Madame la Directrice („Madame” – Jakub Krofta

by_kasia_chmura_print-9443

Chyba trudno mi się samodzielnie zebrać do pisania, bo dzisiejszy tekst to również duet z Pauliną, tym razem nasze zachwyty nad „Madame” w Teatrze Dramatycznym. Pewnie wszyscy i tak to wiedzą, ale dla przypomnienia…

„Madame” to historia ucznia liceum, który zakochuje się w swojej nauczycielce francuskiego i robi wszystko, żeby się do niej zbliżyć (dowiaduje się gdzie mieszka, z kim studiowała, co robiła po studiach, gdzie bywa) oraz zwrócić na siebie jej uwagę – m.in. pisząc dwudziestostronicowe opowiadanie.

Rzecz dzieje się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Dzisiaj, w dobie internetu i mediów społecznościowych, pewne rzeczy wydają się abstrakcyjne – przecież wystarczy wpisać nazwisko do wyszukiwarki i w ciągu kilku sekund mamy różne informacje o każdej osobie. Dawniej trzeba było uciekać się do wyszukanych podstępów…

Bardzo mocno w powieści zarysowane jest tło historyczne i pokazane, jak ówczesna sytuacja polityczna wpływała na losy ludzi.

Ja na tym spektaklu byłam już kilka razy, dla Pauliny był to pierwszy raz. Ja książkę czytałam wieki temu i pamiętam już średnio (ale mam pożyczoną i planuję powtórkę), a Paulina była na świeżo po lekturze.

Kiedy miałam już rezerwację na „Madame” stwierdziłam, że najpierw przeczytam powieść Antoniego Libery, na podstawie której powstał spektakl w Teatrze Dramatycznym. Z perspektywy czasu myślę, że to była dobra decyzja, aczkolwiek nie ma co się bać, że bez znajomości książki spektakl będzie niezrozumiały.

Kilkusetstronicowa powieść Antoniego Libery została zamknięta przez Marię Wojtyszko – autorkę adaptacji – w zaledwie 1,5godzinnym spektaklu. Zastanawiałam się, jak to możliwe żeby upchnąć tyle wydarzeń w tak krótkim czasie i jak przedstawić tę opowieść, która w książce jest jedną wielką historią opowiadaną z perspektywy głównego bohatera, jego myślami, wyobrażeniami i snami.

To co otrzymałam, spełniło moje wygórowane oczekiwania. Sposób prowadzenia historii, dość nieoczywisty punkt wyjściowy, retrospekcje, pokazanie snów czy wyobrażeń Bohatera, oraz fakt, że Bohater uczestniczy we wszystkich scenach a jednocześnie jest komentatorem tego co się dzieje zwracając się do publiczności sprawiło, że spektakl oglądałam z taką samą przyjemnością, jak czytałam książkę.

Pamiętam, że ja za pierwszym razem obserwowałam to, co się dzieje z uśmiechem nie schodzącym z twarzy! To wszystko, o czym pisze Paulina spowodowało, że weszłam w tę historię natychmiast i nie mogłam oczu oderwać od sceny! Mój zachwyt rósł z czasem, podziwiałam, jak przekuto tę książkę na spektakl, jak gruntownie przemyślano całość, widać, że konsultowano się z autorem. A na dodatek…

Reżyser Jakub Krofta wyciągnął (wraz z Marią Wojtyszko) z tekstu wszystkie niuanse, wszystkie „smaczki”, zdecydował się na ubogą scenografię, zaledwie kilka rekwizytów, bazując na aktorach i ich umiejętnościach. Na scenie oglądamy dziewięcioro aktorów, którzy łącznie wcielają się w kilkadziesiąt postaci. Przy takim poziomie aktorstwa nie potrzeba wielkich sztuczek, żeby zainteresować widza. Nie potrzeba robić ogromnych dekoracji, żebyśmy wiedzieli, że akcja toczy się w dziekanacie, na osiedlu, w klasie szkolnej, czy w autobusie. Dodatkowo nie można nie wspomnieć o ruchu scenicznym. Choreografie poszczególnych scen są dopracowane w najmniejszym szczególe i nadają odpowiednią dynamikę spektaklowi.

Właśnie te rozwiązania wielce mnie zachwycają. To, że przy odpowiednim poziomie aktorstwa, wystarczy krzesło, czapka, telefon i już jesteśmy w stanie sobie wyobrazić wszystko, co powinniśmy. A te sceny są na dodatek tak smakowicie zagrane, z taką lekkością i wdziękiem, uwielbiam np. scenę w dziekanacie, na poczcie czy w autobusie. Cudeńka!

To co mnie całkowicie urzekło, to muzyka francuska grana na żywo przez muzyków na scenie (być może to przypadek, ale w „Dziwnym przypadku psa nocną porą” i „Pociągach pod specjalnym nadzorem” tego samego reżysera również jest muzyka na żywo i różne dźwiękowe efekty). Z piosenką francuską mam tak, że nic nie rozumiem, ale uwielbiam słuchać. A czy jest lepszy motyw muzyczny obrazujący zauroczenie nauczycielką francuskiego niż Je T’aime,…Moi Non Plus? Nie sądzę.

To fakt, muzyka jest silną stroną tego spektaklu, a na dodatek muzycy są bardzo fajnie wkomponowani w niektórych scenach. A i ja również mam słabość do francuskiej muzyki, więc tym większą sprawiała mi przyjemność w tymże spektaklu.

Spektakl jest świetnie zagrany, podkręcono w nim wszystkie komiczne detale, niektóre postaci zostały przerysowane dla wzmocnienia komediowego efektu. W tym wszystkim gubi mi się delikatnie fascynacja Bohatera nauczycielką, nie ma czasu na pokazanie wszystkich jego starań, przemyśleń i dedukcji. Ale nie uważam, że to minus spektaklu. To tylko zachęta, żeby oprócz zobaczenia spektaklu przeczytać książkę 😉

I tutaj nie wiem, czy się zgodzić z Pauliną, bo nie mam tak na świeżo w pamięci książki, więc nie mam poczucia, że coś się zgubiło. Dla mnie wszystkiego jego działania są skoncentrowane na niej i na tym, by się do niej zbliżyć, ale nie pamiętam już detali, może czułabym niedosyt, zobaczymy po wakacjach, bo wtedy pewnie zobaczę raz jeszcze, a w międzyczasie przeczytam książkę. Chociaż pewnie będę miała takie poczucie, jak Paulina: wiedziałam kto gra główną rolę w spektaklu, więc kiedy czytałam książkę, w głowie cały czas miałam głos Waldemara Barwińskiego, jakby to on mi czytał. A ja będę miała w głowie nie tylko grę i głos głównego bohatera, ale i pozostałe postacie. Zobaczymy! W każdym razie faktycznie, spektakl jest zadziwiająco lekko zaserwowany, jak na czasy, w których dzieje się akcja oraz na wręcz obsesyjne zainteresowanie Madame. Ale to też jego siła, dzięki temu łatwiej przyciągnie uwagę widzów, niezależnie od wieku, doświadczeń i znajomości historii.

To co jest ogromną zaletą tego spektaklu, to wyrównane aktorstwo. Wszyscy, którzy grają po kilka postaci, robią to wyśmienicie, z łatwością przechodząc z jednej sceny w drugą. Jeśli miałabym kogoś wyróżnić, to na pewno Olgę Sarzyńską – do tej pory oglądałam ją tylko w poważnym „Merylin Mongoł” w Teatrze Ateneum, tutaj dwoi się i troi, by rozbawić widownię, jest wszystkowiedzącą uczennicą, wspaniałą panią z dziekanatu, czy poważną panią z biura. Wszystkie postaci w jej wykonaniu są wyraźnie zarysowane, niektóre grubą kreską, ale tutaj sprawdza się to doskonale. Wśród panów jeden z moich ulubieńców warszawskiego Dramatycznego – Mateusz Weber. Nawet jeśli miał do zagrania epizodzik milicjanta, to rozśmieszał widownię, nie wypowiadając ani jednego słowa. Ujął mnie również Zdzisław Wardejn postacią Picassa.

Mogę się znowu tylko zgodzić – poziom aktorski jest bardzo wyrównany, ekipa robi naprawdę znakomitą robotę, niezależnie od wcielenia. Ja do powyższego spisu dorzucę jeszcze Roberta T. Majewskiego, który niezmiennie mnie zachwyca swym talentem, czy to grając epizody dramatyczne, czy komediowe. W każdym razie wszyscy grają zachwycająco, to właśnie ich umiejętnościom widz zostaje momentalnie oczarowany i pochłonięty przez tę historię. Wielkie brawa dla całej obsady!

A na koniec one and only Waldemar Barwiński. W „Madame” to on niejako prowadzi cały spektakl, jest nie tylko uczestnikiem wydarzeń, ale również narratorem, który kolejno je przedstawia. Jest fantastycznym aktorem, a oglądanie go na scenie to zawsze prawdziwa przyjemność. Dla mnie reprezentuje najwyższy poziom aktorstwa teatralnego i sprawdza się w każdej roli.

Zgadzam się z każdym powyższym słowem. Waldemara Barwińskiego cenię już od lat, uważam, że jest to naprawdę świetny aktor, a przez swą skromność i pozostawanie w cieniu niestety zbyt mało znany szerokiej publiczności. Do tego regularnie spotykam go na spektaklach w różnych teatrach, a taką chęć bycia na bieżąco, konfrontowania się z innymi, ciągłego rozwoju bardzo cenię. Ale wracając do meritum… Najczystszy talent, do tego masa charyzmy scenicznej i uroku. Niezależnie, czy gra rolę drugoplanową (jak w musicalu „Cabaret”), czy pierwszoplanową, zawsze robi to doskonale, z pełnym zaangażowaniem, na 100%. I świetnie gra z publicznością. Jestem oczarowana jego Bohaterem, ale to już raczej jest jasne, więc kończymy!

„Madame” w tej wersji to czysta rozkosz dla widza, mnóstwo śmiechu, garść refleksji, świetne aktorstwo, ciekawa oprawa, piękna muzyka, nic tylko chodzić i oglądać. I oglądać, i oglądać…

Fot. Katarzyna Chmura.

Reklamy

Walka o Polskę ("Płomienna korona" – Elżbieta Cherezińska)

szczerbiec.jpg

Elżbieta Cherezińska to autorka,która jest modelowym przykładem na to, że do pisania książek warto się przyłożyć, warto szlifować tworzone opowieści, pisać rzadziej, ale świetnie jakościowo. Szkoda że wielu autorów woli robić inaczej, ale to już nie ma nic wspólnego z tym tekstem. Do rzeczy jednak!

Wyczekiwana „Płomienna korona” to świetne zakończenie trylogii o początkach naszego państwa! Władysław Łokietek powrócił z banicji, objął we władanie Kraków, jednak jego celem ciągle jest zjednoczenie polskich ziem i stworzenie królestwa. Ale nie jest to prosty cel! Starsza Polska jest pod władaniem książąt głogowskich, w Czechach co chwilę pojawia się i znika nowy król, od północy coraz mocniej szarogęszą się Krzyżacy, a do tego wszystkiego dochodzą jeszcze rozgrywki o koronę niemiecką (cesarską!), intryganci władający Brandenburgią i liczni dający sobą manipulować pomniejsi książęta. Jest co robić! Nic dziwnego, że Władysław potrzebuje tylu lat na to, by osiągnąć swój cel. I wiele szczęścia, i wsparcia… A przyjaciół ma chyba tyle samo, co wrogów! Chociaż często można wręcz pomyśleć, że wrogów ma zdecydowanie więcej.

Ta książka to opowieść głównie o Łokietku – jego determinacji, sile, ciągłym rozwoju, wytrwałości, dostrzeganiu szans tam, gdzie nikt ich nie widzi, ale także w umiejętności uczenia się na własnych (i cudzych błędach). Ten mały wzrostem książę, to człowiek wielki duchem i rozumem. A i towarzyszkę życia ma godną swej osoby – Jadwiga to mądra kobieta, wspaniale dopełniająca się ze swym małżonkiem. Nic dziwnego, że stworzyli tak unikatową parę, o której kilkaset lat później czytamy z zapartym tchem!

To, co kocham w powieściach Elżbiety Cherezińskiej to pełnokrwistość jej bohaterów. Obojętne, czy pisze o tych znanych nam z historii, czy o tych zupełnie fikcyjnych, wszyscy są tacy barwni, wiarygodni, przekonujący, czasami przerażający, czasami wkurzający, a czasami urzekający. Każdy z nich jest jakiś, nie są płascy, papierowi, są obok czytelnika w trakcie lektury. Czy też może czytelnik jest między bohaterami czytanej książki… Generalnie autorka pisze tak, że ma się takie poczucie, jakby galopowało się razem z Łokietkiem z Krakowa do Gdańska czy do Poznania, obserwowało się intrygi Krzyżaków zza rogu muru na zamku w Malborku, czy też towarzyszyło Rikissie w jej czeskich „wdowich miastach”. To wspaniałe poczucie!

Inna rzecz, którą lubię w książkach tej autorki, to jej umiejętność ukazywania szerszej perspektywy i współzależności historyczno-politycznych. Robi to, co mało osób potrafi robić (i pewnie chce) nawet w teraźniejszości – pokazuje, jak losy Polski były (i są) powiązane i współzależne od losów wielu sąsiednich (i nie tylko krajów), jak przeróżne interesy i zamierzenia się przenikają, jak tworzy się rzeczywistość, jak długofalowo i jak szeroko należy patrzeć, gdy jest się rządzącym. A tak niewielu widzi dalej niż koniec własnego nosa i zawartość własnej sakiewki…

Podsumowując – „Płomienna korona” to kolejna wyśmienita, diabelnie wciągająca (bo jakże inaczej określić uczucie, gdy kończąc lekturę prawie 1100-stronicowej książki myśli się „O rety, to już??”), barwna i bardzo fajnie napisana książka tej autorki. Nie da się nie pokochać historii opisywanej przez Elżbietę Cherezińską. Polecam całym sercem tę trylogię!

 

 

 

Zanurkuj w nieznane

ChallengerDeep-parallax-b

Jak to jest być chorym psychicznie? Co się wtedy myśli, co się czuje? Dzięki tej książce mamy okazję chociaż trochę zbliżyć się do poznania tego stanu.

„Głębia Challengera” to opowieść Cadenie Boschu, nastolatku z pozoru takim sam, jak wszyscy inni. Ma może zbyt wybujałą wyobraźnię, którą od czasu do czasu niepokoi dorosłych, ale przecież to okres dojrzewania, minie mu z czasem.Jednak Caden coraz częściej ma wrażenie, że jest członkiem załogi statku, który płynie zmierzyć się z najgłębszym miejscem na Ziemi, głębią, która skrywa największe skarby świata.

Caden z czasem coraz dłużej przebywa na statku, a coraz rzadziej w rzeczywistości. Zaczyna się zmieniać – ma problemy ze skupieniem, z nauką, ze snem, z jedzeniem, nawet z ukochanym hobby – rysunkiem. Przyjaciele powoli się od niego odsuwają, rodzina obserwuje go z rosnącym zaniepokojeniem. A on… chodzi. Chodzi godzinami, każdego dnia, z obtartymi do krwi stopami, często na boso, chodzi, bo musi, czuje wewnętrzny przymus.

Rodzice w końcu nie wytrzymują i umieszczają chłopaka w szpitalu psychiatrycznym, gdzie ma przejść leczenie i wrócić do codzienności wyleczony. Ale czy mu się to uda? Czy można zwyciężyć ze schizofrenią?

Na początku męczyłam się strasznie. Krótkie rozdziały – przeskoki z jednej rzeczywistości Cadena do drugiej – sprawiały, że mój mózg wysyłał komunikat „daj sobie luz, po co ci ta męka z taką pojechaną książką?”. Nie mogłam się odnaleźć, mój racjonalny mózg cierpiał. Ale o to właśnie chodzi, by czytelnik mógł odczuć, jak to jest, gdy się jest chorym. Jakie to wielkie wyzwanie, jaki trud, by ogarniać to, co się dzieje w naszym mózgu, jak straszliwa wojna czeka osobę, która chce podjąć się nierównej walki z chorobą. Kiedy zaczęłam tak myśleć, to ta lektura nagle stała się fascynująca, poczułam ją jako studium chorego mózgu, wręcz dałam się jej „wessać”.

Muszę przyznać, że na ile oceniać to mnie – zupełnemu laikowi w tej kwestii – autorowi bardzo realistycznie udało się oddać stan, w którym funkcjonuje chory na schizofrenię, jego myśli i zachowania. Zapewne bardzo pomógł mu fakt, że syn Neala Shustermana boryka się z chorobą psychiczną, którą ponoć udało się przezwyciężyć, no ale jest to przeżycie pozostawiające niepewność i swoiste piętno na całe życie. Zresztą rysunkami wykonanymi przez syna autor postanowił unaocznić to, o czym pisał.

Trzeba przyznać, że w opowieść ta jest zgrabnie napisana, styl jest dobry, miałam tylko momentami wątpliwości, co do błędów, które się pojawiały (np. król Lir), czy to wynikać miało z narracji osoby chorej, czy jest to niechlujność językowa, którą przepuściła redakcja (w co aż mi trudno uwierzyć). Ale też jest całkiem sporo ciekawych porównań, wierzę, że osoby lubiące zaznaczać cytaty miały tu co robić.

„Gdybym żył w czasach biblijnych, być może uznano by mnie za proroka, bo bądźmy szczerzy, są tylko dwie możliwości: albo prorocy rzeczywiście słyszeli Boga, który do nich przemawiał, albo byli chorzy umysłowo. Jestem pewien, że gdyby prawdziwy prorok objawił się dzisiaj, dostałby masę zastrzyków haldolu, aż w końcu otworzyłyby się niebiosa i ręka boska sprałaby lekarzy na kwaśne jabłko.”

„Głębia Challengera” to bardzo poruszająca książka, którą warto przeczytać, by otworzyć sobie umysł, poznać lepiej sposób myślenia i funkcjonowania osób, które najczęściej społeczeństwa mniej lub bardziej świadomie wyrzucają poza nawias. Warto ją przeczytać również po to, by lepiej pojąć, jak niebezpiecznym i mrocznym oceanem potrafi być nasz umysł, jak wrażliwym instrumentem jest i jak wiele krzywdy może uczynić nam samym, a w konsekwencji naszym bliskim.

A czy Wy zechcecie zanurzyć się w głębię Challengera?

Wieloksiąg różności (#17)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Czasu wolnego mam od początku roku niezmiernie mało, więc w ramach nadrabiania zaległości w pisaniu o książkach dzisiaj będzie wieloksiąg. Nie łączy tych książek nic, poza tym, że to ja je przeczytałam 😉 A o jakich książkach chcę dzisiaj napisać?

*****

mroczna-materia„Mroczna materia” Blake Crouch

Podejrzewam, że każdy z nas czasami wzdycha „szkoda, że w tamtej chwili nie podjąłem innej decyzji…”. Czasami też żałujemy, że nie mamy możliwości sprawdzenia, jak mogłoby wyglądać nasze alternatywne życie, gdybyśmy np. wybrali inne studia. Albo innego partnera. Inne miejsce pierwszych samodzielnych wakacji, inną pracę, inne zwierzę, inny dom… Opcji są miliardy, przecież decyzje – takie czy inne – podejmujemy nieustannie.

A teraz wyobraźcie sobie, że faktycznie każda decyzja tworzy mutację naszego życia. Że nas i naszych żyć jest cały alternatywny wszechświat. Niewiarygodne, prawda? Każda decyzja generująca kolejne rozgałęzienie naszego życia, multiplikująca nas w nieskończoność.

Pomyślcie, co byłoby, gdybyście nagle zostali wyrwani z życia, które znacie i uświadomieni w powyższej sytuacji. Ciekawe, jak byście zareagowali! I czy chcielibyście wrócić do właśnie tego życia, czy raczej próbowalibyście korzystać z możliwości trafienia do wielu innych „swoich” żyć. I ile moglibyście zrobić i wytrzymać, by w razie czego wrócić do swego dawnego życia.

W takiej sytuacji znajduje się bohater tej powieści, powieści – mimo użycia dosyć mocno oklepanego schematu światów alternatywnych – świeżej i unikatowej. Przyznaję, że pobudziła mą wyobraźnię, trochę zaskoczyła, trochę przestraszyła, gdy zaczęłam sobie wyobrażać konsekwencje takiej sytuacji. Na bank skłania ona do uważniejszego przyglądania się podejmowanym decyzjom i ich ewentualnym skutkom. Powieść ciekawa, niełatwa, skłaniająca do refleksji.

granice„Granice” Karina Obara

„Granice” to zbiór kilku opowiadań, wszystkie dotyczą swoistych momentów granicznych, do których czasami w życiu docieramy i które są takimi punktami swoistego oczyszczenia, przy których mamy szansę, albo je przeżyć i – kto wie, może? – pogodzić się z przeszłością, może w końcu zacząć żyć naprawdę lub uciec od bolesnego punktu zwrotnego i dalej szarpać się z nierozliczonymi, nie do końca przepracowanymi sprawami. Inna rzecz, że część z nas czasami w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, co w nich tkwi i jak bardzo potrzeba nam przejścia prze ogień oczyszczenia czy/i zmiany.

Te opowiadania przypominają czytelnikom dosadnie, jak złudne są próby prawdziwego życia tu i teraz bez rozliczenia przeszłości. Ona zawsze w nas tkwi i jeżeli nie dojdziemy do tego, co w nas tkwi i nie daje nam tak naprawdę spokoju, to nigdy nie będziemy w pełni szczęśliwi. Pozostaje więc pytanie, czy chcemy się dalej gryźć przez długie lata, czy wolimy przecierpieć przejście przez granicę, ale dać sobie szansę na oczyszczenie? Szczególnie, gdy przez długie lata żyjemy wydarzeniami z przeszłości, a nie teraźniejszością. To tak, jakbyśmy w ogóle nie żyli…

Opowiadania te, to nie jest łatwa i przyjemna lektura. Trzeba przy nich myśleć, bywają nieprzyjemne w odbiorze, warto czytać je pojedynczo, by dać sobie czas i przestrzeń do „wchłonięcia” każdego z nich. Wprawdzie powieść „Gracze” tej autorki podobała mi się bardziej, jednak nie zmienia to faktu, że „Granice” to interesujący zbiór, raczej dla psychicznie otwartych i odważnych czytelników.

garber_caraval_chlopakktory_500pcx„Caraval. Chłopak, który smakował jak północ” Stephanie Garber

Scarlett i jej siostra Tella mieszkają na małej wyspie, na której niepodzielnie rządzi ich okrutny ojciec. Scarlett bardzo niedługo ma wyjść za mąż, w czym zresztą widzi szansę dla nich obu by wyrwać się spod ojcowskiej dyktatury. Jednak dziewczęta nagle dostają szansę spełnienia wieloletniego marzenia – udziału w grze Caraval, tajemniczej, magicznej, w której zwycięstwo gwarantuje spełnienie największego życiowego pragnienia. Dziewczynom pomaga żeglarz – Julian, którego pomoc szczególnie na początku wydaje się wręcz niezbędna. W momencie, gdy znika Tella gra  staje się duża poważniejsza, a nikt nie wie, jaka będzie jej ostateczna stawka…

Muszę to napisać wprost: dałam się wrobić. Ja, z takim doświadczeniem dałam się złapać na promocyjny lep. Skusiło mnie opisywanie tej książki jako fenomenu na skalę „Igrzysk śmierci”. No, litości, powinnam się była trzepnąć w czółko i zamknąć maila. W każdym razie ładna to opowiastka, z barwnym światem, sporą dawką magii, w sam raz dla młodszej młodzieży. Ja jestem stanowczo za stara, nie urzekła mnie. Bohaterki mnie wkurzały, całość wydawała mi się naciągana (a już te wątki romansowe to wołały o litość), z czasem coraz częściej wzdychałam z irytacją i tyle. A już porównanie z „Igrzyskami śmierci” to według mnie zniewaga dla tej drugiej książki. Tamta jest porywająco realna i wciągająca, a ta to przy niej powieść dla grzecznych panienek. Może jestem zbyt surowa, bo przecież tyle zachwytów dookoła, może jestem za stara, sama nie wiem. Wiem, że przeżyłam rozczarowanie, za które niestety mogę podziękować sama sobie. Następnym razem nie dać się nabrać, odczekać dłuższy czas, wysłuchać zaufanych opinii i ewentualnie wtedy się skusić, tak, jak to było z „Igrzyskami…” właśnie.

*****

I to byłoby na tyle. A teraz wracam do czytania przedpremierowego prebooka nowej książki Grzędowicza. Chociaż powinnam też poćwiczyć, hm…

Odbicia na tafli życia ("Ślady" – Jakub Małecki)

ślady

Czy zastanawiacie się czasami, jakie ślady po sobie zostawiacie? Co zostanie na tym świecie, gdy Was już nie będzie? Co pozostawicie w sercach i pamięci innych ludzi? Jakie ślady pozostawili inni w Waszym życiu? Ślady, które pozostawiono, te, które pozostawiamy my, warkocz ludzkich losów, przeplatające się życia, zjawisko kompletnie nie do opanowania czy zaplanowania. Pamięć, która pozostaje. O ile pozostaje…

„Ślady” Jakuba Małeckiego potraktowałam na początku jak zwykłe opowiadania. Nawet się zdziwiłam, że tym razem akurat ta forma. Chciałam sobie pojedynczo dawkować kolejne teksty, jednak nie było mi to dane. Owszem, każdą historię czytałam powoli i z uwagą, jednak nie byłam ich w stanie sobie dawkować pojedynczo przez kilkanaście dni. Tak się nie da, bo to nie jest zwykły zbiór opowiadań. Nie wiem, jak określić tę formę, powieściozbiór? Może lepiej nie będę wymyślać nazwy, w każdym razie „Ślady” to szkatułka pełna opowieści misternie utkanych i delikatnie ze sobą połączonych. Uważny czytelnik bez problemu znajdzie pozostawione przez autora ślady, da się poprowadzić do kolejnych odkryć.

Tylu bohaterów, tyle ludzkich losów, kilkadziesiąt lat, wiele różnych miejsc akcji, a jednak, wszędzie przewija się utrata, samotność, nieszczęście, niedostosowanie do „normalności” i otaczającej bohaterów rzeczywistości. Teresa, która w górskim schronisku opowiada dwójce nieznajomych swoje życie, to czekanie na nieokreślone coś… Kobieta nazywana przez innych świętą Eugenią, której rodzina zginęła w wypadku, a która zakopuje w swoim ogrodzie truchła potrąconych zwierząt. Czy też celebrytka, która po życiu pełnym sukcesów, pieniędzy, sławy i splendoru zapomina swoje życie i siebie samą. Te historie i wiele innych poruszają, zmuszają do refleksji nad życiem, relacjami z innymi ludźmi, oczekiwaniami, wyborami, śmiercią, chorobą, samotnością. Te opowiadania to lektura, która świetnie nadaje się na jesienną podróż, gdy po przeczytaniu jednego opowiadania można się zadumać, zawiesić wzrok na przesuwającym się krajobrazie i myśleć, rozważać, analizować.

Małecki jest w formie, zarówno pomysły na teksty, jak i ich dopracowanie i tak zgrabne utkanie w literacki kilim ukazuje, że ten młody autor ciekawie się rozwija i nie spoczywa na laurach. Do tego piękny, bogaty język, polszczyzną autor operuje bardzo dobrze, zwraca uwagę na to, jak pisze, co niestety wcale nie jest już tak częste, a powinno być przecież normą.

„Ślady” i „Dygot” są naprawdę świetne, polecam, jednak na razie dla mnie ukochanymi książkami tego autora są niezmiennie powalający „Dżozef” i niesamowite „W odbiciu”. Właśnie za przedziwne fabuły i oderwanie od rzeczywistości, takie schizofreniczne historie. Ale po cichu i tak liczę na to, że Jakub Małecki stworzy jeszcze wiele ciekawych, odjechanych, porywających i wartych przeczytania książek! Jeżeli macie ochotę oderwać się od przyjemnej i relaksującej łatwej papki i poznać twórczość ciekawego polskiego autora – polecam Jakuba Małeckiego!

Odważysz się przekroczyć bramę? ("Czterdzieści i cztery" – Krzysztof Piskorski)

czterdziesci i cztery

Europa, rok 1844. Świat, który znamy z lekcji historii miesza się z czymś nowym, nieznanym. Ether, tajemnicza substancja, która prawie natychmiast po odkryciu trafił do przemysłu zbrojeniowego, otworzył także możliwości tworzenia „bram” do alternatywnych światów. Wielu alternatywnych światów. Europa², Europa³ i tak właściwie w nieskończoność. A każdy z tych światów to inne możliwości. Oraz inne zagrożenia…

A w „podstawowym” ze światów Eliza Żmijewska – poetka i kapłanka Żmija – otrzymuje zadanie: ma zabić Konrada Załuskiego, polskiego przemysłowca. Według Rady Emigracyjnej i Juliusza Słowackiego przez swą bierność i brak pomocy przyczynił się on do upadku powstania na Litwie. Eliza wyrusza więc w podróż do Londynu, gdzie Załuski ma siedzibę swojej firmy. Jednak los powoduje, że trafia do jednego ze światów alternatywnych i dzięki temu wszystko zaczyna się zmieniać. I to jak!

Muszę przyznać, że dawno nikt nie zrobił na mnie takiego wrażenia pomysłowością, kreatywnością i dopracowaniem stworzonego świata. Czapki z głów, Krzysztof Piskorski pozamiatał na rynku! Połączenie znanej nam wszystkich historii zrywów ludowych, powstań, działań narodowowyzwoleńczych, tajnych stowarzyszeń, etheru, historii alternatywnych i światów równoległych gwarantuje mieszankę wybuchową. I arcysmakowitą!

Bo gdzie indziej można natknąć się na Byrona będącego jednym z mistrzów stowarzyszenia walczącego z etherem? A to tylko jedna ciekawostka, inne też dotyczą znanych nam postaci – Adama Mickiewicza, Emilii Plater, Juliusza Słowackiego… Pełnią oni aktywne i ważne role w akcji książki, a bogactwo wyobraźni autora zagwarantowało czytelnikowi to, że niechętnie będzie się odrywał od lektury.

A dodatkowy wielki plus za dopracowanie całego świata w szczegółach. Wszystko jest spójne, autor zadbał o smaczki i detale, które uwiarygadniają akcję i tworzą ciekawą rzeczywistość. Autor bardzo spójnie połączył elementy fantastyczne z rzeczywistymi elementami historycznymi, okraszając to sporą dozą akcji. Zadbał nawet o to, by utwory rozpoczynające rozdziały pasowały do całości. Gwarantuję, zdziwicie się, gdy się w nie wczytacei!

Całość fabuły mocno osadzona jest na rzeczywistości znanej nam z historii, jednakże wątek etheru i światów alternatywnych dał wiele możliwości do wykorzystania, a Krzysztof Piskorski świetnie to wykorzystał. Światy te bogate są w unikalne gatunki, a wszystko, co pojawia się w książce, ma swój cel i jest po coś, nie tylko – jak to czasami bywa – by autor mógł popisać się kreatywnością. Wszystko się łączy i zgrabnie przeplata. Ta sama celowość dotyczy zresztą bohaterów, powoli odkrywamy ich historię i widzimy, jak bardzo są istotni dla całości akcji. Jak ja lubię takie przemyślane książki!

Niby pomysł połączenia wydarzeń historycznych z fantastycznymi, tworzenie historii alternatywnych nie jest niczym nowym, ba, nawet nie jest czymś rzadkim, to sposób, w jaki została stworzona ta książka pełen jest tak ciekawych rozwiązań, że całość jest zdecydowanie czymś świeżym i wartym poznania.

Jeżeli więc szukacie powieści, która nie będzie jedną z tysięcy, lubicie przemyślane, dopracowane fabuły, z ciekawymi światami i fajnymi bohaterami, to ta książka jest zdecydowanie dla Was! A ja muszę nadrobić braki i poznać resztę dorobku tego autora!

Wieloksiąg różności (#14)

ludzik ksiazki
Fot. Jenn and Tony Bot

Wieki nie robiłam wpisów łączonych o książkach. W końcu nadeszła pora – mam ochotę coś napisać, a nad głową warczą i huczą mi stolarze montujący półki i szafę, nie ma więc warunków do dłuższych refleksji 😉 Do dzieła!

*****

zanim sie pojawiles ksiazka„Zanim się pojawiłeś” – Jojo Moyes

Lou Clark traci pracę. Wydawałoby się, że młoda kobieta szybko znajdzie inną alternatywę, ale w miasteczku takim, jak jej, to nie jest wcale takie oczywiste. Nagle pojawi się opcja bycia opiekunką młodego, bogatego bankiera, którego dwa lata wcześniej wypadek motocyklowy pozbawił możliwości chodzenia. I nie tylko…

Czytadło, ale czytadło takie, które wciąga, porusza, bawi i generalnie dostarcza czytelnikowi masę czytelniczej frajdy. Lou jest wkurzająca, ale jednocześnie całkiem urocza, jej bezczelność i gapowatość potrafi bawić. Z kolei Will byłby denerwujący, gdyby nie fakt, że potrafię sobie wyobrazić taki system obronny w reakcji na utratę życia, bo tak można traktować jego sytuację. Z aktywnej, odnoszącej sukcesy osoby zmienił się prawie że w – przysłowiowe – warzywo. Najpierw podboje, rozrywki i sporty sporty ekstremalne, a potem całe dnie gapienia się z wózka lub łóżka w to co akurat jest naprzeciwko. Straszna wizja. Jednakże ciągle nie potrafię się pogodzić z zakończeniem książki. Widzę, że jest dobre, literacko lepsze niż alternatywy, ale i tak się z nim nie zgadzam. A książkę polecam tym, którzy szukają rozrywki na przyzwoitym poziomie. Ja z chęcią sprawdzę, co autorka wymyśliła jako kontynuację!

samolot bez niej bussi„Samolot bez niej” – Michel Bussi

Katastrofa samolotowa, w której giną wszyscy oprócz trzymiesięcznego niemowlęcia. Tragedia setek osób, jednakże bliscy zmarłych chociaż mają pewność, że oni nie żyją. A co z dzieckiem? Okazuje się, że na pokładzie były dwie dziewczynki w tym wieku, jej tożsamość jest więc niejednoznaczna. Lyse-Rose czy Emilie? Dwie rodziny zaczynają walkę o – jak sądzą – dziecko z ich krwi. Z jednej strony bogaci i wpływowi, z drugiej stroni biedni i wzbudzający litość. Jedni regularnie zrażają do siebie opinię publiczną, z drugimi wielu z obserwatorów potrafi się identyfikować. A między nimi skład orzekający o tym, kim jest dziecko. Straszna wizja! Osiemnaście lat później detektyw, którego wynajęła bogata rodzina nagle wpada na ślad, który zmienia wszystko. Pada jednak ofiarą morderstwa, zostaje po nim tylko pamiętnik, w którym przez lata spisywał wszystkie ślady.

Czytelnicy zostają wciągnięci w rozgrywkę między rodzinami, w poszukiwania mające na celu poznanie prawdy, poznają lata przedziwnej gry i tak de facto wielkiej męki psychicznej, którą zafundowała obu rodzinom niepewność, co do prawdziwej tożsamości dziewczynki. Krok po kroku śledzimy losy Ważki (jak została nazwana mała), jednak aż do samego końca nic nie jest jasne, następuje wiele zwrotów akcji, a na dodatek czytelnik cały czas może zastanawiać się, czy przypadkiem ktoś jednak nie manipuluje zaangażowanymi w sprawę osobami. „Samolot bez niej” to powieść bardzo wciągająca, angażująca. Czy tego chcemy, czy też nie coraz trudniej jest się od niej oderwać, zastanawiamy się, co też jeszcze będzie na nas czekać dalej. Widzę pewne niedociągnięcia (pomijając już sam fakt takiej a nie innej fabuły), jednak nie zmienia to tego, że wsiąkłam w tę historię po uszy i z chęcią sięgnę po inne książki tego autora.

japoński kochanek allende„Japoński kochanek” – Isabel Allende

Alma Belasco, bogata dama z dobrego domu postanawia zamieszkać w domu spokojnej starości. Trzyma się na uboczu, jednak powoli zaprzyjaźnia się z młodą pracownicą – Iriną Bazili. Irina (wraz z Sethem, wnukiem Almy) są coraz bardziej zaintrygowani przeszłością nietypowej staruszki, zaintrygowani tajemniczym japońskim kochankiem przewijającym się w życiu Almy, próbują dojść do prawdy i poznać przeszłość starszej pani. A przeszłość ta jest bogata i interesująca…

Jest to opowieść słodko-gorzka, pełna z jednej strony melancholii, a z drugiej – głębokich uczuć. To ciekawa podroż przez kilkadziesiąt lat historii jednostek oraz kraju. To, co działo się przez kilkadziesiąt lat XX wieku w Stanach Zjednoczonych jest większości z nas nieznane, myślę, że wielu z nas z zainteresowaniem będzie czytać np. o losach Japończyków po II Wojnie Światowej. A generalnie powieść Allende jest snuta niespiesznie, delikatnie, czuć kunszt autorki. Losy bohaterów przeplatają się bardzo umiejętnie, napięcie jest dawkowane, tajemnice odsłaniane tak, by wciągać czytelnika coraz bardziej w fabułę. Lubię jej książki, mimo że nie jest to najlepsza z przeczytanych przeze mnie powieści Allende, to i tak autorka trzyma poziom, czytanie jest przyjemnością, docenia się język i umiejętności autorki.

*****

To byłoby na tyle. Zaczyna mnie już boleć głowa od tych hałasów, ale trudno, chce się mieć meble, to się cierpi 😉 A na razie uciekam od komputera, miłego weekendu!

polki na ksiazki stolarz