Gdyby nauczało się jej w takim stylu, to każdy z nas byłby tym przedmiotem zafascynowany i znał losy swojego kraju na wyrywki. Ja jestem zachwycona jak nagle pełnokrwiste i barwne zrobiły się dla mnie sylwetki bohaterów tamtych wydarzeń, a sama historia pasjonująca, wielowarstwowa, pełna niuansów i magii!

Zdecydowanie bardzo silna kandydatka na książkę roku! Razem z kontynuacją, którą właśnie czytam 🙂

korona śniegu i krwiWydawnictwo: Zysk i S-ka, 2012

Oprawa: miękka

Liczba stron: 768

© 

Klęska urodzaju ("Szkodliwy pakiet cnót" – Mariola Zaczyńska)

zatrute jabłko
Luigi Montebello (flickr)

Kalina, dziennikarka, cierpi pod rządami nowej szefowej. Jakby nie dosyć było dotychczasowych zmian – naczelna wysyła ją do Siedlec, by zrobiła relację z offowego tygodnia mody. Kalina i moda! I to na dodatek w Siedlcach! Tylko, że na miejscu okazuje się, że to dopiero czubeczek góry lodowej! Trupy dawne, trupy niedawne, stalking, problemy rodzinne różnego rodzaju, przemoc i wiele innych tematów. A to wszystko w jeden tydzień!

Całość opowiedziana jest w lekki, nawet zabawny sposób. Autorce nie brak polotu i rozmachu, widać, że lubi pisać i ma wyobraźnię. Styl, który generalnie bardzo lubię, uważam, że za mało jest takich lekkich powieści obyczajowo-kryminalnych polskiego autorstwa. Szczególnie takich, które tak ważne tematy poruszają w lekki sposób.

Jednak nie mogę bezkrytycznie piać z zachwytu…

Po pierwsze – za dużo wszystkiego. Mnóstwo bohaterów, z których część jest do siebie dosyć mocno podobna w myśleniu i wypowiedziach, co nie ułatwia wczuwania się w ich losy. Za dużo tematów – nie liczyłam, ale chyba kilkanaście wątków upchniętych w jednej książce! A co drugi zasługiwałby na osobną powieść.

Po drugie – nie wiem dlaczego redaktor nie zrobił porządku z jedną sprawą – podziałem narracji. Narracja jest zróżnicowana, a zlewa się w jedno. Momentami miałam wrażenie, że jedno zdanie kończy jedna bohaterka, a kolejne zaczyna druga. A przecież wystarczy powiększony odstęp, akapit czy też inny sposób oznaczania zmiany narracji i już byłby porządek. A tak zatrzymywałam się co jakiś czas z mniej więcej taką miną…

wtf house

Lubię, gdy robi mi się wodę z mózgu, ale dlatego, że dzieje się coś nagłego, jest jakaś zmiana w fabule etc., a nie dlatego, że nie rozumiem, kto teraz myśli jako narrator 😉

Ostatnim – ale już malutkim minusem – były „nagłówki” rozdziałów. Takie niby złote myśli. Moim zdaniem niczego do fabuły nie wnoszą, są zwyczajnie niepotrzebne.

A największym plusem tej powieści – oprócz wyobraźni autorki! – są bohaterowie drugoplanowi. Wyszli o wiele barwniejsi, ciekawsi niż główne bohaterki. Uwielbiam Finkę i bliźniaków, cudni są! Szczególnie Finka, ona sama by zasługiwała na bycie główną bohaterką jakiejś powieści, jest komiczna.

Mimo powyższych minusów jest w prozie Marioli Zaczyńskiej coś, co powoduje, że z chęcią sprawdzę, jaka będzie jej najnowsza – wychodząca w lipcu – powieść. Mam wielkie nadzieje, bo naprawdę uważam, że brakuje nam tego typu literatury, przydałaby się fajnie pisząca autorka. Liczę więc na Mariolę i jej fantazję!

PS. A dlaczego takie groźne jabłko w nagłówku? Sprawdźcie sami – w książce!

szkodliwy pakiet cnótWydawnictwo: Prószyński 2013

Liczba stron: 448

© 

Wieloksiąg #1

ludzik ksiazki
Jenn and Tony Bot

Już  nie pamiętam, kto pierwszy wrzucił post, w którym króciutko opisał kilka przeczytanych książek. Ja najlepiej kojarzę tego typu posty u Izy z Filetów z Izydora, gdzie występują pod nazwą „hurtownia książek”. Nazwa bardzo fajna, ale nie chciałam jej kopiować, więc postanowiłam wymyślić coś swojego. Nadal nie wiem, czy słusznie, ale kit z tym.

W każdym razie, idea jest prosta: czasami, z różnych względów, nie mam czasu/ochoty/natchnienia, by pisać o książce dłuższą notkę. Więc będzie odwrotnie – jedna notka, kilka książek. Ciekawe, jak Wam się to spodoba!

A w pierwszym odcinku naszego programu… 😉 Wróć! W pierwszej notce zagościł spory miks gatunkowy i tematyczny. A nawet „źródłowy” – książka, która czekała na swą kolej latami, prezent urodzinowy oraz książka pożyczona 🙂 Zobaczcie sami!

fotoplastikon

„Fotoplastikon” – Jacek Dehnel

Zbiór starych fotografii, do których ten zdolny autor dopisał krótkie historie. Wszyscy wielbiciele tego autora wiedzą, że fascynują go czasy przeszłe, lubi zatrzymać się na chwilę i zadumać nad tym czy owym szczegółem. I to widać również w tej pozycji. Dehnel zamyśla się tu nad losem bohatera pierwszoplanowego, tam nad osobą, która nie przykułaby raczej naszej uwagi, gdzie indziej nad pieskiem czy też przyrodą dookoła. To bystry obserwator, na dodatek człowiek obdarzony wielką wyboraźnią, co gwarantuje czytelnikowi, że wiele razy również zatrzyma się i zamyśli, bo kwestie poruszone przez autora, czy też pytania, które zada, wzbudzą refleksję. Do czytania na wyrywki, to nie powieść, ni opowiadanie. To miniaturek do kontemplacji.

*****

zaklinacz słów„Zaklinacz słów” – Shirin Kader

Napisana przepięknym językiem nowoczesna i zmodyfikowana pod wieloma względami opowieść w stylu Szeherezady. Powieść o opowiadaniu i spisywaniu historii. Te zazębiające się opowieści są jakby na zbiegu jawy i snu, rzeczywistości i tego, co nierzeczywiste, pełno w nich smaków, zapachów, arabskiej muzyki i pełnych wdzięku (i własnego charakterku!) przedmiotów. Pełno tu uczuć, namiętności, tęsknoty i poczucia niepewności. A to wszystko opowiedziane w poetycki, subtelny sposób. Interesujący debiut, choć dla mnie momentami aż nazbyt poetycki.

*****

magiczny ogród„Magiczny ogród” – Sarah Addison Allen

Bardzo sympatyczne, lekkie i momentami zabawne czytadło, które zostało skrzywdzone tą kompletnie nieadekwatną okładką. Ale stało się, więc pozostaje tylko żałować.

Przyjemna opowieść o kobietach rodziny Waverley, z których każda ma pewien dar, nie zawsze uświadomiony, jednak bardzo potrzebny, by całość historii mogła się rozegrać. Teoretycznie zwykłe miasteczko, przeciętni ludzie, a wśród nich właśnie one, przyciągające uwagę, czasami kłopoty. Przez wątek tych specjalnych uzdolnień, smakowitych opisów i relacji między kobietami w danej rodzinie, miałam wrażenie, że ta książka przypomina mi cały czas – w delikatny sposób, i dobrze! – książki Joanne Harris z cyklu Vianne i Anouk. Czytało mi się bardzo dobrze, lepiej od kolejnej kisążki tej autorki – „Słodki świat Julii”.

*****

To na razie tyle. Jeżeli koncept chwyci, to od czasu do czasu będę takie notki tworzyła, bo zdecydowanie czytam więcej, niż zdołam opisywać, więc może jest to jakaś alternatywa. Jak Wam się podoba? Sugestie ewentualnych zmian też są mile widziane 🙂

Co by było, gdyby…? ("Kilka przypadków szczęśliwych" – Magdalena Zimny-Louis)

motyl

Przypadek rządzi życiem? A może nic nie jest przypadkiem i wszystko jest przewidziane z góry? Na ile sami kształtujemy nasze życie, a na ile jest ono kształtowane przez innych i wydarzenia nas dotykające?

„Kilka przypadków szczęśliwych” opowiada o losach Emmy Dudy, którą poznajemy w momencie, w którym decyduje się opuścić Anglię i zamieszkać w Polsce, ojczyźnie ojca. Cała reszta to właściwie jedna wielka opowieść, co doprowadziło Emmę do tego momentu – w jednym wątku oraz opisywanie jej przygód w Polsce – w drugim wątku.

Generalnie przeszłość przeplata się tu z teraźniejszością. Poznajemy zarówno przeszłość rodziców Emmy, jak i jej samej. Widzimy, jak kolejne decyzje wpływały na to, gdzie aktualnie zmierza. Jednak jasno pokazane jest także, jak na jej losy wpłynęły działania innych, teoretycznie obcych osób, oddalonych od niej czasami o setki czy tysiące kilometrów. To wszystko przypominało mi trochę motyw „efektu motyla”, to wrażenie przewijało się przez cały czas czytania tej książki.

Ta powieść wydawała mi się na początku suchą analizą faktów i dotychczasowego życia. I dlatego sama się dziwię, jak mocno mnie zainteresowała. Wydawała mi się na początku taka „reporterska” w stylu, a jakoś odłożyć jej nie mogłam. Początkowo miałam problem z podążaniem wielością ścieżek, które się przede mną otworzyły, jednak z każdą kolejną stroną zyskiwałam pewność, że autorka to sobie przemyślała. I faktycznie, wątki bardzo ciekawie się połączyły, wszystkie istotne rzeczy zostały wyjaśnione, wydarzenia opisane, wszystko stało się jasne. A przynajmniej tak mi się wydawało, aż do zakończenia… Oj, jak ja lubię takie otwarte, niejednoznaczne zakończenia! Ale tylko wtedy, gdy wynikają z przemyślanej fabuły i są dobrze skonstruowane. I to takie jest. Po przeczytaniu ostatnich stron cofnęłam się, by przeczytać je jeszcze raz, bo nie mogłam w to uwierzyć. A potem chwilę siedziałam i rozmyślałam „ale jak to tak?”.

To była dla mnie pierwsza książka tej autorki. Zresztą sięgnęłam tę książkę tylko dlatego, że dużo dobrego słyszałam o „Poli”, a do tej książki nie mam aktualnie dostępu. A tymi zachwytami zaintrygowano mnie na tyle, że postanowiłam spróbować i zdecydowanie nie żałuję. Mam wręcz motywację do tego, by poszukać pozostałych dwóch książek Pani Magdaleny.

„Kilka przypadków szczęśliwych” to dobra, przemyślana i interesująca książka. Żadne tam rozlewiska, domki i korporacje, nie ma schematu w ogóle. To rozliczenie z życiem i opowieść o wpływie przypadków na nasze losy. Mnie podobało się szczególnie to, że miałam wrażenie, że wszystko było wcześniej przemyślane i spójne. Żadnego powierzchownego biegu przez akcję, tylko wiarygodna analiza wydarzeń i osób w nich uczestniczących. To miła odmiana, bo ostatnio trafiło mi się kilka mocno przeciętnych i – jak czułam – pisanych na łapu-capu książek polskich autorek.

To co, przypadek nami rządzi?

kilka przypadków szczęśliwychWydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2014

Oprawa: miękka

Liczba stron: 432

© 

Rodzinne szarady ("Taniec z przeszłością" – Karolina Monkiewicz-Święcicka)

Pointy

Gdy umiera prababcia, jej wnuczka zaczyna śnić dziwaczne koszmary, które wydają się pochodzić z przeszłości jej rodziny. Tak, jakby Aniela we śnie stawała się swoją prababcią. Ale przecież jej życie tak nie wyglądało…

Renata od śmierci matki nie potrafi się odnaleźć. Całe jej życie przyporządkowane było zajmowaniu się chorą, teraz nagle jest puste i bezcelowe. Gdy w końcu kobieta zabiera się za porządki, to wśród szpargałów znajduje dwa rozpadające się zeszyty, która dotyczyć będą przeszłości jej rodziny. Co wyjdzie na jaw i jak to wpłynie na Renatę i jej bliskie?

Dianna, perfekcyjnie „wypracowana” kobieta – najnowsze, modne kolekcje, fryzura prosto od fryzjera, piękne mieszkanie, dwójka dzieci, mąż prawnik, znajomi jak z rozdzielnika dla rodzin sukcesu. I zimno w duszy i w sercu. Nie potrafi się odnaleźć w aktualnym życiu, nie poznaje swojego męża, który znika na całe noce, nie wie, jak wrócić do początków funkcjonowania ich rodziny, kiedy wszystko jeszcze wydawało się idealne. Czy uda się uratować rodzinę czy też fasada już zbytnio popękała?

A gdzieś w tle przewija się jeszcze postać mężczyzny, o którym wiemy tylko tyle, że buzuje agresją i knuje coś w jednym z działkowych domków. Ale kim jest i o co mu chodzi?

W „Tańcu z przeszłością” autorka całkiem zgrabnie łączy te wątki w jedną opowieść. Chociaż mnie najbardziej podobały się pamiętniki z przeszłości i wcale nie żałowałabym, gdyby ta książka była historią tylko w tym stylu.

Autorka miała jednak inny pomysł. Trzeba przyznać, że całkiem nietypowy, taka fabuła wyróżnia się z zalewu innych. Przeszłość wpływająca na teraźniejszość, duchy przodków ingerujące w losy ich potomków, a do tego szamanizm i ustawienia Hellingera. Połączenie tego wszystkie w jedną powieść zagwarantowało, że będę jej treść pamiętała jeszcze długo.

I generalnie byłoby wszystko całkiem ok, ale tak, jak lubię elementy fantastyczne w książkach, tak tutaj kompletnie mi taka forma nie podeszła. Ja rozumiem, że bez niej nie byłaby możliwa taka właśnie fabuła, ale nic na to nie poradzę. Opisy ustawień rodzinnych wzbudziły we mnie raczej śmiech, niż zaangażowanie emocjonalne. Chyba za dużo we mnie racjonalizmu i sceptycyzmu, by bezkrytycznie przełknąć takie wstawki. No, ale to już mój problem 😉

W każdym razie, książka ta zostawiła mnie z mocno mieszanymi uczuciami i do dzisiaj nie wiem, jak ją tak naprawdę oceniam. Wykonanie jest niezłe, ale koncepcje do mnie nie przemawiają. Czyli jak dla mnie – średnio na jeża.

PS. Rozwaliło mnie zakończenie, kompletnie mi nie pasowało do całości. Jak i cały motyw domku na działce i tego, co się w nim znalazło. Po co to komu?  

©

taniec z przeszłością

Wydawnictwo: Świat Książki, 2013

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 272